Polonia Winnipegu
 

                            Archiwa Home Kontakt

Wydawca


Bogdan Fiedur
Bogdan Fiedur
 

 

zapisz Się Na Naszą listę


Proszę kliknąć na ten link aby dotrzeć do formularza gdzie można zapisać się na listę dystrybucyjną i w przyszłości otrzymywać biuletyn bezpośrednio od nas.

Aby zapisać się szybko bez wypełniania formularza, proszę wysłać E-mail bez żadnego tekstu poprzez kliknięcie tego linku.

 

 

Przyłącz się

Jeśli masz jakieś informacje dotyczące polskich wydarzeń i chciałbyś albo chciałabyś podzielić się nimi z naszymi czytelnikami, to prześlij je do nas. Mile widziane są wywiady, felietony, zdjęcia i poezja. Proszę informować nas o wszystkich wydarzeniach polonijnych.

 

 

Promuj polonię

Każdy z nas może się przyczynić do promowania Polonii w Winnipegu w bardzo prosty sposób.  Mój apel jest aby dodać dwie linie do waszej stopki (signature) aby zacząć promować Polonijne wydarzenia w Winnipegu kiedykolwiek wysyłamy maila.

Tutaj są instrukcj
e jak dodać stopkę używając Outlook Express.

Kli
knij Tools-->Options --> Signatures

Zaznacz poprzez kliknięcie
Checkbox gdzie pisze

Add signature to all outgoing messages


W pole gdzie jest napisane Edit Signature proszę wpisać.

Polonijny link Winnipegu
http://www.polishwinnipeg.com

albo

Polish Link for Winnipeg
http://www.polishwinnipeg.com


Po tym kliknij Apply

I to wszystko. Od tej pory będziemy promować polskie wydarzanie w Winnipegu automatycznie kiedy wyślemy maila do kogoś. Wszystkie programy mailowe mają taką opcję tzw. signature i sposób jej dodania będzie bardzo podobny do tego co opisałem dla Outlook Express

Polonijny Biuletyn Informacyjny w Winnipegu

Przez boje, przez znoje, przez trud-kombatanckie losy
Kazimierz Patalas

INDEX

ALOJZY BACH

 

 

Alojzy Bach

WSPOMNIENIA  Spisane w lipcu 1986
 

 

Urodziłem się na Pomorzu w roku  1925. Pochodzę z licznej rodziny. Miałem jedenastu braci i pięć sióstr.  Ojciec mój owdowiał w I-ej  wojnie Światowej i ożenił się z wdową, która straciła męża na wojnie. Nasza liczna rodzina była więc połączoną rodziną z dwóch małżeństw. Mój najstarszy brat urodził się w 1901 roku. W roku 1939 trzech moich braci służyło w polskim wojsku. Miałem wtedy 14 lat.

      Już w grudniu 1939-go roku zostałem zabrany do Niemiec na przymusowe roboty. Wywieźli mnie w okolice Szczecina do miejscowości Kolesino. Pracowałem w gospodarstwie rolnym. Pomorze i Śląsk zostały bezpośrednio włączone do Rzeszy i dlatego okupacyjne władze hitlerowskie wywierały dużą presję na miejscową ludność, aby wpisywała się na listy niemieckie. Presja ta była szczególnie duża na rodziny o niemiecko brzmiących nazwiskach. W 1942-im roku matka przysłała mi list z zapytaniem czy zgadzam się na podpisanie takiej listy. Wiadomo było, że gdy matka podpisze, wtedy wszystkie dzieci poniżej 18 lat będą musiały zrobić to samo. Matka zdawała sobie sprawę, że mnie pierwszego zabiorą do wojska i dlatego zwróciła się do mnie z tym zapytaniem. Odpowiedziałem matce: "zrób jak uważasz, jeśli myślisz, że w ten sposób łatwiej wam będzie przeżyć i może się w ten sposób uchroni siostry przed wywiezieniem do Niemiec na roboty, to ja się zgadzam".
     W 1943-cim roku na wiosnę wezwano mnie na komisję wojskową. Przydzielono mnie do piechoty. Przechodziłem przeszkolenie nad granicą szwajcarska w Konstanz. W moim oddziale znalazło się wielu Polaków z Pomorza i ze śląska. Wielu z nich nie znało języka niemieckiego i tym było bardzo ciężko. W maju 1944-go roku przeniesiono mnie do Holandii. Tam miałem wypadek podczas ćwiczeń, uszkodziłem kolano i przez miesiąc leczyli mnie w szpitalu. Prawdopodobnie z tego powodu nie zostałem wysłany na rosyjski front, a po powrocie do oddziału przydzielono mnie na front do Francji. Było to już po inwazji sprzymierzonych.


     8-go grudnia 1944-go dostałem się do niewoli na odcinku obsadzonym przez Amerykanów. Oddział mój wykonywał nocne natarcie na wioskę. Wysłano mnie na patrol. Dostaliśmy się pod bardzo silny obstrzał artyleryjski. Leżeliśmy na kamienistym polu. Położyłem przed sobą kamień, aby chronić głowę przed odłamkami. Dostaliśmy się po dwu godzinach ognia do stajni. Stały w niej cztery konie i około 20 krów. Był ze mną sierżant niemiecki, który zaproponował abyśmy wymienili adresy i w razie wypadku zawiadomili rodziny. Nad ranem sierżant zdecydował nie poddawać się do niewoli i ukrył się w stajni. Ja wyszedłem ze stajni i podniosłem ręce do góry. Odprowadzili mnie do biura i spisali ewidencje. Trzymali mnie tam na punkcie zbornym około dwóch tygodni.
      Niemieccy żołnierze zdawali sobie sprawę, że dostanie się do niewoli amerykańskiej było najbezpieczniejszym sposobem na przeżycie wojny. Mimo niemiecko brzmiącego nazwiska, nie miałem wahania i zgłosiłem się jako Polak razem z innymi kolegami Polakami. Amerykanie wiedzieli dobrze, że jesteśmy Polakami zaciągniętymi przymusowo do niemieckiej armii. Oddzielili nas od Niemców. Również osobno wydzielili jeńców z oddziałów gen. Własowa. Przez jakiś czas przeprowadzano indywidualne przesłuchania. Wszystkich Polaków zabrano do Marsylii, stamtąd na statek i do Włoch do Taranto. Tam przeprowadzono przydziały do poszczególnych oddziałów polskiego korpusu. Naszą grupę 25-ciu byłych żołnierzy Wehrmachtu przydzielono do Pułku Ułanów Karpackich. Spisano nam ewidencje i przydzielono mnie na kurs łączności.
     Miałem okazję porównać dyscyplinę w polskim i niemieckim wojsku. Na ogół dyscyplina niemiecka była bardziej surowa. Przeszkolenie w łączności trwało 6 tygodni zanim przeznaczono nas do akcji na tzw.. linię Gotów. Dostałem przydział do ciężkich samochodów pancernych, stakandów, jako radio-operator w I-szym szwadronie. Naszym dowódcą był rotmistrz Mentel i por. Mieczkowski a w moim plutonie ppor. Tomaszewski. Pamiętam epizod w czasie służby na stakandach. Wzięliśmy raz 20 jeńców niemieckich. Mój kolega Morawiec prosił porucznika, aby pozwolił mu wyjść ze stakanda i zabrać jeńcom broń. Mieli bardzo dobre schmeisery. Porucznik zezwolił niechętnie. Zaledwie Morawiec wychylił głowę z wieżyczki stakanda, padł strzał ze strony grupy jeńców i trafił go w głowę. Oburzeni koledzy chcieli zastrzelić Niemca, który oddał strzał. Porucznik Tomaszewski jednak stanowczo zaprotestował i odesłał jeńców na tyły. I tak zaledwie w miesiąc przed zakończeniem wojny zginął tragicznie mój dobry kolega.
     Zakończyła się wojna. Stacjonowaliśmy przez jakiś czas we Włoszech. Duży nacisk kładziono na zajęcia sportowe. Brałem udział w dywizyjnych zawodach sportowych. Zająłem w biegu na 3- Maja 3-cie miejsce. Moje nazwisko odczytano z głośników na stadionie. Tak się zdarzyło, że usłyszał je mój wujek, który wkrótce potem wrócił do Polski i przekazał rodzinie wiadomość, że żyję. W 1945-ym roku nawiązałem kontakt z rodziną przez Czerwony Krzyż. Również tą drogą odszukałem brata, ale dopiero w roku 1946, już po wyjeździe do Anglii. Był w Edynburgu i wkrótce odwiedził mnie w Grimsby. W Anglii byłem przez jakiś czas w obozie Hensley w Liverpool.
     Urzędowały tu komisje przydzielające na wyjazd do różnych krajów Wspólnoty Brytyjskiej. Zgłosiłem się na wyjazd do Kanady. Komisje badały naszą znajomość rolnictwa, czy rozpoznajemy pszenicę od owsa, czy się fizycznie nadajemy do pracy na roli. Dzisiaj się z tego śmiejemy, ale wówczas to nie było Śmieszne. Przyjechaliśmy do Halifax w grupie 550 żołnierzy. Wiedzieliśmy, że przydzielono nas do Manitoby. Nie bardzo wiedzieliśmy, gdzie to jest. Wysadzono nas w Winnipegu. Czekały tramwaje i zawiozły nas do koszar. Wszyscy byliśmy w mundurach. 1-go czerwca jako zwarty oddział braliśmy udział w defiladzie w kanadyjskim "Decoration Day". Podzielono nas na dwie kompanie. Prowadził nas ppor. Baranowski i kolega Michał Panek. Sokół Nr. 1 dał nam sztandar i z nim defilowaliśmy przed trybuną.
       Pamiętam przywitanie. Nie wszyscy z miejscowych byli naszym przyjazdem zachwyceni. Padały m. inn. pytania: " A po co ci tu przyjechali ?". Większość jednak przyjęła nas serdecznie. Wiele rodzin zajęło się nami, wprowadziło nas do parafii św.. Ducha i zabierało do domów na obiad czy kolację. Pamiętam, że przyjęli mnie bardzo serdecznie państwo Rakowscy w Transconie. Długo utrzymywałem z nimi bliskie stosunki aż do ich śmierci.
      Po dwóch tygodniach pobytu w koszarach podzielono nas na trzy grupy: do Emerson, do Lettelier i do Roland. Mnie przydzielono do Lettelier. Zaczęła się praca przy burakach. Płacono od przecięcia rzędu buraków długości jednej mili. Nie wiele się na burakach zarobiło. Po skończeniu tej pracy dostaliśmy przydziały do indywidualnych gospodarzy. Mój gospodarz w Lasalle, pochodzenia francuskiego, był dla mnie bardzo dobry. Po żniwach wróciliśmy znów na buraki na kontrakt i pracowaliśmy do mrozów. W listopadzie przywieziono nas do Winnipegu na stację kolejową i kazano szukać sobie roboty przez Urząd Zatrudnienia. Podlegaliśmy ciągle jeszcze umowie na dwa lata pracy na farmach. Niektórzy koledzy szukali sobie farmerów, którzy by podpisali im formalnie zaświadczenie, że u nich pracują, a w rzeczywistości szli pracować przy wyrębie lasu, gdzie można było lepiej zarobić. Ja z natury jestem legalistą i lubię się trzymać przepisów. Przydzielili mnie na farmę do Brandon. Przyjechałem wieczorem, dali kolację a o 5-tej rano następnego dnia zbudzili do pracy. O szóstej było śniadanie a potem wyjazd na wyrąb lasu farmera. Praca była ciężka i zwróciłem się do Urzędu Zatrudnienia w Brandon o zmianę przydziału. Po tygodniu dostałem nowy przydział do farmera w Woodnorth. Ponieważ była zima, budzono nas dopiero o 8-ej rano. Pracowałem tam ponad rok w dobrych warunkach. Dobrze wspominam ten okres. Byłem traktowany na tej farmie jako jeden z członków rodziny.
        Powróciłem do Winnipegu. Próbowałem szczęścia przy wyrębie drzewa w Ontario. Nadciągnęła jednak zima i musieliśmy szukać pracy gdzie indziej. Usiłowaliśmy dostać się do kopalni w Sudburry, ale nie było wolnych miejsc i wróciliśmy do Winnipegu. Zamieszkaliśmy w tanich kwaterach. Za pokój płaciliśmy dolara na dzień, za śniadanie -35 centów. Na farmie zarabiałem przez zimę 60 dolarów a od 1 kwietnia 110 dolarów plus utrzymanie.
       Po naradzie z kolegami, z którymi spotykaliśmy się regularnie po pracy, zdecydowaliśmy się pojechać do kopalni złota w północnej Manitobie w Snow Lake. Pracowałem tam od roku 1949-go do 1950¬go. Zarabiałem 1100 dolarów miesięcznie. Były to na owe czasy ogromne pieniądze, ale trzeba było na nie ciężko pracować.
Potrzebowałem pieniędzy, bo chciałem sprowadzić brata z Polski. Wróciłem do Winnipegu i dalej szukałem pracy. Złożyłem wniosek na kolej do "Canadian Pacific". W międzyczasie pracowałem w Birth Construction, u "Swift"a zanim zostałem przyjęty do Canadian Pacific Railway (CPR). Bardzo ceniliśmy sobie pracę w CPR. Praca była stała, choć nawet gorzej płatna - początkowo 85 centów na godzinę. Gdy odchodziłem na emeryturę, po wielu latach pracy w CPR, otrzymywałem na godzinę 13.50 dolarów. Pracowałem bez przerwy od 1950-go do 1985-go roku. Przez pięć lat uczęszczałem do wieczorowej szkoły, aby podwyższyć swoje kwalifikacje. Dzięki temu przez ostatnich 17 lat byłem inspektorem w CPR. Do moich obowiązków należało sprawdzenie wagonów i wytypowanie części wymagających naprawy. W CPR pracowało wielu Polaków. Jeden wciągał drugiego. Lenowski, "assistent works manager", chętnie zatrudniał weteranów, bo miał o nich dobrą opinię.
        W 1953-im roku ożeniłem się. Moja żona jest sierotą. W wieku 9-ciu lat Niemcy aresztowali ją na ulicy w Krakowie. Rodzice zostali zamordowani w Oświęcimiu. żona bardzo ciężko przeżyła śmierć rodziców i do dziś, jakiekolwiek wspomnienie z tym związane, jak oglądanie filmów o Oświęcimiu, oddziaływują na nią bardzo depresyjnie. Nie mieliśmy swoich dzieci i adaptowaliśmy chłopca Michała. Mamy już wnuczkę.
       Do SPK zapisałem się już w Anglii w 1946-ym roku. Po przyjeździe do Winnipegu zorganizowaliśmy tzw.. Pomoc Koleżeńską. Polegało to na tym, że pracujący członkowie płacili po 5 dolarów miesięcznie i z tego funduszu udzielało się pożyczki dla potrzebujących. Ta Pomoc Koleżeńska została później zlikwidowana, a na jej miejsce powstała Kasa Kredytowa SPK. Od roku 1962 objąłem kierownictwo sali bankietowej w SPK i prowadzę ją do dziś, już prawie 25 lat. Przez dwa lata prowadziłem również piwiarnię. Co sobotę odbywają się zabawy. Kiedyś pilnowaliśmy, aby te zabawy były na odpowiednim poziomie i na salę nie wpuszczało się gości niewłaściwie ubranych. Obowiązywał krawat. Załatwiało się to w ten sposób, że mieliśmy kilkanaście krawatów w zapasie, które wypożyczało się mniej formalnie ubranym. Dziś czasy się zmieniły i jesteśmy bardziej nieformalni. Z nową falą emigracyjną nie mamy w zasadzie, pod tym względem, trudności. SPK ma dość dobrą opinię wśród miejscowej policji, a także Komisji Alkoholowej. Dzięki tej działalności finansowej Koło Nr 13 może m.in.. prowadzić akcje pomocy inwalidom jak również pomocy finansowej dla Kraju.
      Odwiedzałem Polskę w 1968-ym roku. Cała moja rodzina mieszka na Wybrzeżu. Przyjazd po tylu latach był wzruszający. Wyjazd był smutny. żegnały mnie 63 osoby na lotnisku we Wrzeszczu. Wiele było rozmów w gronie rodzinnym. Miedzy innymi zadano mi pytanie, czy spotykają mnie przykrości w Kanadzie związane z podpisaniem przez matkę listę niemieckiej. Musiałem niestety powiedzieć, że tak. Do dziś przy kieliszku, niektórzy koledzy wypominają mi to, zwłaszcza ci, którzy nie rozumieją sytuacji, w jakiej to podpisanie nastąpiło. Uważam jednak, że w konkretnych, ówczesnych warunkach postąpiłem właściwie i nie mam sobie nic do zarzucenia
.
 

 
  

 

 

INDEX


Copyright © Polonijny Link Winnipegu
Kopiowanie w całości jest dozwolone bez zgody redakcji pod warunkiem nie dokonywania zmian w dokumencie.

23-845 Dakota Street, Suite 332
Winnipeg, Manitoba
R2M 5M3
Canada
Phone: (204)254-7228
Toll Free US and Canada: 1-866-254-7228