Polonia Winnipegu
 

                            Archiwa Home Kontakt

Wydawca


Bogdan Fiedur
Bogdan Fiedur
 

 

zapisz Się Na Naszą listę


Proszę kliknąć na ten link aby dotrzeć do formularza gdzie można zapisać się na listę dystrybucyjną i w przyszłości otrzymywać biuletyn bezpośrednio od nas.

Aby zapisać się szybko bez wypełniania formularza, proszę wysłać E-mail bez żadnego tekstu poprzez kliknięcie tego linku.

 

 

Przyłącz się

Jeśli masz jakieś informacje dotyczące polskich wydarzeń i chciałbyś albo chciałabyś podzielić się nimi z naszymi czytelnikami, to prześlij je do nas. Mile widziane są wywiady, felietony, zdjęcia i poezja. Proszę informować nas o wszystkich wydarzeniach polonijnych.

 

 

Promuj polonię

Każdy z nas może się przyczynić do promowania Polonii w Winnipegu w bardzo prosty sposób.  Mój apel jest aby dodać dwie linie do waszej stopki (signature) aby zacząć promować Polonijne wydarzenia w Winnipegu kiedykolwiek wysyłamy maila.

Tutaj są instrukcj
e jak dodać stopkę używając Outlook Express.

Kli
knij Tools-->Options --> Signatures

Zaznacz poprzez kliknięcie
Checkbox gdzie pisze

Add signature to all outgoing messages


W pole gdzie jest napisane Edit Signature proszę wpisać.

Polonijny link Winnipegu
http://www.polishwinnipeg.com

albo

Polish Link for Winnipeg
http://www.polishwinnipeg.com


Po tym kliknij Apply

I to wszystko. Od tej pory będziemy promować polskie wydarzanie w Winnipegu automatycznie kiedy wyślemy maila do kogoś. Wszystkie programy mailowe mają taką opcję tzw. signature i sposób jej dodania będzie bardzo podobny do tego co opisałem dla Outlook Express

Polonijny Biuletyn Informacyjny w Winnipegu

Przez boje, przez znoje, przez trud-kombatanckie losy
Kazimierz Patalas

INDEX

KAZIMIERZ KLIMASZEWSKI

 

 

Kazimierz Klimaszewski

 

WSPOMNIENIA
Spisane w październiku 1986 roku

 


Urodziłem się w 1914 roku w Warszawie. Wybuchła właśnie I-sza wojna
światowa i Niemcy bombardowali Most Kierbedzia. Skończyłem Główną Szkołę Handlową w Warszawie w 1937 roku i wstąpiłem do wojska, na podchorążówkę artylerii w Zambrowie. Mieściła się ona w starych koszarach z czasów Wielkiego Księstwa Warszawskiego. Były tam dwie baterie lekkie i
dwie baterie ciężkie PAL (pułk artylerii lekkiej). Skończyłem ją ze stopniem plutonowego podchorążego. Otrzymałem przydział do 27 PAL w Rembertowie. Wkrótce potem odbyły się wielkie manewry w okolicach Czerwonego Boru. Zostałem awansowany na sierżanta podchorążego. W następnym roku przeszedłem pierwsze ćwiczenia oficerskie.

Zbliżała się nieuchronnie wojna. 25-go sierpnia 1939 roku znalazłem się na linii frontu, na dobrze przygotowanym przedpolu artylerii dywizyjnej. Pełniłem funkcję oficera zwiadowczego baterii a później dywizjonu. Wydano nam hełmy francuskie. Otrzymywaliśmy żołd - 2.80 zł za 10 dni i pół manierki wódki czystej. Przyszedł rozkaz kopania schronów dla obserwatorów. Przetrwaliśmy na swych stanowiskach do 3 września, gdy przyszedł rozkaz wycofywania się na wschód. Musieliśmy się wycofywać bez oddania jednego strzału. Niemcy przeważającymi siłami zaczęli nas okrążać. Byliśmy pod stałym bombardowaniem niemieckich sztukasów. Przez cały dzień bombardowali most pod Wyszkowem i wreszcie zapalili go. Przeszliśmy na wschodnią stronę Bugu i zajęliśmy stanowiska obronne. 9-go września kolumna niemiecka odcięła nam transport. Zostaliśmy bez paszy dla koni. Oficer 3-ej baterii popełnił pomyłkę. Odprzodkował działa w nocy. Major Passendorfer polecił mi zbadać, co się stało. Cofnąłem się 2.5 km i okazało się, że cała kolumna została zablokowana. Wskutek tego opóźnienia czołgom niemieckim udało się odciąć nasz transport.

Niemcy zaczęli się wstrzeliwać w nasze pozycje. Wyjechałem
w kierunku Mińska Mazowieckiego. 5 km od Minnńska zaatakowały nas
sztukasy, szczęśliwie, nieskutecznie. Po przejechaniu dalszych 15 km
usłyszeliśmy ogień artyleryjski. Zakupiłem siano i chleb i postanowiłem wracać do jednostki. Na zapchanej szosie spotkaliśmy cofające się oddziały różnych jednostek. Mój pułk artylerii poniósł spore straty. Nie mogłem go znaleźć. Wróciłem do wozu taborowego. Dołączyliśmy do pierwszego oddziału artyleryjskiego 1-go pułku artylerii z Wilna. Mianowano mnie tu oficerem zwiadowczym pułku. Dotarliśmy w okolice Kałuszyna. Zapowiadało się na poważną akcję. Niemcy ustawili stanowiska karabinów maszynowych na miejscowej szkole. Pozostała nam tylko jedna bateria. Zainstalowaliśmy punkty obserwacyjne i zdożaliśmy niemieckie stanowiska i szkołę rozbić.
Ogien ustał, ale z boku pozostało jeszcze silne gniazdo karabinów
maszynowych. Zostało nam zaledwie 6 pocisków, ale wystarczyło, by
gniazdo rozbić. Dostaliśmy jednak kilka trafień. Telefonista został ranny i dochodził mnie jego jęk z pobliskiego rowu. Pod ogniem karabinów maszynowych przywarłem w koleinach do ziemi. Oberwałem w nogę i nasz punkt artyleryjski został zlikwidowany. Udało mi się odnaleźć swego konia i pojechałem szukać swego oddziału. W nocy z 11-go na 12-ty września ruszyliśmy na Mińsk Mazowiecki w sile 5-ciu pociągów. Wojsko, policja państwowa i rezerwa. Dowódzcą transportu był pułkownik Zieliński (lub
Ziółkowski). Oczekiwaliśmy ataku Niemców od strony Siedlec. Przyszedł rozkaz ściągnięcia dział z platform kolejowych. Ściągnęliśmy dwa działa i ustawiliśmy je na stanowiskach. Nasz pociąg pancerny pamiętał jeszcze rok 1920-ty. Lokomotywa była dobrze opancerzona, były również przeciwlotnicze karabiny maszynowe. Wieczorem wyszło z okolicy Siedlec natarcie niemieckich czołgów. Muszę tu opowiedzieć o szarży kawalerii na te czołgi.
Odbyło się to jednak inaczej, niż to przedstawiają często historycy. Kawaleria podsunęła się do czołgów z flanku za osłoną lasu i tam stanęła niezauważona w odległości 300 m. W szybkim ataku z boku zarzucili czołgi granatami. Trzy czołgi zostały unieruchomione, reszta się wycofała.

Niemcy zaczęli zamykać kocioł. Zaczęliśmy się wycofywać bagnami rzeki Kostrzyń. Rano znaleźliśmy się w beznadziejnej sytuacji. Opadła gęsta mgła jak mleko. Pod jej osłoną wycofywaliśmy się na południe. Dołączyłem do oddziału kawalerii, który doszedł w nocy w okolice Garwolina. Dotarłem do nadleśnictwa Izdebna. Zmieniłem bieliznę, mundur, dwa kolty. Pułkownik Więckowski bierał żołnierzy i szykował grupę na odsiecz Warszawy. Po zweryfikowaniu zostałem oficerem żywnościowym. Zdobyliśmy sztabowy wóz niemiecki. Przebieraliśmy żołnierzy w niemieckie mundury i w takim przebraniu jechali szosą na Warszawę na zwiad.

Tu po raz pierwszy usłyszałem przez radio apel generała Sikorskiego z Paryża nawołujący do przedzierania się przez granicę do oddziałów polskich we Francji. Radził pójść na Rumunię lub Węgry. Inni chcieli przebijać się na Litwę. Wymieniłem dwa kolty na konia (sławna Winda). Zakopaliśmy broń w lasach garwolińskich i ruszyliśmy na południe. Dotarliśmy do wioski Humań na granicy słowackiej. Przewodnik wprowadził naszą grupę liczącą 12 -tu żołnierzy do wioski ukraińskiej. Oddaliśmy wszystko co mieliśmy miejscowym Łemkom, dali nam w zamian za to zawszone ubrania. Ukraińcy zameldowali nas Niemcom i dostaliśmy się do niewoli. Przewieziono nas do Komańczy, potem do więzienia w Sanoku. Volksdeutsch odczytał nam wyrok
śmierci. Czekaliśmy dwa dni i jedną noc. Pułkownik zdołał się jednak
dogadać, w wyniku czego załadowali nas na ciężarówkę i dowieźli do Mościc, do wielkiego transportu jeńców wojennych. Z miejsca rozpoczęliśmy planować ucieczkę. Niemcy sporządzali listy obecnych w wagonach, a my natychmiast przesiadaliśmy się do innych wagonów. W Krakowie zatrzymano wyższych oficerów.

Dostałem przydział do Stalagu 6D w Dortmundzie. Przywitała nas na dworcu w Dortmundzie stara miejscowa Polonia. Stare kobiety płakały na nasz widok. Zawieźli nas do "Sportpalast". Teren otoczony był drutem kolczastym, ponad nim umieszczone reflektory. Karabiny maszynowe były skierowane wprost na nas. Wyżywienie dostawaliśmy bardzo kiepskie. Wkrótce rozwieziono nas na komenderówki. Znałem język niemiecki i podawałem się za szeregowego. Niemcy proponowali mi współpracę, ale szybko udało mi się dostać do "bauera". W aktach moich znaleziono jednak, że jestem oficerem i odesłano mnie spowrotem do Stalagu. Przekupiłem Volksdeutcha i wykreślił moją
oficerską ewidencję i znów udało mi się dostać do "bauera". Można się
było wówczas przepisywać na listę cywilną. Odradzałem żołnierzom aby tego nie robili. Póki jesteśmy wojskiem, podlegamy Konwencji Genewskiej. Ktoś zdradził i znów mnie odesłano do Stalagu 6C. Po raz pierwszy widziałem tam angielskich jeńców z Dunkierki. Ta pierwsza grupa angielskich żołnierzy bardzo nam zaimponowała. Byli głodzeni i wycieńczeni. Zorganizowaliśmy akcje pomocy. Przesyłaliśmy im nocą bochenki chleba.

W Oberlangen byłem w baraku nr.10. Kilku naszych jeńców zdołało uciec. Wywieźli nas do Hofnungstall. Był tam morderczy obóz ćwiczebny dla niemieckiego wojska. Odbywała tam ćwiczenia armia Africa Corps. Pracując codziennie w kolumnach karnych widzieliśmy tam najbrutalniejsze metody szkolenia wojskowego. Wyczerpanych doszczętnie żołnierzy kopano brutalnie. Na ścianach znaleźliśmy napisy "Wannerheim, du mördered meine Jugend" (Wannerheim, morderco mojej młodości). Malowaliśmy farbą czołgi przeznaczone do walk w Afryce.

Ucieczki były na porządku dziennym. Zorganizowano specjalny komitet organizacji ucieczek. Próbowałem uciekać trzy razy. Dwukrotnie zostałem złapany. Za pierwszą dostałem 12 dni aresztu, za drugą 28 dni bunkra. Dostałem się do szpitala Heppenheim. Szpital był opanowany przez podziemną organizacj“ MAKKI. Zgłosił się do mnie Francuz Leclerque. Wydano rozporządzenie, że wszyscy jeńcy francuscy mogą wracać do Francji. Sanitariusze byli jednocześnie kurierami. Powierzyli mi zadanie, za wykonanie którego mogłem się dostać do ich organizacji. Polecono mi wykraść pułkownika Bratkowskiego, który symulował obłęd. Niemcy chcieli go
zlikwidować. Trzeba go było wyprowadzić na wolność. Udało mi się to zrobić przy współpracy wielu ludzi. W nocy w Wielki Czwartek wyprowadziłem go przez duży mur po drabinie. Ubrany był jak Niemiec, znał dobrze niemiecki. Niemcy zorientowali się o jego ucieczce w poniedziałek i ogłosili, że go złapali. Później jednak spotkałem go w Anglii. Współpracowałem z Makki'stami. Pod podłogą ukrywaliśmy pakiety przeznaczone dla zestrzelonych lotników. Dostarczano nam informacji, w których miejscach mamy składać te pakunki. Ukrywaliśmy je pod podłogą domków na narzędzia.

Naleóa»em do Polskiej Organizacji Podziemnej. W 1944 roku
przyjecha» do mnie »cznik. Komórka zosta»a nakryta. Powieďli mnie
transportem do obozu, ale znów uda»o mi si“ uciec. Wojna wchodzi»a
w ostatni faz“.

Natrafiłem wreszcie na Amerykanów we Frankfurcie. Moim zadaniem było opóźniać akcje odsyłania jeńców na wschód. W Frankfurcie było już 3600 odbitych jeńców polskich. Byłem tłumaczem, bo znałem niemiecki i angielski. Amerykanie wydzielili w Romerstadt 5 ulic, gdzie miałem umieścić Polaków. Przystąpiliśmy do wysiedlenia Niemców. Wolno im było zabrać ze sobą tyle, ile mogli unieść w ręku. Dwie środkowe ulice przydzielono rodzinom a skrajne
ulice - samotnym. Nastąpiło wśród Polaków typowe dla takich warunków rozprzężenie, pijaństwo, demoralizacja.

W kwaterze głównej Eisenhowera pracował kapitan Zieliński. Zaproponowałem za jego pośrednictwem odesłanie polskiego oddziału do gen. Andersa. W Marsylii załadowano ich na okręty i przewieziono do Korpusu. Do tego dołączono mi 1200 Polaków z niemieckiej armii. Było sporo szemrania, gdy Polakom z niemieckiej armii nie przydzielono papierosów. Zebrałem sierżantów z obu stron. Przeprowadzili zbiórkę i przydzielono Polakom z niemieckiej armii po trzy papierosy. Wkrótce postarali się o inne mundury a niemieckie wyrzucili za burtę. Miałem sporo pieniędzy w plecaku i bałem się, że mi je ktoś ukradnie.

Przypłynęliśmy do Taranto. Transport odbierał major Niemira. Zdałem mu raport i przekazałem plecak z pieniędzmi. Podzieliliśmy ludzi na grupy po 50 osób i załadowaliśmy na samochody ciężarowe. Siadłem w kabinie. Przy kierownicy zasiadła przystojna dziewczyna. Przedstawiłem się jej: " Klimaszewski". Okazało się, że ona też Klimaszewska. Zameldowałem się generałowi Przewłockiemu, już w mundurze amerykańskim. Generał był bardzo wyczulony na porządne ubranie. Mianował mnie oficerem oświatowym i łącznikowym do Misji Brytyjskiej.

Skończyła się wojna. Redagowałem gazetę. W lipcu 1946-go roku pojechałem do Anglii z Korpusem. Organizowano wtedy Korpus PKPR. Nie chciałem się na to początkowo zgodzić. Wysłano mnie na kurs nauczycieli. Uczono angielskiego metodą Barnarda. W ciągu 6-ciutygodni żołnierz mógł opanować znajomość 6000 słów.

Z Kanady zaczęły dochodzić wiadomości o trudnościach z żołnierzami-kombatantami. Wysłano kilku z nas do Kanady, do Winnipegu. Pojechałem razem z ks. Malakiem i Ostrowskim. Warunki pracy w Winnipegu były fatalne. Spotkałem się tu z Czubakiem, Wlizło, Ilkow'em. Winnipeg był bardzo polskim miastem i przyjaźnie przywitał polskich żołnierzy. Sporo było młodych pań. Wiele romansów. Serdeczna atmosfera, dużo wódki w "Sokole". Przydarzyło
mi się tu zachorować na żółtaczkę.

W roku 1948-ym odbył się w Manitobie pierwszy Zjazd SPK. Zostałem Prezesem. Skończyła się kampania kopania buraków. Cały Zarząd SPK znalazł się w okolicy Winnipegu: Wawrzyńczyk, Klimaszewski, Mossakowski, Kiryluk. Całą zimę pracowaliśmy jako drwale. Utrzymywaliśmy łączność z Winnipegiem. Pracowaliśmy na 94-tej mili. Korespondencja była podawana do przejeżdżającego pociągu na specjalnie skonstruowanym, zakrzywionym kijku. Z pociagu pocztę wyrzucano na śnieg. Zainteresowało się tym RCMP.
Przyjechało trzech panów i zbadało zawartość, w tak niecodzienny sposób przekazywanych, przesyłek.

Na wiosnę 1948-go roku dostaliśmy już pracę w Winnipegu. Wieczorami pracowaliśmy w redakcji tygodnika "CZAS" nad organizacją miejscowego Koła i I-go Ogólno-Kanadyjskiego Walnego Zjazdu. Na Zjeździe tym wybrano kolegę Ostrowskiego na prezesa. Ja zostałem wiceprezesem. Do Zarządu weszli Kaczmarek i Wielobob. Jedna z uchwał mówiła, że SPK powinna mieć przedstawiciela przy rządzie federalnym w Ottawie, który byłby odpowiedzialny za takie sprawy jak opieka szpitalna itp. Ministerstwo zaangażowało mnie do tej funkcji. Zostałem zaszeregowany jako pracownik państwowy 6-tej klasy z uposażeniem 165 dolarów na miesiąc. Zamieszkałem u generała Sznuka. To on wprowadził mnie w świat Polonii, bardzo przychylnej
naszej sprawie kombatanckiej. Pracowaliśmy nad statutem, który dawał
by nam prawo do samodzielnego działania na terenie Kanady, bo formalnie byliśmy oddziałem stowarzyszenia brytyjskiego. Oddaliśmy go firmie prawniczej do sfinalizowania. Utrzymaliśmy punkty, które mówiły o niepodległościowym charakterze stowarzyszenia. W 1954 roku statut był gotowy i mogliśmy go rozesłać do wszystkich kół terenowych, które otrzymały w ten sposób osobowość prawną.

W roku 1949 poznałem w Ottawie Kanadyjkę, sekretarkę wiceministra i ożeniłem się z nią. Zgodnie z obowiazującymi przepisami z małżeństwa pracującego dla rządu jedno musiało zrezygnować. Kontrakty zawarte o pracę dla kombatantów już się skończyły. Ubezpieczenia Blue Cross dla kombatantów zostało już załatwione. Zajmowałem się teraz sprawami przesiedleńców (displaced persons). W tym samym roku zaczęły przyjeżdżać Polki do pracy w charakterze pomocy domowej i pielęgniarek. Byłem za te sprawy odpowiedzialny.

Przeniosłem się do Thunder Bay. Rozpocząłem pracę jako księgowy w firmie pana Malickiego "Dry cleaning" i skład futer. Wawrzyńczyk dostał się do papierni w Marathon. Ściągnął mnie tam i początkowo pracowałem jako laborant. Otrzymałem mieszkanie i mogłem już sprowadzić żonę. W 1951-szym roku kupiliśmy już własny dom. Awansowałem w tym czasie do stanowiska technika. Następnie przeszedłem do działu zaopatrzenia jako zastępca głównego księgowego. Pracowałem tam przez szereg lat. Niestety w 1957-ym roku zaczęła chorować poważnie żona. Leczenie na prowincji było
trudne i z tego powodu wyjechaliśmy do Ottawy, gdzie była lepsza opieka lekarska. Następnie pracowałem przy budowie linii gazu ziemnego z Alberty. Po dwóch latach kontraktu przeniosłem się do innej firmy na stanowisko kierownika działu rachunkowego. Potem do firmy konstrukcyjnej jako manager i później kierownik. Pracowałem przy budowie dzielnic mieszkalnych i dobrze mi się powodziło. Zdrowie żony wymagało jednak dużych nakładów finansowych i doprowadziło do zadłużenia się. Przeniosłem się do pracy w handlu.

Przez większość czasu pobytu w Kanadzie pracowałem na różnych stanowiskach organizacyjnych w SPK. Załatwiałem różne sprawy, jak ubezpieczenia "Blue Cross" i inne. Przez większość czasu byłem członkiem zarządu.

W 1984-tym roku przeniosłem się do Viktorii. Zamieszkałem naprzeciw Domu Polskiego i zapisałem się do ich Stowarzyszenia, którego działalność z upływem lat uległa osłabieniu. Biblioteka została zaniechana, szkoła polska nieczynna. Zorganizowałem koło SPK. Z Funduszu Milenium otrzymaliśmy 2000 dolarów na prace społeczne. Fundujemy sobie sztandar Koła. I tak się złożyło, że jeden z najstarszych kombatantów założył najmłodsze Koło w Kanadzie.

  INDEX



Copyright © Polonijny Link Winnipegu
Kopiowanie w całości jest dozwolone bez zgody redakcji pod warunkiem nie dokonywania zmian w dokumencie.

 

23-845 Dakota Street, Suite 332
Winnipeg, Manitoba
R2M 5M3
Canada
Phone: (204)254-7228
Toll Free US and Canada: 1-866-254-7228