|
 |
Irena Ehrlich
WSPOMNIENIA
spisane w kwietniu
1987
|
 |
Pochodzę z Mazowsza, ale od trzeciego
roku życia rodzice przenieśli się na
Wileńszczyznę i od tej pory słyszałam wokół siebie ludzi mówiących po
wileńsku. Na
Wileńszczyďnie mieszkałam w różnych okolicach. Ojciec miał taką posadę,
że go
przenoszono z miejsca na miejsce - Podbrodzie,
święciany, Bezdany. Rok
1939 zastał mnie w Bezdanach, potem w miasteczku Kinieliszki. Zdałam
maturę w Wilnie w 1939 roku, a jesienią pracowałam już w szkole
powszechnej.
Wcześnie rankiem 13 kwietnia 1940-go roku rozległo
się
dobijanie do drzwi i krzyki po rosyjsku: "odczyniajtie!". Mama skamieniała,
ja też. Rozległ
się
płacz
dzieci. Miałam
cztery siostry i jednego brata. Ojciec zmarł
w 1938 roku. Najmłodsza
siostra miała
10 lat. Skamienieliśmy wszyscy. Krzyknęłam:
"ładować
do koszyka!". Było
bardzo mało
czasu. Dano nam tylko pół
godziny na spakowanie. Nie mieliśmy nawet chleba. Mieliśmy krowę,
nazywała
się
Lola. Mama poprosiła
"bojca", by pozwolił
jej wydoić
krowę.
W pewnym momencie krowa rzuciła
się
na "bojca" i chciała
go rogami przebóść.
Połowa
mieszkańców
miasteczka, przeznaczona do wywózki zgromadziła
się
na stacji. Ludzie byli bardzo przygnębieni.
Załadowano nas do bydlęcych
wagonów. Nie było
możliwości załatwiania
fizjologicznych potrzeb. Wywiercono dziurkę
w podłodze
na środku wagonu i ta służyła
do tego celu. Początkowo
ludzie krępowali
się
i zasłaniali
się
wzajemnie, ale później,
gdy przyszedł
głód
i dzieci zaczęły
umierać,
przestano się
krępować.
Podróż
trwała
dwa tygodnie. Wyrzucono nas wreszcie na stacji w małym
miasteczku Bułajewo,
gdzieś w Kazachstanie, niedaleko
świerdłowska
na Syberii. Zostaliśmy przydzieleni do kołchozu
o nazwie Oktiabersk. Ludzie byli szaro ubrani, w butach zrobionych ze starych
opon. Przyglądali
nam się
z zainteresowaniem, bo byliśmy, w odróżnieniu od nich, bardzo porządnie
ubrani. Na twarzach ich pojawiał
się
jakby szacunek i zdziwienie. Ale gdy pojawiło
się
NKWD, wszyscy natychmiast znikali. Siedzieliśmy tak dwa dni na placu i nikt się
nami nie zainteresował.
Wreszcie powiedziano nam,
że
mamy się
sami
starać
o pracę.
Jesteśmy zdani na swój własny
los. Nie mogliśmy
znaleźć
pomieszczenia, bo zwykle domek kołchoźnika
składał
się
z dwóch izb, w nich proste
łóżka
- nary. Pozostaliśmy z całej
grupy sami na placu, gdy w końcu
jakiś dobry człowiek
- kołchoźnik
wskazał
nam w pół
rozwaloną
lepiankę.
Zażądał
za nią
50 rubli miesięcznie.
Przyjęliśmy
propozycję
i wprowadziliśmy się
do lepianki.
Poszłyśmy
następnego
dnia do pobliskiego miasteczka Bułajewa.
Zgłosiliśmy
się
w NKWD. Znałam
trochę
język
białoruski
i to okazało
się
pomocnym w znalezieniu pracy. Spotkaliśmy znajomą
panią
Topolską.
Poradziła
nam, aby udać
się
do
wioski, w której była
ochronka dla dzieci. Dowiedzieliśmy się,
że
w Rosji bardzo
łatwo
otrzymać
rozwód i dyrektor tej ochronki
żenił
się
już szósty raz. Dzięki
znajomości z ostatnią żoną
dyrektora, przyjęto
nas do pracy. Mnie przydzielono do kuchni, która mieściła
się
w przybudówce ochronki. Była
to dobra posada. Siostrę
przydzielono do zmywania podłóg.
W ochronce było
około
200 dzieci. Karmione były
bardzo skromnie: na śniadanie otrzymywały
mleko na pół
z wodą,
na obiad zupę,
kartofle i trochę
klusek a raz na tydzień
plasterek mięsa,
który mieścił
się
na jednej łyżce.
Pewnego
razu, gdy miałam
dyżur w kuchni, napadli na kuchnię
młodzi,
wygłodniali
chłopcy
w wieku od 10 do 13 lat. Stanęło
nade mną
sześciu z nożami w rękach
: "Niania, otwieraj, bo zarżniemy! ". Przerażona otworzyłam
im. Zabrali cały
przydział
chleba. Nie miałam
siły,
żeby
zamknąć
drzwi. Nadeszła
pani Topolska - główny
kucharz ochronki. Opowiedziałam
jej o napadzie i po 15-tu minutach pojawiło
się
NKWD.
Znaleźli
bez trudności nie tylko tych sześciu chłopców,
którzy ukradli chleb, ale na wszelki wypadek zabrali wszystkich chłopców
w tym wieku do domu poprawczego. Po tym incydencie wyrzucili z pracy w
ochronce wszystkich Polaków.
Chodziliśmy odtąd
do pracy pieszo codziennie kilka kilometrów. Pamiętam,
gdy w dzień
wigilijny w roku 1940-tym szłyśmy
z matką
drogą,
przed nami jechał
wóz i w pewnym momencie spadł
z niego worek mąki.
Natychmiast zakopałyśmy
go w śniegu i już
z góry
cieszyłyśmy
się
myślą,
że
przygotujemy dla wszystkich Polaków w obozie wspaniałą
kolację.
Niestety kołchoźnik
zorientował
się
i zabrał
nam mąkę.
Spieszyłyśmy
się
do pracy, bo za 15 minut spóźnienia
groził
rok więzienia
(!). Mama dostała
dobrą
pracę
przy wyrobie smoły.
Mnie przydzielono do oczyszczania rowów, w których były
zakopane rury. Praca szła
sprawnie dopóki nie było
głęboko.
Trudno było
wyrzucić śnieg
z głebokiego
rowu - spadał
z łopaty. Byłam
zrozpaczona,
że
nie wyrobię
normy, a tam w domu małe
dzieci czekają
na
chleb. Norma była
niewielka - około
200 gramów chleba na osobę
na dzień.
Mama dała
mi drabinę
i poradziła,
abym ładowała
śnieg do worka i wynosiła
go na powierzchnię.
Mimo tego nie wyrobiłam
normy. I głodny
był
nasz wigilijny dzień
w Niewieżce koło
Bułajewa.
Mama wyrobiła
swoją
normę
i dostała
te cenne 200 gramów chleba. Podzieliła
go nam na kawałki, jak opłatek.
W poszewce, na samym dnie znaleźliśmy
jeszcze trochę
mąki,
którą
swego czasu wymieniliśmy w kołchozie
za rzeczy przywiezione z Polski. Siostra moja Alinka, nie pracowała
jeszcze, bo była
za mała.
Ugotowała
nam z tej mąki
prażuchę
na wodzie. I taka była
nasza pierwsza wigilia na wygnaniu. I było
dużo smutnych wspomnień.
Bardzo chciałam
zasnąć,
ale wspomnienia cisnęły
się
natrętnie
i sen uleciał.
Przypominałam
sobie dzień
wigilijny w Polsce od samego rana do 12-tej godziny w nocy, kiedy jechaliśmy na
Pasterkę.
Kolejną
pracą
jaką
nam przydzielono była
uprawa kapusty, ogórków i innych jarzyn dla dzieci w ochronce. Tych innych
jarzyn jakoś nigdy nie było,
bo zabrakło
nasion. Domki w których mieszkaliśmy wyglądały
strasznie. Były
pełne
robactwa. Zamiast podłogi
było
klepisko z gliny. Trzeba było
je najpierw oczyścić,
by nadawały
się
do
zamieszkania. Fiedzia, który zajmował
się
dowożeniem
wody w beczce zachorował
poważnie, leżał
siny na trawie i drżał
ciężko
chory na malarie. Wtedy kierownik polecił
mi, abym objęła
funkcję
"wodowoza". Siłą
pociągową
był
kulawy wół.
Trzeba było
umieć
do niego przemówić,
aby raczył
ruszyć.
Reagował
jedynie na głośne
rosyjskie przekleństwa.
Praca polegała
na tym, by nalać
wodę
do beczki i pokrzykując,
ciągnąć
woła
za uzdę.
Zauważyłam,
że
gdy odganiałam
gałęzią
muchy atakujące
woła,
przyspieszał
on kroku. Pracowałam
przy tym około
miesiąca.
Wkrótce
załadowali
nas na ciężarowki
z naszymi tobołami,
zapakowali nas znów do bydlęcych
wagonów i zawieźli
do miasta Akmolińsk.
Zapędzono
nas tam do budowy linii kolejowej. Dowiedzieliśmy się,
że
wybuchła
wojna z Niemcami. Skoncentrowano masy ludzi do budowy tej linii. Praca szła
przez 24 godziny. Nam wyznaczono godziny pracy od 2-giej w nocy do 10 rano.
Wysypywaliśmy piasek z wagonów i układaliśmy
kamienie w metrach kubicznych. Rano wszyscy byli już bardzo wycieńczeni,
spać
nam się
chciało
i posypialiśmy oparci na
łopacie.
I mnie się
kiedyś tak zdarzyło.
Nadzorca brygadier krzyknał
nagle, że
upadłam
przerażona ze strachu.
Był
październik
i było
już bardzo zimno. Ludzie byli bardzo lekko ubrani. Martwiliśmy się,
że
pewnie zamarzniemy tutaj wszyscy i taki będzie
nasz koniec. Starsi wysyłali
młodych
do NKWD, aby wyprosili ciepłe
buty i kufajki, bo bez nich nie można było
pracować.
Poszłam
również. W biurze siedział wielki enkawudzista, w opiętym
mundurze, z medalami, wyprostowany jak manekin. Palił
dobrego, pachnącego
papierosa. Pamiętam,
że
miał
bardzo
gruby, kwitnący
nos.
Takie
szczegóły
się czasem dobrze pamięta.
Drżałyśmy
jak galaretka, podeszłyśmy
do stołu
i przedstawiłyśmy
naszą
sprawę.
I, o dziwo, nie wykrzyczał
nas, tylko powiedział,
żebyśmy
się nie martwiły
o ubranie, bo wkrótce wyślą
nas do Ałma-Aty,
a tam jest ciepło
i wcale ubrania nam nie potrzeba. Oczywiście nie wierzyłyśmy
mu ani jednego słowa,
ale wkrótce okazało
się,
że
mówił
prawdę.
I znów
załadowano
nas na transport. Upchano nas do bydlęcych
wagonów, przywieźli
nam kilka worków zmarzniętych
kartofli, co można było
rozpoznać po dużych mokrych plamach na workach. Do tego dorzucono kilka worków
stęchłej
mąki.
I tak zaczęła
się
podróż do Ałma-
Aty. Po drodze zaczęły
umierać
dzieci, i poważnie chorować
starsze kobiety. W naszym transporcie nie było
wielu mężczyzn.
W naszym wagonie był
tylko jeden - pan Pieńk.
Trzymał
się
dzielnie, choć
czwarte skolei dziecko umierało
mu na rękach.
Trzeba było,
aby ktoś przynosił
do wagonu gorącą
wodę
- "kipiatok". Nikt nie miał
ciepłego
ubrania, a śnieg już zaczął
sypać. Jedna z pań
w naszym wagonie, pani
świętorzecka,
zaoferowała
osobie, która się
podejmie funkcji komendantki wagonu i będzie
donosiła
"kipiatok" -buty jej męża,
wprawdzie dziurawe, ale jeszcze do użytku. Podjęłam
się
tej
funkcji i odtąd
na każdym przystanku wychodziłam
w butach po "kipiatok". Był
to właściwie
cały
nasz posiłek,
bo placki upieczone ze stęchłej
mąki
były
nie do zjedzenia i nieludzko pachniały,
że
z trudem można było
oddychać
w wagonie. Pocieszaliśmy się,
że
przecież ta podróż nie będzie
trwała
wiecznie i kiedyś dojedziemy do tej Ałma
-Aty.
Na dużej
stacji, w Orskoje zobaczyłam
nagle coś, co nasunęło
mi na myśl,
że
mam pewnie halucynacje,
że
jestem poważnie chora. Zobaczyłam
bowiem polskiego żołnierza
w ogromnej, futrzanej czapie z polskim orzełkiem.
Miał
taki bardzo krótki płaszcz,
trzy-czwarte, ale na czapie rosyjskiej był
polski orzełek!
Pomyślałam,
że
mam chyba jednak halucynacje! Podeszlam do niego i trzymając
w ręku
wiadra z "kipiatokiem", patrząc
w żołnierza
jak w świętość
zapytałam
" czy pan naprawdę
jest
Polakiem, i orzełek
na pana czapce jest naprawdę
polskim orzełkiem?
". Popatrzył
na mnie, pokiwał
głową
i nic nie odpowiedział.
Wyglądało
na to, że
pomyślał
o mnie
to samo, co i ja. Potwierdził.
Jeszcze raz zapytałam,
czy to jest prawdziwy polski orzeł
i jak to się
stało,
że
tu, w Rosji, ma orzełka
na czapce. Popatrzył
na mnie raz jeszcze i powiedział
:" A panienka nie wie,
że
wojsko polskie już
jest?" Dwa wiadra z "kipiatokiem" wypadły
mi z rąk.
Uklękłam
na śniegu, przeżegnałam
się
i nie wiedziałam
co odpowiedzieć. Byłam
tak szczęśliwa,
że
nagle zaniemówiłam. Nie byłam
nawet w stanie mu podziękować.
Opanowałam
się
wreszcie i wykrztusiłam: " czy pan nie mógł
by zabrać
mne i moją
siostrę
do wojska? ". "Nie, to niemożliwe" odpowiedział.
"Zresztą,
ja nie decyduję.
Jest tu szef tego transportu, ale wątpię,
aby się
zgodził
wziąść
panienki do wojska. Wiezie on żywność
i umundurowanie angielskie. Odpowiada tylko za to i nie ma prawa przewozić
nikogo więcej. Ale - dobry człowiek
jest ten nasz szef. Niech panienka spróbuje". Szef właśnie
nadchodził.
Też w futrzanej czapie i też z orzełkiem. Miał
sumiasty wąs,
wyglądał
może
na czterdzieści lat, zamyślony, bardzo taktowny. Wyłożyłam
mu swoją
sprawę.
Kategorycznie odpowiedział,
że
nie. Zapytał
skąd
jestem. Powiedziałam
mu że
z Wileńszczyzny.
Pojaśniał
mu wzrok i zapytał
w jakim mieście byłam
ostatnio. "w Wilnie" odpowiedziałam.
Wtedy przedstawił
się:
"Plawgo, jestem". I zaczął
się bardzo drapać
w głowę.
Ja modliłam
się w tym czasie, ażeby
go Bóg natchnął,
żeby
nas zabrał.
Pokazałam
mu całą
gąsienicę
wagonów załadowanych
Polakami. I pan Plawgo zgodził
się
zawieść
nas do wojska. Błyskawicznie
pobiegłam
po moją
siostrę.
Nie potrafię
wyrazić
słowami,
co się
działo
w wagonie. Krzyczeli: "O Jezus, Maria, dziękujemy
Ci! Płakali.
Inni zaniemówili z wrażenia,
nie mogli wykrztusić
słowa!.
Wojsko Polskie, Wojsko Polskie, wreszcie jest! ". Mama pożegnała
się
z nami, pożegnaliśmy
się
z całym
wagonem i następnie,
lawirując
pod wagonami, by zmylić
czujność
NKWD, których tu było
wszędzie
pełno,
przekradałyśmy
się
do
transportu wojskowego. Na każdej stacji grali wtedy: "Szyraka strana maja
radnaja ". Doszliśmy wreszcie do wagonu. Sierżant zrobił
nam miejsce, my zajmowałyśmy
jedną
stronę
wagonu a mężczyźni
drugą.
Po naszej stronie były
drwa do palenia. W wagonie czuło
się przyjemne ciepło.
Pan Plawgo zachęcił
nas, byśmy się
rozgościły.
On też był
wywieziony z rodziną
i może
jego dziećmi
zaopiekuje się
też
ktoś jak on nami się
teraz opiekuje. Uspokoił
nas, byśmy się
nie bały,
że
będzie
się
nami opiekował
jak ojciec. Mówił,
że
Polacy w biedzie umieją
uszanować
kobiety. Dodał
nam tym otuchy, ale w tym momencie ktoś zastukał
do drzwi. Przestraszył
się
sierżant,
że
to NKWD więc
kazał
się
nam skryć
za stos drzewa. Otworzył |