Polonia Winnipegu
 

                            Archiwa Home Kontakt

Wydawca


Bogdan Fiedur
Bogdan Fiedur
 

 

zapisz Się Na Naszą listę


Proszę kliknąć na ten link aby dotrzeć do formularza gdzie można zapisać się na listę dystrybucyjną i w przyszłości otrzymywać biuletyn bezpośrednio od nas.

Aby zapisać się szybko bez wypełniania formularza, proszę wysłać E-mail bez żadnego tekstu poprzez kliknięcie tego linku.

 

 

Przyłącz się

Jeśli masz jakieś informacje dotyczące polskich wydarzeń i chciałbyś albo chciałabyś podzielić się nimi z naszymi czytelnikami, to prześlij je do nas. Mile widziane są wywiady, felietony, zdjęcia i poezja. Proszę informować nas o wszystkich wydarzeniach polonijnych.

 

 

Promuj polonię

Każdy z nas może się przyczynić do promowania Polonii w Winnipegu w bardzo prosty sposób.  Mój apel jest aby dodać dwie linie do waszej stopki (signature) aby zacząć promować Polonijne wydarzenia w Winnipegu kiedykolwiek wysyłamy maila.

Tutaj są instrukcj
e jak dodać stopkę używając Outlook Express.

Kli
knij Tools-->Options --> Signatures

Zaznacz poprzez kliknięcie
Checkbox gdzie pisze

Add signature to all outgoing messages


W pole gdzie jest napisane Edit Signature proszę wpisać.

Polonijny link Winnipegu
http://www.polishwinnipeg.com

albo

Polish Link for Winnipeg
http://www.polishwinnipeg.com


Po tym kliknij Apply

I to wszystko. Od tej pory będziemy promować polskie wydarzanie w Winnipegu automatycznie kiedy wyślemy maila do kogoś. Wszystkie programy mailowe mają taką opcję tzw. signature i sposób jej dodania będzie bardzo podobny do tego co opisałem dla Outlook Express

Polonijny Biuletyn Informacyjny w Winnipegu

Przez boje, przez znoje, przez trud-kombatanckie losy
Kazimierz Patalas

INDEX

Lech fulmyk

 

 

Lech Fulmyk

WSPOMNIENIA 

spisane

w lipcu

1986

Urodziłem się w 1925 roku. Ojciec był burmistrzem miasta Zambrowa, leżącego 20 km od
Łomży
. Tam zastała mnie wojna. Pamiętam jej pierwszy dzień.
Samoloty w tych czasach były czymś nowym i wzbudzały, szczególnie wśród młodych, duże zainteresowanie. Gdy dorośli chowali się do schronów, my wchodziliśmy z chłopakami na dachy, aby lepiej widzieć przelatujące maszyny i w pierwszym momencie wojna nie wydawała się nam czymś tragicznym. 

Kilka dni po wybuchu wojny ojciec, jako burmistrz miasta, dostał od swych władz zwierzchnich polecenie ewakuacji w kierunku wschodnim. Około 14 września cała nasza rodzina, składająca się z rodziców, dwóch moich sióstr i mnie wraz z kilkoma innymi rodzinami, wyjechała do Pińska. Brat mój był w tym czasie w podchorążówce i jak sięźniej dowiedzieliśmy, brał udział w obronie Warszawy. 17-go września dowiedzieliśmy, że Sowieci są już w Pińsku. Zapadła decyzja powrotu do domu. 

Pamiętam pierwsze spotkanie z nimi.  W pewnym miejscu trzeba było przejść przez most.  Sowiecki posterunek stał przed mostem.  Zidentyfikowaliśmy się jako uciekinierzy wracający do swych domów.  Poprosiliśmy go o pomoc przy przejściu przez most. W odpowiedzi usłyszeliśmy "pomóc wam ? chyba serią z automatu". Jednym słowem powiedział nam, czego się możemy od nich spodziewać.

Ojciec, jako burmistrz Zambrowa ubrany był, jak to się mówiło, "po ludzku". Był z nami również dorożkarz, którego ojciec zarekwirował jeszcze z Zambrowa.  Ten w swej trzeźwej ocenie zwrócił się do ojca:" panie burmistrzu, pan nie może wyglądać jak pan, musi pan wyglądać jak cham, aby przejechać". Znalazł ojcu gdzieś na wsi starą kapotę, nie pozwolił mu się golić i przy następnej kontroli sowieckiej ojciec wyglądał już jak regularny "ciubaryka". Ojciec był legionistą i z tej racji przydzielono mu kiedyś działkę w Kupiskach, koło Łomży. Przez lata nie mieszkaliśmy na naszym gospodarstwie, ale teraz wróciliśmy na stare śmiecie, gdzie mieliśmy kartofle, trochę tłuszczu i można było przeżyć trudne czasy.  Ojciec jako stary konspirant, jeszcze z czasów peowiackich, wiedział, że prędzej, czy później będą go szukali. Pewnego dnia więc zniknął, nawet o tym nie wiedzieliśmy.  Znalazł się, zdaje się, w Białymstoku.  

Mieszkaliśmy w Kupiskach do 10 lutego 1940 roku. W tym dniu, który dobrze wrył się w moją pamięć, wcześnie około piątej nad ranem usłyszeliśmy energiczne dobijanie się do drzwi. "Otwieraj dwieri!". Dwóch rosyjskich żołnierzy wraz z dwoma polskimi pomocnikami, bo i takich już znaleźli, wyczytując z kartki papieru nasze nazwiska zwróciło się do nas " sobierajcieś z wieszczami". Zostaniecie wywiezieni za dwie godziny. Gospodarstwo nasze dzierżawił wujek, który mieszkał również w tym domu. Pamiętam, że gdy spakowaliśmy wszystko co było możliwe, w ostatnim momencie napakowałem do swoich kieszeni pełno chleba, bo kto wie czy to się nie przyda. Pamiętam również moment, gdy już zapakowaliśmy się na sanie i opuszczaliśmy nasze gospodarstwo, starałem się zapamiętać wszystkie szczegóły naszego domu i bałem się, przeczuwając, że już do niego nigdy nie wrócę. I nie wróciłem.
Później podróż pociągiem trwała około trzech tygodni. Piećdziesiąt osób na wagon bydlęcy. Nie można powiedzieć, że Sowieci mieli bałagan. Siostra moja była w czasie naszej wywózki w Łomży, gdzie chodziła do gimnazjum. Przyciągnęli ją do stacji kolejowej i dołączyli do rodziny. Byli dobrze poinformowani o sytuacji rodzinnej. Na środku wagonu znajdował się piecyk "ciepłuszka", prycze. Zabrakło wkrótce węgla i trzeba było rozbierać prycze. Dojechaliśmy do rejonu Archangielska i dalej jeszcze całą noc do "posiołka" określonego literą "X". Widocznie już im zabrakło liter na oznaczanie.
Przeznaczyli nam jeden barak wśród leśnej głuszy. Miejscowi byli widocznie przygotowani na nasz przyjazd, bo pamiętam, że paliło się w piecu. Mieliśmy więc raczej luksusowe warunki w porównaniu z wcześniej przesiedlonymi tam Ukraińcami, którzy opowiadali nam, że wyrzucono ich po przyjeździe dosłownie na śnieg. Tylko młodzi i silni mieli szanse przeżycia w tamtych warunkach. Z Ukraińcami dobrze się nam pracowało, bo przez sześć lat osiedlenia zdążyli się już jakoś zorganizować. Na drugi dzień po naszym przyjeździe dowieźli nam zupę rybną. Śmierdziała nam i nikt nie chciał jej jeść. Rosjanin, który ją nam dostarczył mówi "uspokój się, przywykniesz, będzie ci to jeszcze kiedyś smakowało !". Po paru tygodniach, gdy skończyły się nasze zapasy z Polski, przywykliśmy rzeczywiście. Wujek, który był z nami, zapytał po przyjeździe jakiegoś Rosjanina jak się tu żyje. Usłyszał odpowiedź : "żyć będziesz, no kochać nie zachoczesz !".
W dzień po przyjeździe podzielono wszystkich na brygady pracy, jednych do rąbania lasu, innych do wożenia drzewa. Matka zwoziła drzewo. Biedne koniska nie miały tam lepszego życia niż ludzie. Ledwie się trzymały na nogach. Trzeba go było mocno popędzać, by ruszył. Matka zachorowała i musiałem ją zastąpić przy tej pracy. Nigdy nie pamiętam rozliczenia się z wykonanej pracy. Zawsze otrzymywaliśmy tylko zaliczkę. Gdyśmy opuszczali ten obóz okazało się, że matka jest im " winna" 400 rubli ! Dwa i pół roku przeżyliśmy w tym osiedlu.
Przeniesiono nas potem do Kudryna. W jednym baraku było 10 łóżek. Jedno łóżko przypadało na jedną rodzinę. Nie marzłem więc, bo spałem razem z matką i dwoma siostrami. Pamiętam dobrze pierwsze święta. Każda rodzina przygotowywała sobie oddzielnie wigilię. Po kolacji barak cały rozbrzmiał śpiewem kolęd. Dzięki pomocy rodziny z Polski, która przysyłała nam pocztą paczki z żywnością, wigilia nie była głodna. Bez tych paczek nie wiem jak byśmy przeżyli. Po tylu latach czułem jeszcze ten dług wdzięczności i pomagałem im, przesyłając z kolei paczki będąc już na Zachodzie. Pomagaliśmy ich dzieciom i wnukom.
Nadszedł wreszcie dzień, gdy zawiadomili nas oficjalnie o amnestii, która nas objęła. Miałem już wtedy 16 lat. Symbolem męskości była praca przy wyrębie lasu. Aby wyrobić normę trzeba było wyciąć 5 metrów kubicznych drzewa. Udało mi się tego dokonać właśnie w tym dniu. Pamiętam, gdy wróciłem zmęczony, lecz dumny z lasu do obozu zebrano wszystkich Polaków i enkawudzista odpowiedzialny za nasz "posiołek " poinformował nas, o porozumieniu sowiecko-polskim, o wybuchu wojny z Niemcami, o tym, że już teraz jesteśmy sprzymierzeńcami, że powinniśmy wstępować do wojska i bić Niemca. Byłem tak tym podniecony, że podobno zaintonowałem po jego przemówieniu "Jeszcze Polska nie zginęła". Powiedziała mi już o tym matka w Winnipegu.
W przeciągu miesiąca od zawiadomienia udało się nam wyjechać z " posiołka". Był między nami pan Bieniecki. Pamiętał on jeszcze pierwszą wojnę światową i bardzo nas zachęcał do wyjazdu na południe w okolicę Kujbyszewa, gdzie według niego rozciągał się kraj mlekiem i miodem płynący. Podążając za jego radami pojechaliśmy tam, ale miast mleka i miodu zastaliśmy tylko błoto po kolana. Podróż na południe nie była łatwa. Jechaliśmy na własną rękę i musieliśmy się sami zaopatrywać w żywność w czasie postojów na stacjach kolejowych. Kupić było bardzo trudno i człek częściej ukradł, niż kupił. Pamiętam moment, że w worku zabrakło nawet sucharów, które trzymało się zwykle na czarną godzinę. Z panią Domańską chodziliśmy " po prośbie".
Muszę powiedzieć, że do przeciętnych Rosjan mam wielką sympatię i współczucie. Ci ludzie sami w biedzie, w tym nieszczęściu zdobywali się na pomaganie nam. Zawsze znalazł się kartofel, czy pół kromki chleba. Pamiętam weszliśmy do jednego domu, gdzie okazało się, że enkawudzisci mają swoje zebranie. Powiedzieliśmy im, jak w każdym innym domu, że zostaliśmy wywiezieni z Polski przez władze sowieckie. I wierzyć nam się nie chciało, ale zebrali po kilka rubli i wcisnęli mi w garść. Okazuje się, że w systemie tym, który Czapski określił jako " nieludzką ziemię" uchowały się ludzkie uczucia. I dzięki Bogu, że tak jest.
Zajechaliśmy do Ufy. Nie było tam możliwości znalezienia jakiejkolwiek pracy. Osiedliliśmy się pod Merekesem w sowchozie. Tam przynajmniej dostawaliśmy comiesięczne wypłaty w postaci worka kartofli. Byłem koniuchem. Mieszkaliśmy u kobiety, która nazywała się Woronicha. Miała krowę i ile razy wiozłem z pola lucernę, zawsze coś "spadło" z woza dla krowy. Przemieszkaliśmy tam przez zimę do wiosny 1942 roku. Byłem w tym czasie jedynym pracującym w rodzinie i dostawałem 200 rubli miesięcznie. Woziliśmy kartofle do gorzelni. Zawsze znalazło się trochę nie całkiem zmarzniętych kartofli na placki kartoflane.
Na wiosnę 1942 roku przewodniczącym kołchozu był niejaki Kozłow, który, jak się potem dowiedziałem, nazywał się rzeczywiście Kozłowski. Ojciec jego był generałem w carskiej armii, ale o tym dowiedziałem się później. W Wielkanoc wysyłał nas do pracy. Zwróciłem się do niego, że zgodnie z umową polsko-sowiecką jesteśmy już wolnymi ludźmi i mamy prawo obchodzić nasze Święta. Usłyszałem :" tutaj ja rządzę!". Ja mu na to: "swoimi ziomkami, ale nie mną !". Byłem w tym czasie młody i krnąbrny. Złapał mnie za kołnierz i wyrzucił z biura.
Na drugi dzień zawiadomił matkę, że mamy opuścić sowchoz. Dzisiaj jestem mu wdzięczny za to, bo gdyby on zameldował moją odmowę pracy władzom, dostałbym zapewne 5 lat wyroku. Pojechaliśmy do innego sowchozu poniemieckiego (Niemców Nadwołżańskich). Władze sprowokowały tych Niemców, wysyłając brygadę wojska ubraną w mundury niemieckie, z którymi oczywiście miejscowi koloniści nawiązali przyjazny kontakt. W odpowiedzi na to wszystkich Niemców wywieziono do Kazachstanu. Kołchozy niemieckie były bardzo dobrze zagospodarowane. Kobiety nie pracowały na polu. Po raz pierwszy w Rosji widzieliśmy w tych kołchozach froterowane podłogi.
Po wywiezieniu Niemców sowchozy zasiedlane zostały uciekinierami z Moskwy. Pamiętam kierowniczkę obory, żonę jakiegoś enkawudzisty, która nie wiedziała nawet, z której strony podaje się krowie siano. Pół kilometra od obory stały olbrzymie stogi lucerny a krowy w oborach zdychały. Wiosną, gdy krowy wypuszczono na łąki obżerały się i padały znowu. Nauczyłem się tam nowego fachu. Przepis nakazywał, że ze zdechłej krowy trzeba ściągnąć skórę. Roboty miałem pełne ręce. Za każdą skórę dostawałem 5 kg mąki. Często udało mi się wyciąć z padłej krowy kawał mięsa, z którego gotowało się "rosół".
Muszę wrócić w chronologii wydarzeń. Jak już wspomniałem, brat walczył w obronie Warszawy. Schwytali go Sowieci i wsadzili do więzienia. Potem wywieźli go do Rosji i, jak się później dowiedzieliśmy, był w obozie niedaleko od nas. Pamiętam jak matka, otrzymała z Polski paczkę z żywnością, przeadresowała i posłała bratu, zdając sobie sprawę, że jemu w obozie jest napewno gorzej niż nam.
Po amnestii brat wstąpił do polskiego wojska w Buzułuku.
Byliśmy w sowchozie Nowa Put pod Kujbyszewem. Zabrali nam tam dokumenty, mimo że byliśmy już wolnymi obywatelami, sprzymierzonymi. Mimo to matka udała się bez dokumentów do ambasady polskiej do Kujbyszewa. Poszła na mszę do polskiego kościoła i tu zdarzył się cud. Spotkała swojego syna Kazia, który poszukiwał nas usilnie. Był w mundurze porucznika saperów. My zostaliśmy sami w sowchozie bojąc się, że matkę mogą zamknąć bez dokumentów. Tymczasem następnego dnia zobaczyłem z daleka nadjeżdżający wóz a na nim mama i Kazio w mundurze! Do dziś z wzruszeniem wspominam ten moment. Brat mój jest odemnie o 6 lat starszy. I oczywiście lał mnie przy każdej okazji. Zawsze chciałem mu dorównać. I pierwszą moją reakcją było udowodnienie mu, że jestem już dostatecznie duży, że jestem w stanie go przewrócić. Zaczęliśmy się mocować, ale nie dałem mu rady. Zlał mnie jak chciał. Głęboko w pamięć wbiło mi się pierwsze spotkanie z żołnierzem polskim, który miał prawdziwego polskiego orzełka na czapce. Przez tyle lat wbijano nam w sowieckich obozach, że "Polszy nie budiet" i tu naraz, jak sen, Polski orzełek. Wzruszenie jeszcze dziś wyciska łzę z oka na wspomnienie tej chwili.
W obozach polskiego wojska, obok żołnierzy, przebywało także sporo ludności cywilnej, dla której nie było przydziałów żywności. Żołnierze dzielili z nimi swe, nie największe przecież, wojenne porcje. Kazio zabrał nas pod swoją opiekę. Dalsza część podróży przeszła już bez większych przeszkód pod jego opieką -polskiego oficera. Dotarliśmy do Dżalal-Abad, gdzie stacjonowała pierwsza dywizja piechoty. Brat był w piątym batalionie saperów.
Miałem już prawie 17 lat. Wstąpiłem do wojska, mimo niepełnego wieku. Władze nasze chciały w ten sposób umożliwić wyjazd jak największej liczby ludzi, bo nie było wiadomo, czy uda się wywieźć rodziny. Przyjęli mnie do saperów. Dostałem umundurowanie. Sierżant, niejaki Szykiel wręczył mi maszynkę do golenia, jako część wyposażenia. "Panie sierżancie, mnie nie potrzeba jeszcze! "odpowiedziałem. "Jak jesteś saper, musisz się golić" usłyszałem w odpowiedzi.
Przyjechaliśmy do Buzułuku na krótko przed wyjazdem do Iranu. Było więc sporo kłopotów z zarejestrowaniem nas. W końcu wyjechałem w sierpniu z piątym batalionem saperów. Pamiętam tę radosną drogę. Krasnowodzk, długie molo. Karmili nas wtedy ryżem. Pamiętam ubikacje zapchane czerwońcami, gdy powiedziano nam, że nie wolno ze sobą zabierać rosyjskiej waluty. Papieru toaletowego nie było, więc czerwońce spełniały jego rolę. Dowódcą bazy w Krasnowodzku był pułkownik Berling. Zawsze odprowadzał odjeżdżających i salutował na molo odpływające statki. Chyba żydzi wyjeżdżający z Egiptu do Ziemi Obiecanej nie opuszczali go z taką radością jak my. Persja po Rosji była dużym szokiem. Żebracy w Iranie wyglądali jak ludzie. W Rosji widziało się chodzące szkielety. Wierzyć się nie chciało, że można wszystko kupić.
Spotkanie moje i brata z pozostałą częścią naszej rodziny było równie niezwykłe. Anglicy ubrali nas w szorty, więc wyglądaliśmy jak harcerzyki. Brat miał 23 lata ale wyglądał bardzo młodo, można go było wziąć za zastępowego.
Trudno sobie wyobrazić jak wojsko wpływa na samopoczucie młodego chłopaka. Po miesiącu pobytu w wojsku, w mundurze, wydawało mi się już, że jestem czymś lepszym niż cywile. Taka jest natura wojska. Przyczepisz żołnierzowi parę wstążeczek, odznaczeń i wydaje mu się, że świat przewraca się do góry nogami.
Z Pahlavi wyjechaliśmy do Khanaqin, niezwykle wijącymi się górskimi drogami. Przeszedłem jeszcze jedno badanie lekarskie. Byłem wtedy rzeczywiście bardzo drobny. Okazało się, że miałem wadę serca i skrzywienie kręgosłupa. Zwolnili mnie do cywila. Ciężko to przeżywałem, bo bardzo chciałem być żołnierzem. Wydaje mi się, że to brat przeprowadził jakieś machinacje. Prawdopodobnie rozumował, że ponieważ już ojciec nasz był wojskowym, więc wystarczy dwóch Fulmyków, aby wygrać wojnę.
Miałem niecałe siedemnaście lat, gdy zwolniono mnie do cywila. Bardzo się źle czułem w cywilnym ubraniu. Przez jakiś czas przebywałem w Teheranie w obozie cywilnym. Okazało się, że moja rodzina wyjechała już przed trzema tygodniami do innych obozów uchodźczych. Udałem się do Ahwazu, by znów się dowiedzieć, że dwa tygodnie temu rodzina wyjechała do Karaczi. I dopiero tam ich złapałem. Po trzech tygodniach zawieźli nas konwojem do Wschodniej Afryki, do Mombasy. W Tanganice, byłej kolonii niemieckiej, którą zarządzali Anglicy, zorganizowano dla nas obóz.
Cechą Polaków jest to, że często zawodzimy w normalnych sytuacjach, ale gdy jest źle, to potrafimy zdziałać cuda. W obozie w Tengeru, nie czekając na odgórne dyrektywy, z miejsca powstało Harcerstwo. Błyskawicznie zorganizowane zostały szkoły powszechne, gimnazja. Pierwsze lekcje odbywały się pod baobabem, bo nie było pomieszczeń szkolnych. Z liniowych oddziałów w drugim Korpusie urlopowano instruktorów harcerskich i nauczycieli odkomenderowano ich do obozów. W tej dziedzinie bardzo zasłużył się Czapski, który prowadził dział kulturalno - oświatowy. Andersowi zarzucają niektórzy, że był megalomanem. Może i był, ale trzeba mu przyznać, że miał wizję. Już w 1941 -ym profesor Szyryński, później w Kanadzie, był wtedy jednym z pierwszych instruktorów harcerskich. Szyryński zdobył chyba z osiem doktoratów. W naszym obozie większość stanowiły rodziny osadników wojskowych z południowo-wschodnich terenów polskich. Większość to była młodzież. W dwutysięcznym obozie nie było chyba więcej niż dwa tuziny siedemnastolatków jak ja.
Skończyłem pierwszą klasę gimnazjum w Polsce przed wojną i tu zacząłem kontynuować swoją edukację. Początkowo nie było żadnych podręczników i profesorowie musieli polegać na swej pamięci.
Potem drukowano w polowych drukarniach wojskowych podręczniki i nauka ruszyła całym pędem. W harcerstwie zdobyłem stopień Harcerza Orlego i zostałem drużynowym. Organizowaliśmy obozy w naturalnym środowisku afrykańskim. Uroku dodawali miejscowi Masaje, koczowniczo-wojowniczy szczep, bardzo pobudzający naszą wyobraźnię. Na jednym z obozów nad jeziorem Wiktorii miał miejsce tragiczny wypadek, gdzie Jurek Międzyrzecki został porwany przez krokodyla i nie znaleziono nawet jego ciała. Ogólna atmosfera w obozie była bardzo patriotyczna. Chłopcy nie mogli się doczekać, kiedy wreszcie wezmą ich do wojska.
W 1944 roku byłem w 4-tej klasie gimnazjalnej. Werbowano do wojska na ochotnika. Oczywiście zgłosiłem się również. Przez dwa miesiące zgrupowano nas w obozie przejściowym. Zjawiła się w obozie pani Dorosz, dyrektorka gimnazjum, kilku z nas wyreklamowała i dostaliśmy nakaz powrotu do szkoły. Skończyłem 4-tą klasę gimnazjum. W kwietniu 1945 roku wzięli mnie wreszcie do wojska.
Gdy dopływałem do Adenu nadeszła wiadomość, że wojna się już skończyła. Widocznie Niemcy dowiedzieli się, że trzeci Fulmyk jedzie do wojska, więc czas już kończyć wojnę. Dojechaliśmy do Włoch. W trzecim Korpusie przeszedłem kurs rekrucki. Przyjechał brat w drodze do Libanu. Pomógł mi dostać się do podchorążówki saperów w Capua koło Neapolu. Po ukończeniu podchorążówki dostałem przydział do 5-tej kompanii saperów. Dostałem przy tej okazji dwa tygodnie urlopu do Rzymu. Ale w przeddzień wyjazdu na urlop dostaliśmy rozkaz wyjazdu do Anglii. I tak się złoóyło, że będąc we Włoszech nie widziałem ani Rzymu, ani papieża.
Jechaliśmy do Anglii pociągiem. Tam zaczęto tworzyć Korpus Przysposobienia. Wielokrotnie spełniałem funkcję tłumacza języka angielskiego, bo nauczyłem się trochę tego języka w obozach przesiedleńców w Afryce. Muszę przyznać, że sporo nauczyłem się również w konwersacjach z panienkami, jako, że miałem wtedy 20 lat. Funkcja tłumacza pomogła mi we wcześniejszym przejęciu do cywila. Bywały często sytuacje kłopotliwe, gdy musiałem bardzo oględnie tłumaczyć wypowiedzi w soczystej żołnierskiej gwarze.
Dostałem pierwszą pracę w fabryce biszkoptów. Otrzymałem stypendium. Przy tej okazję chcę wspomnieć, że rząd na uchodźctwie robił wiele w tym zakresie, znacznie więcej, niż się powszechnie o tym wie. Stworzyli fundusz stypendialny, z którego korzystałem przez dwa lata. Dzięki niemu skończyłem techniczną szkołę galanterii skórnej. Specjalizowałem się w modelowaniu torebek damskich i później założyłem pracownię takich torebek w Winnipegu.
Matka i siostra przyjechały do Anglii dopiero w 1948-ym roku. Przyjechały żółte po przebytej malarii. Po cerze można było łatwo poznać Polki w Anglii, które przyjechały z Afryki. Byłem jednym z nielicznych, którzy nie dostali w Afryce malarii. Moja ówczesna sympatia miała również malarię i leżała w szpitalu. Skutecznie symulowałem malarię, aby się dostać do szpitala i być bliżej niej.
Wracając jeszcze do spraw afrykańskich. Bardzo przeżywaliśmy walki polskich oddziałów pod Monte Cassino. Byliśmy z nimi całym sercem. Śpiewaliśmy patriotyczne piosenki. Z drugiej strony żołnierze w jednostkach bojowych we Włoszech rezygnowali z swoich przydziałów czekolady, które przesyłane były bezpośrednio do polskich obozów przesiedleńczych.
Moją obecną żonę, wówczas pannę Bohdanowiczównę, poznałem w 1953-im roku, już po skończeniu szkoły galanterii skórnej. Miałem już wtedy 28 lat i nie pozostało już wiele czasu na żarty. Po sześciu miesiącach romansów ożeniłem się w 1954-tym roku.
Przyjechaliśmy do Kanady jesienią tegoż roku. Przyjechały również matka i siostry, które w międzyczasie wyszły również zamąż. Przez kilka lat pracowałem w Anglii jako projektant torebek damskich. Po przyjeździe do Winnipegu kontynuowałem pracę w tym samym zawodzie, początkowo jako pracownik w przedsiębiorstwie, a wkrótce, po zakupieniu najpotrzebniejszych maszyn, założyłem swój własny warsztat.
Po przyjeździe do Winnipegu zamieszkaliśmy początkowo u mojego szwagra Henryka Lorenca, który już miał swój własny dom. Nie minął tydzień, gdy Henryk zabrał mnie z sobą na zebranie SPK. Już na pierwszym zebraniu zapamiętałem kilku bardziej aktywnych kolegów: Gardziejewskiego, Malatyńskiego. Dyskutowało się wtedy gorąco sprawę połączenia kanadyjskiego legionu starej placówki "Obrońców Ojczyzny Nr 34" z naszą placówką kanadyjskiego legionu. Równie burzliwie dyskutowało się kupno domu Stowarzyszenia. Pamiętam, że Wacek Kuzia był wtedy bardzo zaangażowany w tej sprawie. Początkowo byłem dość sceptycznie ustosunkowany do tych "rozróbek", ale wkrótce włączyłem się sam w wir prac organizacyjnych.
Zostałem później prezesem Koła Nr 13. Przypadło to właśnie w okresie wizyty generała Sosnkowskiego. Pamiętam, siedziałem wtedy obok generała na bankiecie. Przyznałem się mu, że mam wielką tremę i nie wiem co z siebie wyduszę w moim przemównieniu. A on do mnie :" nie przejmuj się, synu, ja też mam tremę". Sosnkowski miał wyjątkową zdobność swobodnego obcowania z ludźmi. Pamiętam również spotkania z generałami Andersem, Tokarzewskim, Kopańskim.
Panowała zawsze bardzo koleżeńska atmosfera. Wizyta generała Sosnkowskiego przypadła na rok 1959-ty. Dzisiaj jesteśmy już "zasiedziali", ale wtedy byliśmy jeszcze żywą emigracją polityczną. Sylwetka generała Sosnkowskiego była dla nas naprawdę symbolem walczącej Polski. Pamiętam moje pierwsze z nim spotkanie. Był w cywilnym ubraniu, miał bardzo znoszone buty. Przykro mi było, że doszło do tego, że człowiek, będący tym symbolem, nie miał nawet porządnego obuwia. Generał odmówił pensji, którą mu ofiarowali Anglicy.
Moja prezesura przypadła na trudne czasy organizacyjne. Byliśmy wtedy jeszcze młodymi ludźmi, mieliśmy jasną wizję tego, co chcieliśmy osiągnąć i wierzyliśmy, że to osiągniemy. Z wiekiem zdajemy sobie sprawę, że nie wszystkie nasze dążenia mogły zostać zrealizowane.
W roku 1955 urodził się syn Witek. W 1958 roku urodziła się Hania. Witek jest adwokatem, córka skończyła wydział nauk przyrodniczych. Ania wyszła zamąż.
Od momentu przyjazdu do Kanady w 1954 roku do dziś nigdy nie brałem żadnego zasiłku dla bezrobotnych. Zawsze dawałem sobie rady. Można powiedzieć, że nikt z naszej grupy polskich weteranów II-giej wojny światowej nie był ciężarem dla Kanady. Większość weterańskich dzieci uzyskała wyższe wykształcenie. Uważam, że Kanada na nas nie straciła. Przyjechaliśmy, w większości przypadków, bez znajomości języka. Większość weteranów potrafiła się urządzić w Kanadzie.
Podobno mam rogatą duszę. Mam poczucie sprawiedliwości i często zabierałem głos w sprawach publicznych, pisywałem do prasy, udzielałem wywiadów w telewizji. Stałem się częścią Kanady włączyłem się dość wcześnie w tutejsze życie. Nie mogłem przechodzić obojętnie obok rażących niesprawiedliwości. We wszystkich moich wystąpieniach w sprawach kanadyjskich starałem się zawsze "przemycić" sprawę polską, wykazać, że "Polacy nie gęsi, też swój język mają". Poza tym byłem zaangażowany w polskim harcerstwie, w polskich szkołach sobotnich, w Kongresie Polonii Kanadyjskiej. Byłem przez szereg lat prezesem Spółki Wydawniczej "CZAS". Zaangażowałem się w tą sprawę raczej przypadkowo. Po śmierci Józka Krajewskiego, który był poprzednim prezesem spółki a przez jakiś czas także redaktorem "CZAS"-u nie widziałem innych chętnych do objęcia tego stanowiska, więc podjąłem się go sam. Zdaję sobie sprawę, że "CZAS" nigdy nie będzie na poziomie czołowych polskich dzienników czy tygodników, ale napewno spełnia pożyteczną i ważną rolę dla miejscowego społeczeństwa. Życie polonijne napewno straciło by wiele bez "CZAS"-u. Dlatego jest naszym polonijnym obowiązkiem, aby ten "CZAS" utrzymać.
 

 
  INDEX



Copyright © Polonijny Link Winnipegu
Kopiowanie w całości jest dozwolone bez zgody redakcji pod warunkiem nie dokonywania zmian w dokumencie.

 

23-845 Dakota Street, Suite 332
Winnipeg, Manitoba
R2M 5M3
Canada
Phone: (204)254-7228
Toll Free US and Canada: 1-866-254-7228