Polonia Winnipegu
 

                            Archiwa Home Kontakt

Wydawca


Bogdan Fiedur
Bogdan Fiedur
 

 

zapisz Się Na Naszą listę


Proszę kliknąć na ten link aby dotrzeć do formularza gdzie można zapisać się na listę dystrybucyjną i w przyszłości otrzymywać biuletyn bezpośrednio od nas.

Aby zapisać się szybko bez wypełniania formularza, proszę wysłać E-mail bez żadnego tekstu poprzez kliknięcie tego linku.

 

 

Przyłącz się

Jeśli masz jakieś informacje dotyczące polskich wydarzeń i chciałbyś albo chciałabyś podzielić się nimi z naszymi czytelnikami, to prześlij je do nas. Mile widziane są wywiady, felietony, zdjęcia i poezja. Proszę informować nas o wszystkich wydarzeniach polonijnych.

 

 

Promuj polonię

Każdy z nas może się przyczynić do promowania Polonii w Winnipegu w bardzo prosty sposób.  Mój apel jest aby dodać dwie linie do waszej stopki (signature) aby zacząć promować Polonijne wydarzenia w Winnipegu kiedykolwiek wysyłamy maila.

Tutaj są instrukcj
e jak dodać stopkę używając Outlook Express.

Kli
knij Tools-->Options --> Signatures

Zaznacz poprzez kliknięcie
Checkbox gdzie pisze

Add signature to all outgoing messages


W pole gdzie jest napisane Edit Signature proszę wpisać.

Polonijny link Winnipegu
http://www.polishwinnipeg.com

albo

Polish Link for Winnipeg
http://www.polishwinnipeg.com


Po tym kliknij Apply

I to wszystko. Od tej pory będziemy promować polskie wydarzanie w Winnipegu automatycznie kiedy wyślemy maila do kogoś. Wszystkie programy mailowe mają taką opcję tzw. signature i sposób jej dodania będzie bardzo podobny do tego co opisałem dla Outlook Express

Polonijny Biuletyn Informacyjny w Winnipegu

Przez boje, przez znoje, przez trud-kombatanckie losy
Kazimierz Patalas

INDEX

IRENA EHRLICH

 

 

Irena Ehrlich


WSPOMNIENIA 

spisane w kwietniu

  1987  
 
 

 

 

Pochodzę z Mazowsza, ale od trzeciego roku życia rodzice przenieśli się na
Wileńszczyznę i od tej pory słyszałam wokół siebie ludzi mówiących po wileńsku. Na
Wileńszczyďnie mieszkałam w różnych okolicach. Ojciec miał taką posadę, że go
przenoszono z miejsca na miejsce - Podbrodzie, święciany, Bezdany. Rok 1939 zastał mnie w Bezdanach, potem w miasteczku Kinieliszki. Zdałam maturę w Wilnie w 1939 roku, a jesienią pracowałam już w szkole powszechnej.

Wcześnie rankiem 13 kwietnia 1940-go roku rozległo się dobijanie do drzwi i krzyki po rosyjsku: "odczyniajtie!".  Mama skamieniała, ja też. Rozległ się płacz dzieci. Miałam cztery siostry i jednego brata. Ojciec zmarł w 1938 roku. Najmłodsza siostra miała 10 lat. Skamienieliśmy wszyscy. Krzyknęłam: "ładować do koszyka!". Było bardzo mało czasu. Dano nam tylko pół godziny na spakowanie. Nie mieliśmy nawet chleba. Mieliśmy krowę, nazywała się Lola. Mama poprosiła "bojca", by pozwolił jej wydoić krowę. W pewnym momencie krowa rzuciła się na "bojca" i chciała go rogami przebóść.

Połowa mieszkańców miasteczka, przeznaczona do wywózki zgromadziła się na stacji. Ludzie byli bardzo przygnębieni. Załadowano nas do bydlęcych wagonów. Nie było możliwości załatwiania fizjologicznych potrzeb. Wywiercono dziurkę w podłodze na środku wagonu i ta służyła do tego celu. Początkowo ludzie krępowali się i zasłaniali się wzajemnie, ale później, gdy przyszedł głód i dzieci zaczęły umierać, przestano się krępować.

Podróż trwała dwa tygodnie. Wyrzucono nas wreszcie na stacji w małym miasteczku Bułajewo, gdzieś w Kazachstanie, niedaleko świerdłowska na Syberii.  Zostaliśmy przydzieleni do kołchozu o nazwie Oktiabersk. Ludzie byli szaro ubrani, w butach zrobionych ze starych opon.  Przyglądali nam się z zainteresowaniem, bo byliśmy, w odróżnieniu od nich, bardzo porządnie ubrani. Na twarzach ich pojawiał się jakby szacunek i zdziwienie. Ale gdy pojawiło się NKWD, wszyscy natychmiast znikali.  Siedzieliśmy tak dwa dni na placu i nikt się nami nie zainteresował. Wreszcie powiedziano nam, że mamy się sami starać o pracę. Jesteśmy zdani na swój własny los. Nie mogliśmy znaleźć pomieszczenia, bo zwykle domek kołchoźnika składał się z dwóch izb, w nich proste łóżka - nary. Pozostaliśmy z całej grupy sami na placu, gdy w końcu jakiś dobry człowiek - kołchoźnik wskazał nam w pół rozwaloną lepiankę. Zażądał za nią 50 rubli miesięcznie. Przyjęliśmy propozycję i wprowadziliśmy się do lepianki.

Poszłyśmy następnego dnia do pobliskiego miasteczka Bułajewa. Zgłosiliśmy się w NKWD. Znałam trochę język białoruski i to okazało się pomocnym w znalezieniu pracy.  Spotkaliśmy znajomą panią Topolską. Poradziła nam, aby udać się do wioski, w której była ochronka dla dzieci. Dowiedzieliśmy się, że w Rosji bardzo łatwo otrzymać rozwód i dyrektor tej ochronki żenił się już szósty raz. Dzięki znajomości z ostatnią żoną dyrektora, przyjęto nas do pracy. Mnie przydzielono do kuchni, która mieściła się w przybudówce ochronki. Była to dobra posada. Siostrę przydzielono do zmywania podłóg. W ochronce było około 200 dzieci. Karmione były bardzo skromnie: na śniadanie otrzymywały mleko na pół z wodą, na obiad zupę, kartofle i trochę klusek a raz na tydzień plasterek mięsa, który mieścił się na jednej łyżce.

Pewnego razu, gdy miałam dyżur w kuchni, napadli na kuchnię młodzi, wygłodniali chłopcy w wieku od 10 do 13 lat. Stanęło nade mną sześciu z nożami w rękach : "Niania, otwieraj, bo zarżniemy! ". Przerażona otworzyłam im. Zabrali cały przydział chleba. Nie miałam siły, żeby zamknąć drzwi. Nadeszła pani Topolska - główny kucharz ochronki. Opowiedziałam jej o napadzie i po 15-tu minutach pojawiło się NKWD. Znaleźli bez trudności nie tylko tych sześciu chłopców, którzy ukradli chleb, ale na wszelki wypadek zabrali wszystkich chłopców w tym wieku do domu poprawczego. Po tym incydencie wyrzucili z pracy  w ochronce wszystkich Polaków.  

Chodziliśmy odtąd do pracy pieszo codziennie kilka kilometrów. Pamiętam, gdy w dzień wigilijny w roku 1940-tym szłyśmy z matką drogą, przed nami jechał wóz i w pewnym momencie spadł z niego worek mąki. Natychmiast zakopałyśmy go w śniegu i już z góry cieszyłyśmy się myślą, że przygotujemy dla wszystkich Polaków w obozie wspaniałą kolację. Niestety kołchoźnik zorientował się i zabrał nam mąkę.

Spieszyłyśmy się do pracy, bo za 15 minut spóźnienia groził rok więzienia (!). Mama dostała dobrą pracę przy wyrobie smoły. Mnie przydzielono do oczyszczania rowów, w których były zakopane rury. Praca szła sprawnie dopóki nie było głęboko. Trudno było wyrzucić śnieg z głebokiego rowu - spadał z łopaty. Byłam zrozpaczona, że nie wyrobię normy, a tam w domu małe dzieci czekają na chleb. Norma była niewielka - około 200 gramów chleba na osobę na dzień. Mama dała mi drabinę i poradziła, abym ładowała śnieg do worka i wynosiła go na powierzchnię. Mimo tego nie wyrobiłam normy.  I głodny był nasz wigilijny dzień w Niewieżce koło Bułajewa. Mama wyrobiła swoją normę i dostała te cenne 200 gramów chleba. Podzieliła go nam na kawałki, jak opłatek. W poszewce, na samym dnie znaleźliśmy jeszcze trochę mąki, którą swego czasu wymieniliśmy w kołchozie za rzeczy przywiezione z Polski.  Siostra moja Alinka, nie pracowała jeszcze, bo była za mała. Ugotowała nam z tej mąki prażuchę na wodzie. I taka była nasza pierwsza wigilia na wygnaniu. I było dużo smutnych wspomnień. Bardzo chciałam zasnąć, ale wspomnienia cisnęły się natrętnie i sen uleciał. Przypominałam sobie dzień wigilijny w Polsce od samego rana  do 12-tej godziny w nocy, kiedy jechaliśmy na Pasterkę.

Kolejną pracą jaką nam przydzielono była uprawa kapusty, ogórków i innych jarzyn dla dzieci w ochronce. Tych innych jarzyn jakoś nigdy nie było, bo zabrakło nasion. Domki w których mieszkaliśmy wyglądały strasznie. Były pełne robactwa. Zamiast podłogi było klepisko z gliny. Trzeba było je najpierw oczyścić, by nadawały się do zamieszkania.  Fiedzia, który zajmował się dowożeniem wody w beczce zachorował poważnie, leżał siny na trawie i drżał ciężko chory na malarie.  Wtedy kierownik polecił mi, abym objęła funkcję "wodowoza". Siłą pociągową był kulawy wół. Trzeba było umieć do niego przemówić, aby raczył ruszyć. Reagował jedynie na głośne rosyjskie przekleństwa. Praca polegała na tym, by nalać wodę do beczki i pokrzykując, ciągnąć woła za uzdę. Zauważyłam, że gdy odganiałam gałęzią muchy atakujące woła, przyspieszał on kroku. Pracowałam przy tym około miesiąca.

Wkrótce załadowali nas na ciężarowki z naszymi tobołami, zapakowali nas znów do bydlęcych wagonów i zawieźli do miasta Akmolińsk. Zapędzono nas tam do budowy linii kolejowej. Dowiedzieliśmy się, że wybuchła wojna z Niemcami.  Skoncentrowano masy ludzi do budowy tej linii. Praca szła przez 24 godziny. Nam wyznaczono godziny pracy od 2-giej w nocy do 10 rano. Wysypywaliśmy piasek z wagonów i układaliśmy kamienie w metrach kubicznych. Rano wszyscy byli już bardzo wycieńczeni, spać nam się chciało i posypialiśmy oparci na łopacie. I mnie się kiedyś tak zdarzyło. Nadzorca brygadier krzyknał nagle, że upadłam przerażona ze strachu.

Był październik i było już bardzo zimno. Ludzie byli bardzo lekko ubrani. Martwiliśmy się, że pewnie zamarzniemy tutaj wszyscy i taki będzie nasz koniec. Starsi wysyłali młodych do NKWD, aby wyprosili ciepłe buty i kufajki, bo bez nich nie można było pracować. Poszłam również. W biurze siedział wielki enkawudzista, w opiętym mundurze, z medalami, wyprostowany jak manekin. Palił dobrego, pachnącego papierosa. Pamiętam, że miał bardzo gruby, kwitnący nos.

 Takie szczegóły się czasem dobrze pamięta. Drżałyśmy jak galaretka, podeszłyśmy do stołu i przedstawiłyśmy naszą sprawę. I, o dziwo, nie wykrzyczał nas, tylko powiedział, żebyśmy się nie martwiły o ubranie, bo wkrótce wyślą nas do Ałma-Aty, a tam jest ciepło i wcale ubrania nam nie potrzeba. Oczywiście nie wierzyłyśmy mu ani jednego słowa, ale wkrótce okazało się, że mówił prawdę.

I znów załadowano nas na transport. Upchano nas do bydlęcych wagonów, przywieźli nam kilka worków zmarzniętych kartofli, co można było rozpoznać po dużych mokrych plamach na workach. Do tego dorzucono kilka worków stęchłej mąki. I tak zaczęła się podróż do Ałma- Aty. Po drodze zaczęły umierać dzieci, i poważnie chorować starsze kobiety.  W naszym transporcie nie było wielu mężczyzn.  W naszym wagonie był tylko jeden - pan Pieńk. Trzymał się dzielnie, choć czwarte skolei dziecko umierało mu na rękach. Trzeba było, aby ktoś przynosił do wagonu gorącą wodę - "kipiatok". Nikt nie miał ciepłego ubrania, a śnieg już zaczął sypać. Jedna z pań w naszym wagonie, pani świętorzecka, zaoferowała osobie, która się podejmie funkcji komendantki wagonu i będzie donosiła "kipiatok" -buty jej męża, wprawdzie dziurawe, ale jeszcze do użytku. Podjęłam się tej funkcji i odtąd na każdym przystanku wychodziłam w butach po "kipiatok". Był to właściwie cały nasz posiłek, bo placki upieczone ze stęchłej mąki były nie do zjedzenia i nieludzko pachniały, że z trudem można było oddychać w wagonie. Pocieszaliśmy się, że przecież ta podróż nie będzie trwała wiecznie i kiedyś dojedziemy do tej Ałma -Aty.

Na dużej stacji, w Orskoje zobaczyłam nagle coś, co nasunęło mi na myśl, że mam pewnie halucynacje, że jestem poważnie chora. Zobaczyłam bowiem polskiego żołnierza w ogromnej, futrzanej czapie z polskim orzełkiem.  Miał taki bardzo krótki płaszcz, trzy-czwarte, ale na czapie rosyjskiej był polski orzełek! Pomyślałam, że mam chyba jednak halucynacje! Podeszlam do niego i trzymając w ręku wiadra z "kipiatokiem", patrząc w żołnierza jak w świętość zapytałam " czy pan naprawdę jest Polakiem, i orzełek na pana czapce jest naprawdę polskim orzełkiem? ".  Popatrzył na mnie, pokiwał głową i nic nie odpowiedział. Wyglądało na to, że pomyślał o mnie to samo, co i ja. Potwierdził. Jeszcze raz zapytałam, czy to jest prawdziwy polski orzeł i jak to się stało, że tu, w Rosji, ma orzełka na czapce. Popatrzył na mnie raz jeszcze i powiedział :" A panienka nie wie, że wojsko polskie już jest?" Dwa wiadra z "kipiatokiem" wypadły mi z rąk. Uklękłam na śniegu, przeżegnałam się i nie wiedziałam co odpowiedzieć. Byłam tak szczęśliwa, że nagle zaniemówiłam. Nie byłam nawet w stanie mu podziękować. Opanowałam się wreszcie i wykrztusiłam: " czy pan nie mógł by zabrać mne i moją siostrę do wojska? ". "Nie, to niemożliwe" odpowiedział. "Zresztą, ja nie decyduję. Jest tu szef tego transportu, ale wątpię, aby się zgodził wziąść panienki do wojska. Wiezie on żywność i umundurowanie angielskie. Odpowiada tylko za to i nie ma prawa przewozić nikogo więcej. Ale - dobry człowiek jest ten nasz szef. Niech panienka spróbuje". Szef właśnie nadchodził. Też w futrzanej czapie i też z orzełkiem. Miał sumiasty wąs, wyglądał może na czterdzieści lat, zamyślony, bardzo taktowny. Wyłożyłam mu swoją sprawę.  Kategorycznie odpowiedział, że nie. Zapytał skąd jestem. Powiedziałam mu że z Wileńszczyzny. Pojaśniał mu wzrok i zapytał w jakim mieście byłam ostatnio. "w Wilnie" odpowiedziałam.  Wtedy przedstawił się: "Plawgo, jestem".  I zaczął się bardzo drapać w głowę. Ja modliłam się w tym czasie, ażeby go Bóg natchnął, żeby nas zabrał. Pokazałam mu całą gąsienicę wagonów załadowanych Polakami. I pan Plawgo zgodził się zawieść nas do wojska. Błyskawicznie pobiegłam po moją siostrę. Nie potrafię wyrazić słowami, co się działo w wagonie. Krzyczeli: "O Jezus, Maria, dziękujemy Ci! Płakali. Inni zaniemówili z wrażenia, nie mogli wykrztusić słowa!. Wojsko Polskie, Wojsko Polskie, wreszcie jest! ". Mama pożegnała się z nami, pożegnaliśmy się z całym wagonem i następnie, lawirując pod wagonami, by zmylić czujność NKWD, których tu było wszędzie pełno, przekradałyśmy się do transportu wojskowego. Na każdej stacji grali wtedy: "Szyraka strana maja radnaja ". Doszliśmy wreszcie do wagonu. Sierżant zrobił nam miejsce, my zajmowałyśmy jedną stronę wagonu a mężczyźni drugą. Po naszej stronie były drwa do palenia.  W wagonie czuło się przyjemne ciepło. Pan Plawgo zachęcił nas, byśmy się rozgościły.  On też był wywieziony z rodziną i może jego dziećmi zaopiekuje się też ktoś jak on nami się teraz opiekuje. Uspokoił nas, byśmy się nie bały, że będzie się nami opiekował jak ojciec. Mówił, że Polacy w biedzie umieją uszanować kobiety. Dodał nam tym otuchy, ale w tym momencie ktoś zastukał do drzwi. Przestraszył się sierżant, że to NKWD więc kazał się nam skryć za stos drzewa. Otworzył