Polonia Winnipegu
 

                            Archiwa Home Kontakt

Wydawca


Bogdan Fiedur
Bogdan Fiedur
 

 

zapisz Się Na Naszą listę


Proszę kliknąć na ten link aby dotrzeć do formularza gdzie można zapisać się na listę dystrybucyjną i w przyszłości otrzymywać biuletyn bezpośrednio od nas.

Aby zapisać się szybko bez wypełniania formularza, proszę wysłać E-mail bez żadnego tekstu poprzez kliknięcie tego linku.

 

 

Przyłącz się

Jeśli masz jakieś informacje dotyczące polskich wydarzeń i chciałbyś albo chciałabyś podzielić się nimi z naszymi czytelnikami, to prześlij je do nas. Mile widziane są wywiady, felietony, zdjęcia i poezja. Proszę informować nas o wszystkich wydarzeniach polonijnych.

 

 

Promuj polonię

Każdy z nas może się przyczynić do promowania Polonii w Winnipegu w bardzo prosty sposób.  Mój apel jest aby dodać dwie linie do waszej stopki (signature) aby zacząć promować Polonijne wydarzenia w Winnipegu kiedykolwiek wysyłamy maila.

Tutaj są instrukcj
e jak dodać stopkę używając Outlook Express.

Kli
knij Tools-->Options --> Signatures

Zaznacz poprzez kliknięcie
Checkbox gdzie pisze

Add signature to all outgoing messages


W pole gdzie jest napisane Edit Signature proszę wpisać.

Polonijny link Winnipegu
http://www.polishwinnipeg.com

albo

Polish Link for Winnipeg
http://www.polishwinnipeg.com


Po tym kliknij Apply

I to wszystko. Od tej pory będziemy promować polskie wydarzanie w Winnipegu automatycznie kiedy wyślemy maila do kogoś. Wszystkie programy mailowe mają taką opcję tzw. signature i sposób jej dodania będzie bardzo podobny do tego co opisałem dla Outlook Express

Polonijny Biuletyn Informacyjny w Winnipegu

Przez boje, przez znoje, przez trud-kombatanckie losy
Kazimierz Patalas

INDEX

HELENA BATOR

 

 

Helena Bator

WSPOMNIENIA  Spisane w sierpniu 1986
 

 

 Urodziłam się w Ostrowie, w województwie lwowskim. Tam też zastała mnie w 1939-tym roku wojna. Dzieciństwo spędziłam beztrosko w domu rodzinnym.
Było nas pięcioro dzieci: brat i cztery siostry. Ojciec pracował przed wojną w Kanadzie. Wrócił do Polski w 1936-tym roku. Przeprowadziliśmy się wtedy bliżej Lwowa, koło żółkwi. Ojciec zakupił ziemię z parcelacji i wybudowaliśmy nowe budynki gospodarcze. Była to akcja zmierzająca do spolszczenia tych ziem, gdzie przeważali liczebnie Ukraińcy. Z tego powodu Ukraińcom nie sprzedawano ziemi z parcelacji.
     W międzyczasie brat Józef wstąpił do zakonu, do Niepokalanowa. Matka z ciężkim sercem pożegnała jedynego syna, który zdecydował zostać księdzem. Nie doszło jednak do tego, gdyż wkrótce wybuchła wojna w 1939-ym roku. Ojciec Maksymilian Kolbe pobłogosławił braciom i powiedział: "Idźcie z Bogiem, może spotkamy się po burzy." Brat wrócił do domu i rodzina znów znalazła się w komplecie. W ostatnie żniwa w 1939 roku, pamiętam, jak niemieckie samoloty latały nisko nad polami i ostrzeliwały nawet maszyny żniwne. 17-go września wkroczyli bolszewicy.


  
10-go lutego 1940-go roku o godzinie 6-tej rano przyszli do naszego domu Sowieci. Załadowali nas, razem 11 osób, na sanie. Ojca i brata nie było w tym czasie w domu. Ukraińcy odgrażali się nam, że nas wymordują. Na stacji kolejowej czekaliśmy dwa tygodnie dopóki nie załadowali całego transportu. Ojciec i brat zdążyli dołączyć do nas.
Najmłodsza siostra, Zosia, miała wtedy 6 miesięcy. Ruszyliśmy na wschód. Warunki podróży były ciężkie, bardzo trudne do opisania.
    W wagonach panował mróz, nie było co jeść. Na środku stał żelazny piecyk, w którym spalaliśmy odrobinę przydzielanego nam węgla. Mieliśmy trochę żywności, którą dali nam znajomi ludzie z wioski. Pociąg często stawał i podróż trwała cały miesiąc. Nie wypuszczano nas z pociągu.
   Dojechaliśmy do świerdłowska na Uralu. Wyładowali nas na sanie i powieźli do lasu do jakiejś osady, przeznaczonej dla wysiedleńców. W osiedlu mieszkało około 400 ludzi. Byli między nimi Niemcy i Ukraińcy, osiedleni tu już poprzednio. Wykazywali oni pełne zrozumienie dla naszej sytuacji. Mówili, że nam to dobrze, bo przyjechaliśmy na gotowe już domy. Gdy ich przywieźli, wyrzucili ich, po porostu, w lesie i musieli zaczynać od kopania ziemianek.
      Z zaopatrzeniem w żywność było bardzo krucho. Kiedyś stałam w kolejce po chleb od godziny 4-tej po południu do 7-ej rano. Odmroziłam nogi i w końcu okazało się, że chleba nie dowieźli. Jedna z miejscowych kobiet ulitowała się nad maleńką Zosią i dzieliła mleko od swojej jedynej kozy na dwie porcje, dla swego dziecka i dla Zosi. Czasem podzieliła się również z jajkiem.
     Wysłali mnie do rosyjskiej szkoły, do 4-tej klasy. Usiłowano nam wpoić, że Stalin jest Bogiem. Rzuciliśmy szkołę. Poszłam pomagać ojcu i bratu przy pracy w lesie. Zbierałam gałęzie ze ściętych drzew i paliłam je. Zarobki były mizerne, zresztą i tak niewiele było do kupienia w osiedlu. Chleb przydzielano tylko dla pracujących, po 600 gramów na osobę, potem nawet zredukowano do 400 gramów.
Męczyły nas pluskwy. Nie mieliśmy światła, więc trzeba było świecić łuczywem, aby choć trochę się przed nimi uchronić.
    święta Bożego Narodzenia były bardzo smutne. Nie wolno się nam było modlić. Wysyłano dzieci miejscowych, aby podsłuchiwały, czy się modlimy. Niedziela była przeznaczona na "socjalistyczne uświadamianie" nas. Politruk czytał artykuły z gazet. Mówiono nam, że w Kanadzie i Ameryce jest taki głód, że ludzie się wzajemnie zjadają. Mówiono nam, że tak jak włos nie wyrośnie na dłoni, tak i my naszej Polski już więcej nie zobaczymy. Ojciec, który był w Kanadzie wyjaśniał nam jak jest tam naprawdę.
     Przyszła wreszcie amnestia. Wyjechaliśmy na południe do Kizerabatu, do Uzbekistanu. Pracowałam w kołchozie przy wożeniu ziemi taczkami oraz przy zbiorze bawełny. Pracującym wydawano dziennie po jednym placku kukurydzianym. Ojciec dostał się już do wojska polskiego. U nas był głód. Zdarzało się, że jedliśmy zdechłe koty i zdechłego osła. łapałam żółwie. Ludzie puchli z głodu. Zosia miała już trzy latka, zaczęła chodzić. Pamiętam, gdy ukradłam raz na bazarze jeden placek ze straganu, zauważyła mnie Uzbeczka i zaproponowała, żeby się tym plackiem podzielić po połowie. Trzeba było kraść, żeby przeżyć. W naszej izbie zmarły cztery kobiety. Zawinęliśmy je w prześcieradła, zanieśliśmy na noszach na cmentarz. Trzeba było kopać grób w zmarzniętej ziemi. Zmarła w tym czasie siostra matki, i jedna z moich sióstr. Ludzie umierali jak muchy. Pogrzeb szedł za pogrzebem. Przenieśliśmy się do drugiego kołchozu, gdzie hodowano pomidory. Tam było nam trochę lżej.
      Przyniesiono nam wiadomość, że brat jest ciężko chory w szpitalu wojskowym i przed śmiercią chce się z nami zobaczyć. Okazało się, że był to podstęp, aby nas w ten sposób wyciągnąć z kołchozu. Tak więc udało się nam spotkać w Buzułuku z ojcem i zupełnie zdrowym bratem, którzy byli zaciągnięci do polskiego wojska.
     Miałam wtedy 15 lat. Wstąpiłam do Junaczek. Dostaliśmy nowe mundury, ale mimo to dokuczały nam wszy i co tydzień trzeba było przeprowadzać dezynfekcję. Pamiętam, jak kiedyś wizytował obóz generał Sikorski. Staliśmy w szeregu przed nim, ale on widząc , że się słaniamy z osłabienia, kazał nam siąść na ziemi i zaczął się nas wypytywać o rodziny.
    Wreszcie nadszedł oczekiwany przez wszystkich moment wyjazdu z Rosji do Persji, do Pahlavi. Z okresu tego najbardziej utkwiły mi w pamięci masowe choroby i pogrzeby. Nastąpił kolejny transport samochodami ciężarowymi przez góry do Teheranu i dalej do Egiptu. Po pewnym czasie udało się nam znów spotkać z bratem i ojcem. Radosny moment spotkania pamiętam jak dziś. W Palestynie organizowano szkoły. Chodziłam wtedy przez krótki okres czasu do szkoły handlowej. Siostra Genia zachorowała na malarię. Wstąpiłam do starszych ochotniczek.

W Anglii przydzielono mnie do lotnictwa. Przeszkolono nas na kursie mechanicznym. Pracowałam przy obsłudze naziemnej samolotów. Byłam mechanikiem płatowym. Sprawdzałyśmy liny i sprzęgła kontrolujące skrzydła samolotów. Każda z nas miała ściśle wyznaczony, wąski zakres funkcji do wypełnienia. Zdawałyśmy sobie sprawę z dużej odpowiedzialności naszej pracy i traktowałyśmy to bardzo poważnie. Przeżywałyśmy bardzo każde zestrzelenie samolotu, i śmierć każdego członka załogi, który nie powrócił z akcji. Dowiedziałam się, że mój brat zginął pod Loreto w 1944 roku. Byłam w wojsku w Anglii przez 4 lata.
     Wojna się skończyła. Wiadomość o tym nie była dla nas tak radosna jak dla Anglików, bo nie mieliśmy domu, nie było gdzie wracać. Powoli rodzina zaczęła się zjeżdżać. Ja z ojcem byliśmy już w Anglii, w końcu dołączyła do nas matka z dwoma siostrami z obozu w Afryce.
    Na decyzję przyjazdu do Kanady wpłynęło zaproszenie siostry ojca i brata matki, którzy mieszkali w tym kraju od wielu lat. Bardzo nam to ułatwiło pierwsze, zwykle trudne kroki w nowym kraju. Trudno było ze znalezieniem pracy. Nie znałam dostatecznie języka. Zaczęłam pracować w szwalni. Wyszłam za mąż za Polaka wywiezionego do Niemiec na roboty. Mamy córkę, która wyszła za mąż i mogę się pochwalić wnuczką.
Oboje należymy do Stowarzyszenia Polskich Kombatantów. Przez 7 lat byłam prezeską Koła Pań im. Emilii Plater. Należę również do Federacji Polek Ogniwo Nr 7. Bardzo lubię nasze organizacje. Są one dla mnie naszą małą Polską, gdzie możemy się spotkać, porozmawiać w swoim języku i czuć się Polakami, mimo iż żyjemy poza Polską.

 

 
  

 

 

INDEX


Copyright © Polonijny Link Winnipegu
Kopiowanie w całości jest dozwolone bez zgody redakcji pod warunkiem nie dokonywania zmian w dokumencie.

23-845 Dakota Street, Suite 332
Winnipeg, Manitoba
R2M 5M3
Canada
Phone: (204)254-7228
Toll Free US and Canada: 1-866-254-7228