Polonia Winnipegu
 

                            Archiwa Home Kontakt

Wydawca


Bogdan Fiedur
Bogdan Fiedur
 

 

zapisz Się Na Naszą listę


Proszę kliknąć na ten link aby dotrzeć do formularza gdzie można zapisać się na listę dystrybucyjną i w przyszłości otrzymywać biuletyn bezpośrednio od nas.

Aby zapisać się szybko bez wypełniania formularza, proszę wysłać E-mail bez żadnego tekstu poprzez kliknięcie tego linku.

 

 

Przyłącz się

Jeśli masz jakieś informacje dotyczące polskich wydarzeń i chciałbyś albo chciałabyś podzielić się nimi z naszymi czytelnikami, to prześlij je do nas. Mile widziane są wywiady, felietony, zdjęcia i poezja. Proszę informować nas o wszystkich wydarzeniach polonijnych.

 

 

Promuj polonię

Każdy z nas może się przyczynić do promowania Polonii w Winnipegu w bardzo prosty sposób.  Mój apel jest aby dodać dwie linie do waszej stopki (signature) aby zacząć promować Polonijne wydarzenia w Winnipegu kiedykolwiek wysyłamy maila.

Tutaj są instrukcj
e jak dodać stopkę używając Outlook Express.

Kli
knij Tools-->Options --> Signatures

Zaznacz poprzez kliknięcie
Checkbox gdzie pisze

Add signature to all outgoing messages


W pole gdzie jest napisane Edit Signature proszę wpisać.

Polonijny link Winnipegu
http://www.polishwinnipeg.com

albo

Polish Link for Winnipeg
http://www.polishwinnipeg.com


Po tym kliknij Apply

I to wszystko. Od tej pory będziemy promować polskie wydarzanie w Winnipegu automatycznie kiedy wyślemy maila do kogoś. Wszystkie programy mailowe mają taką opcję tzw. signature i sposób jej dodania będzie bardzo podobny do tego co opisałem dla Outlook Express

Polonijny Biuletyn Informacyjny w Winnipegu

Przez boje, przez znoje, przez trud-kombatanckie losy
Kazimierz Patalas

INDEX

Lech fulmyk

 

 

Kazimierz Smoliński

WSPOMNIENIA 

spisane

w marcu

1986

Po tylu latach po wojnie ciągle nurtuje mnie pytanie czy losy moje wojenne można wytłumaczyć szczęściem czy Opatrznością Boską? Urodziłem się w roku 1918-tym. Wstąpiłem do wojska polskiego jako ochotnik, 21-go marca 1939-go roku. Przeszedłem przyspieszone przeszkolenie rekruckie i po trzech miesiącach złożyłem przysięgę.


Byłem w 54-tym pułku piechoty w Tarnopolu. Załadowali nas na pociąg i wyjechaliśmy na zachód. Pierwszym moim zetknięciem z śladami wojny było spotkanie z uchodźcami ze Śląska. Mijaliśmy wagony osobowe przeważnie wypełnione młodzieżą, studentami.
Między nimi zauważyłem parę siwiuteńkich staruszków siedzących smutnie w rogu wagonu. Oddałem im swoją rację żywnościową t.zw. żelazną rację, co było wyraźnie sprzeczne z przepisami wojskowymi. Przejechaliśmy przez Wisłę i tam spotkaliśmy pierwszy samolot
niemiecki. Pociąg się zatrzymał. Samolot zrzucił kilka bomb i zaczął ostrzeliwać nas z karabinów maszynowych. Mój wagon został rozbity. Wydostałem się spod stosu zmasakrowanych ciał. Nic mnie nie bolało. Zauważyłem w pewnym momencie młodego podchorążego z obciętą nogą. Nakryłem go kocem i pocieszyłem go, że wkrótce nadejdą
sanitariusze i wszystko będzie w porządku. Popatrzył na mnie smutnym wzrokiem i powiedział :" przyjacielu, ja wiem, że nie mam nogi". Każdy szukał schronienia. Znalazłem się w opuszczonej stodole. Zostałem sam. Przedostałem się przez Kraśnik do Lubomli. W
Lubomli organizowała się grupa, która chciała się przedrzeć do Rumunii. Zgłosiłem się do porucznika, który nazywał się Hitler i zdecydowanie zapewniał, że nie ma nic wspólnego z Adolfem.

Przydzielono mi funkcję gońca do dowództwa pułku. Kolumna samochodów ruszyła na wschód. Nad kolumną ukazał się samolot niemiecki zrzucający ulotki informujące, że jesteśmy okrążeni. W pewnym momencie przyszedł rozkaz od naszego dowództwa, żeby
złożyć broń. Zaczęliśmy rozbierać karabiny i pistolety i wyrzucać do rowów. Jako goniec miałem rower i zamierzałem poprostu powrócić na rowerze do domu. Ruszyłem w kierunku Włodzimierza Wołyńskiego. Zagrodził mi drogę człowiek z czerwoną opaską i karabinem. Zapytał mnie po ukraińsku, czy jestem z Małopolski Wschodniej. Zażądał oddania skórzanego pasa. "Tyś mi go nie dał, ja ci go nie oddam" odpowiedziałem mu po ukraińsku. Może to mnie właśnie uratowało. Puścił mnie w dalszą drogę. Dojeżdżam już do Włodzimierza Wołyńskiego, gdy zza krzaka doszedł mnie szept: "pst, panie wojak".
Stanął przede mną młody, może 10-letni chłopiec i ostrzegł bym nie jechał przez miasto, bo tam Polaków mordują. Zaoferował się zaprowadzić mnie bocznymi drogami do koszar . Był to młody harcerz, pamiętam, że na imię mu było Zbyszek. Nigdy go już później nie
spotkałem. Zdałem sobie sprawę, że być może zawdzięczam mu życie.

W koszarach znowu mnie umundurowano. W mieście stało wiele autobusów Śląskich Linii Komunikacyjnych. Zaczęliśmy odkręcać podłogę w autobusie i wydobyliśmy spod niej sporo ciężkich karabinów maszynowych. Zaczęliśmy składać je i czyścić z oliwy. I zaczęliśmy
"czyścić" miasto, które zresztą było prawie zupełnie opustoszałe. 16-go
września, przyszedł oficer i zapowiedział, że wojna się skończyła, że Hitler zabity. Zapanowała powszechna radość. Zrozumieliśmy wkrótce, że był to podstęp Sowietów, gdyż już następnego ranka zjawił się sowiecki czołg. Rozbroili nas i zaczęła się nasza wędrówka po Związku Radzieckim, po obozach jenieckich. Po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej
wywieźli nas na budowę trasy Kotlas - Pieczora. I tam zostałem w obozie nr 54, aż do czasu amnestii. W wyniku amnestii znaleźliśmy się w Tatiszczewie koło Saratowa. Organizowała się tu Polska Armia. Przydzielono mnie do szkoły podoficerskiej i już razem
ze szkołą przeszliśmy do Dżalal Abad. Tam skończyłem szkołę i zostałem kapralem. Przydzielono mnie do II-go pułku dowodzonego przez porucznika Sędziaka. Jako świeżo upieczony kapral dostałem przydział do szkolenia starszych, emerytowanych wojskowych. Muszę przyznać, że nie czułem się zbyt dobrze w tej roli. Nastąpiło przerzucenie nas do Persji.

Pamiętam kierowców naszych ciężarówek, którzy szaleńczo prowadzili wozy po wąskich drogach Iranu. Pomocnik kierowcy stał na stopniach i trzymał w ręku kamień, który podkładał pod koło, gdy wóz zatrzymał się pod górę. Dojechaliśmy do Khanaquin
i tam zostałem przydzielony do 4-tej brygady pułkownika Grobickiego. Wysłano mnie na kurs specjalistów warsztatowych koło Bagdadu w Musayba. Tam nauczyłem się po angielsku, bo kurs prowadzony był przez Anglików. Pracowałem na tokarni w warsztatach, które naprawiały sprzęt wojskowy. W Basra dali nam samochody. Dostałem ciężkiego saperskiego austina, z wieżyczkami. Miał pneumatyczne hamulce. Każdy z załogi musiał być kierowcą, dowódcą i strzelcem. Ruszyliśmy przez Transjordanię i przez Palestynę. Niewiele widziałem po drodze. Pamiętam, że zwiedziłem Kair, Port Said. Przetransportowano nas statkiem do Taranto do Włoch. Pierwszą naszą kwaterą było Campoletto. Do akcji weszliśmy w Lacroche. Wreszcie znaleźliśmy się pod Monte Cassino. Oddział nasz został spieszony. Kariersy zostały za nami. Do naszych stanowisk przyjechał Anglik z zaopatrzenia . Porucznik Lech dowódca plutonu polecił mi jechać z nim na pierwszą linię, gdyż znałem trochę angielski. Zrobiło się ciemno. Anglik prowadził wóz. Jechaliśmy wzdłuż taśmy, która wyznaczała "drogę" . W pewnym momencie polecił mi zatrzymać się i mówi, że oczy go bolą i nie może dostrzec prowadzącej taśmy.
Zaciągnął hamulec ręczny, zmieniliśmy się, siadłem za kierownicą i ruszyłem. Poczuliśmy swąd wydostający się spod samochodu . Zatrzymaliśmy się i w tym momencie przed nami uderzył pocisk. O mało nas nie zwaliło w przepaść . Anglik spokojnie popatrzył w górę i powiada " Ktoś tam w górze kocha nas". Okazało się, że przesiadając
się do kierownicy zapomniałem zluzować ręczny hamulec, który zaczął się palić i spowodował nasze zatrzymanie. Tak więc ślepota Anglika i moja niezdarność uratowały nam życie. Jechaliśmy dalej prawie po ciemku i dostrzegliśmy przy drodze dwóch naszych żołnierzy. Anglik wychyla się ku nim i pyta " do you want the lift ?" Na to żołnierz
odpowiada " niet niet, my zdieś niedaloczko". Żołnierzom, którzy pewnie przeszli Sybir wydawało się, że na pytanie w obcym języku należy odpowiedzieć w obcym języku a tylko ten znali. Dopiero moja polszczyzna wyjaśniła sytuację. Nie pamiętam chronologii wypadków. Pewne momenty tylko utkwiły mi mocniej w pamięci.

Pamiętam mój ostatni patrol rozpoznawczy. Dowódca batalionu zabrał mnie z połową sekcji, a dowódca plutonu z drugą połową miał patrolować sąsiedni odcinek. Podeszliśmy do Predapio Novo. Nadeszły inne jednostki . Dowódca plutonu wysłał mnie znów na górę. Byłem bardzo zmęczony po całodziennych patrolach . Wszedłem na górę, ale Niemców już nie było. Rozlokowałem mój pluton, wysłałem gońca do oddziału z zawiadomieniem i sam wszedłem do opuszczonego stanowiska karabinu maszynowego niemieckiego, który zamykał całą dolinę . Zasnęłem kamiennym snem i nie słyszałem nawały ogniowej, która zaczęła się krótko potem. Nikt z mojego plutonu nie zginął, choć straty na dolnych pozycjach były ogromne. Innym razem znaleźliśmy się na przeprawie przez rzekę Senio. Dowódca plutonu por. Lech polecił mi przeprawić się na drugą stronę rzeki, już rozminowanej i zaopatrzonej w białe taśmy wiodące. Po drugiej stronie rzeki była miejscowość Santa Vita. Miałem pojechać tam, zbadać sytuację i powrócić z meldunkiem. Szczęśliwie dobrnęliśmy do Santa Vita. Było tam zaledwie kilka domów . Niczego podejrzanego nie zauważyłem i po powrocie zameldowałem dowódcy. Przejechałem tą drogę kilkakrotnie tam i z powrotem. Jadąc po raz piąty natknąłem się na szczątki polskiego karriersa, który wjechał widocznie na minę. Muszę przyznać, że w pierwszym momencie poczułem ulgę, że to nie mnie a kogoś innego spotkało. Za zakrętem zauważyłem czołg shermana a czołgista krzyczy do nas :"szczeniaki , uciekajcie, bo tu mina !". (Na marginesie chcę dodać, że czołgiści zawsze nazywali kierowców kariersów szczeniakami.) Zrobiło mi się gorąco, gdy pomyślałem, że tą dróżką poprzednio przejeżdżałem przynajmniej z pięć razy. Pan Bóg był łaskaw - albo miałem szczęście! W moim plutonie było dwóch Włochów, którzy zgłosili się na ochotnika. Wziąłem tych dwóch Włochów ( ze względu na język) i dwóch innych zawadiaków. Najgorszą rzeczą na patrolu są miny, t.zw. skaczące jacki. Miałem problem, kogo posłać naprzód, Włochów czy Polaków. W rezultacie szedłem sam. Natknąłem się na porzucone stanowisko karabinów maszynowych. Weszliśmy po ciemku do jakiegoś domu. Posłałem Włocha. Wskoczyliśmy do środka. Zatkało nas z wrażenia. W pokoju z rękami podniesionymi do góry stały młode włoskie dziewczęta w negliżu. Zbadaliśmy całe obejście. Poczęstowali nas winem i salami.

Potem zostałem przeniesiony do mojego macierzystego oddziału, do IV batalionu Wołyńskiego. Powierzono mi szkolenie uzupełnień, Polaków, którzy przyszli do nas z armii niemieckiej. Ze starego oddziału zostało nas już niewielu. Nie było czasu na zgranie nowej załogi. Dowódcy się zmieniali, szef nie wiedział wiele o dowodzeniu a mechanik jeszcze mniej. Dlatego mnie przypadła główna rola w wyszkoleniu nowoprzybyłych. Krótko przed wyjazdem na front zebraliśmy się w grupie składającej się z byłych niemieckich jeńców . Musiałem im złożyć przysięgę, że żadnego z nich nie zostawię żywego na przedpolu. Powiedzieli mi tak: "my znamy metody niemieckie, w wypadku dostania się do niewoli Niemcy wymuszą na nas zeznania i wtedy rodziny będą cierpiały. W tej sytuacji wolimy zginąć". Z tym szczegółem wiąże się opowiadanie o tym, jak to się stało, że odznaczono mnie Krzyżem Virtuti Militari. A było to tak. Dostaliśmy rozkaz wsparcia kompanii pieszej, która wykrwawiła się na wałach rzeki Senio. Jechaliśmy na ten odcinek łazikami. Niemcy strzelali świetlnymi pociskami. Zamykałem oczy, gdyż wydawało mi się że każdy pocisk trafia mnie prosto w czoło. Prowadził nas kapitan, rozsypaliśmy się w tyralierę i posuwaliśmy się do przodu. W pewnym momencie zauważyłem, że przede mną nie ma ani jednego żołnierza. Ruszam do przodu, na boki i nagle usłyszałem jęk. Leżał ranny żołnierz, nie z mego plutonu. Miał wyrwany cały kłąb. Był większy ode mnie, nie mogłem go dźwignąć, zwłaszcza, że byłem po kontuzji. W manierce miałem wino zamiast wody. Dałem mu, wlazłem pod niego, wziąłem go na plecy i tak posuwam się z nim powoli do przodu. Niemcy ciągle ostrzeliwali nas świetlnymi rakietami. Pozostawiałem go wtedy na chwilę, odbiegałem na pewien dystans i prułem z karabinka w powietrze, by odwrócić uwagę . Gdy rakieta gasła, biegłem do niego i znowu przeciągałem go kilkaset metrów do jedynego, widocznego krzaka. Tam go ułożyłem i wracam tą samą dróżką do domu, gdzie zebrał się cały pluton z kapitanem. Zanim doszedłem do domku, zdążyłem zawiadomić sanitariuszy, że w krzakach leży ciężko ranny. Kapitan doskoczył do mnie z krzykiem: "Ja was oddam pod sąd za dezercję !" Tłumaczę mu, że zabierałem rannego z pola, na to on " rannych zabierają sanitariusze !". Odpowiadam : "tak, ale tylko w wypadku, gdy idziemy do przodu a nie gdy się wycofujemy". Na tym skończyła się nasza rozmowa.

Nie wiedziałem, jak się ta sprawa zakończy. Dopiero w parę miesięcy potem dostałem zawiadomienie, że mam się zgłosić do dowództwa na dekorację krzyżem. Zastanawiam się teraz, czy zdobyłbym się na taką odwagę, gdyby nie strach przed konsekwencjami przysięgi jaką im złożyłem. Bałbym się, że żaden pocisk by mnie nie minął, gdybym tej przysięgi nie dotrzymał. Zresztą jak mogłem tego rannego zostawić samego na przedpolu? Już po tej dekoracji pewnego razu spacerowałem sobie kiedyś po ulicy. Zaczepił mnie porucznik, którego nie zasalutowałem. Zwrócił się do mnie " panie kapralu, czy nie wiecie, że należy oddawać honor oficerowi?". Odpowiedziałem mu, że w miejscach spacerowych oddaje się tylko raz. Trudno mi spamiętać, kogo się już spotkało. W tej chwili podchodzi mój porucznik Piela, dowódca działek ppanc. i mówi: "panie poruczniku, to jest kawaler krzyża Virtuti Militari".

 

 

 
  

 

 

INDEX


Copyright © Polonijny Link Winnipegu
Kopiowanie w całości jest dozwolone bez zgody redakcji pod warunkiem nie dokonywania zmian w dokumencie.

 

23-845 Dakota Street, Suite 332
Winnipeg, Manitoba
R2M 5M3
Canada
Phone: (204)254-7228
Toll Free US and Canada: 1-866-254-7228