Polonia Winnipegu
 

                            Archiwa Home Kontakt

Wydawca


Bogdan Fiedur
Bogdan Fiedur
 

 

zapisz Się Na Naszą listę


Proszę kliknąć na ten link aby dotrzeć do formularza gdzie można zapisać się na listę dystrybucyjną i w przyszłości otrzymywać biuletyn bezpośrednio od nas.

Aby zapisać się szybko bez wypełniania formularza, proszę wysłać E-mail bez żadnego tekstu poprzez kliknięcie tego linku.

 

 

Przyłącz się

Jeśli masz jakieś informacje dotyczące polskich wydarzeń i chciałbyś albo chciałabyś podzielić się nimi z naszymi czytelnikami, to prześlij je do nas. Mile widziane są wywiady, felietony, zdjęcia i poezja. Proszę informować nas o wszystkich wydarzeniach polonijnych.

 

 

Promuj polonię

Każdy z nas może się przyczynić do promowania Polonii w Winnipegu w bardzo prosty sposób.  Mój apel jest aby dodać dwie linie do waszej stopki (signature) aby zacząć promować Polonijne wydarzenia w Winnipegu kiedykolwiek wysyłamy maila.

Tutaj są instrukcj
e jak dodać stopkę używając Outlook Express.

Kli
knij Tools-->Options --> Signatures

Zaznacz poprzez kliknięcie
Checkbox gdzie pisze

Add signature to all outgoing messages


W pole gdzie jest napisane Edit Signature proszę wpisać.

Polonijny link Winnipegu
http://www.polishwinnipeg.com

albo

Polish Link for Winnipeg
http://www.polishwinnipeg.com


Po tym kliknij Apply

I to wszystko. Od tej pory będziemy promować polskie wydarzanie w Winnipegu automatycznie kiedy wyślemy maila do kogoś. Wszystkie programy mailowe mają taką opcję tzw. signature i sposób jej dodania będzie bardzo podobny do tego co opisałem dla Outlook Express

Polonijny Biuletyn Informacyjny w Winnipegu

Przez boje, przez znoje, przez trud-kombatanckie losy
Kazimierz Patalas

INDEX

PIOTR  ORLUKIEWICZ

 

 

Piotr Orlukiewicz

WSPOMNIENIA
Spisane
w listopadzie 1986

 

Urodziłem się w 1919 roku pod Bracławiem na Wileńszczyźnie. Moja droga do polskiego wojska prowadziła przez armię sowiecką. Ze wszystkich ziem wschodnich zabranych Polsce we wrześniu 1939- go roku zostały powołane do komisji poborowej roczniki 17, 18 i 19 lat. Tysiące żołnierzy przeszło przez te koleje losu. Zabierano zarówno Polaków jak i Ukraińców. 5-go maja 1940-go roku wzięli mnie do wojska . Poborowych pocieszali, że w rosyjskiej armii nie tak jak w polskiej, nikogo nie biją po twarzy, nikogo nie kopią. Po poborze wywieźli do Rosji. Mówiło się, że w polskim wojsku jest surowa
dyscyplina. Okazało się, że w sowieckim wojsku dyscyplina jest nieludzka, nie do wytrzymania. Na przykład, przy rannym marszu pada rozkaz: śpiewać. Jeśli śpiew nie tak idzie jak by to sobie dowódca wyobrażał, pada rozkaz: biegiem. I znów śpiew, choć po kilometrowym biegu tchu brak. I znów rozkaz: czołgać się i tak w koło. Kilometr biegiem, znowu śpiewać, choć tchu brak, potem czołgać się. Wszystko na żołnierzu wkrótce ocieka potem. Krzyczeć nie można, bo powietrza brak. Gdy wybuchła wojna z Niemcami, zaspanie na warcie oznaczało kulę w łeb. Za przekroczenie dyscypliny szło się pod sąd koleżeński, który miał prawo wydać wyrok - rozstrzelanie. Wykłady polityczne odbywały się bez względu na pogodę, deszcz, czy śnieg. Co pewien czas padał rozkaz, aby biegać na rozgrzewkę. W namiotach mokro. Dziwić się należało, że człowiek mógł to wszystko wtedy wytrzymać i że nie chorowało się często. Pierwszą czynnością po pobudce było odwiedzanie, na rozkaz, ustępów. Potem następował przegląd koszul czy nie ma wszy. Przegląd ten był przewidziany w regulaminie. Zawsze w kompanii znalazło się 5 - 10-ciu z wszami. My na
ćwiczeniach a oni do łaźni. W regulaminie Czerwonej Armii określone
jest szczegółowo postępowanie związane z zawszeniem, które było
traktowane jak coś zupełnie naturalnego.

Na wiadomość o wybuchu wojny z Niemcami, Polacy zaczęli śpiewać, cieszyć się. Mówiło się oficjalnie, że teraz odpłacimy się Niemcom za 1939-ty rok. W duchu myśleliśmy, jak się tu przedrzeć na drugą stronę frontu, byle się tylko wydostać z Czerwonej Armii. Generał przemawiał do nas wskazując na konieczność przyspieszenia wyszkolenia. Wkrótce mianowali mnie zastępcą dowódcy drużyny. Niektórzy nie mogli wytrzymać tych ćwiczeń. Wprowadzili podwójne dowództwo, wojskowe i polityczne. Na front nie doszliśmy. 29-go czerwca nas rozbrajali. Zwołali specjalne zebranie. Zabrali nam wszystka bron i sprzęt. Nakazali wystąpić wszystkim pochodzącym z
Zachodniej Ukrainy (czyli byłych polskich terenów). Nastąpiło spisywanie danych personalnych. Oświadczyłem, że do partii nie należę. Mamy w domu jedną krowę, choć przed wojną w Polsce mieliśmy ich dwanaście. To wystarczyło, żeby mnie zakwalifikowali jako kułaka. Siedem dni trwała podróż w kierunku frontu. Pociągi były zawalone rannymi i cywilami uciekającymi przed frontem. Staliśmy na bocznicy, czasem do dwóch dni. Nie dali nam jedzenia, więc musieliśmy sami starać się o nie po wioskach. Jechaliśmy w kierunku frontu do Orlow. Niemcy nas kilka razy zbombardowali. Wycofali nas i cały miesiąc jeździliśmy po Rosji, w bydlęcych wagonach na pryczy, na deskach. Wyglądało na to, że był bałagan i dowództwo nie wiedziało, gdzie nas umieścić. Wreszcie w Świerdłowsku przyszedł do nas starszy oficer i powiedział: " Do dziś byliście naszymi jeńcami, od dziś jesteście wolnymi obywatelami" Nie chcieliśmy wierzyć. Mieliśmy budować lotnisko zanim przyjadą polscy oficerowie. Praca
przy budowie była bardzo ciężka i trwała aż do listopada, gdy zamarzła
ziemia. Przeziębiłem się poważnie, bo spaliśmy w namiotach z niewielką ilością słomy, do tego bardzo zawszawionej. Jedynym dostępnym dla mnie lekarstwem była gorąca woda z solą, jak mi polecili koledzy. Napiłem się jej, położyłem się na słomie i do rana wyzdrowiałem. Czekaliśmy na polskich oficerów, ale ci się nie pokazywali. Rosjanie nie spieszyli się z oddaniem nas do polskiego wojska. Chcieli nas wykorzystać jak długo się da, jako siłę roboczą.

Ulokowali nas w pomieszczeniach wykopanych w ziemi t.zw. "ziemlankach". Pod pryczami był lód. Trzeba było deskę z łóżka przygrzać przez kilka minut przy piecyku, aby się móc na niej położyć. Ubrania dali nam bardzo cienkie i w nich musieliśmy pracować w 40-to stopniowym mrozie. Pracowaliśmy przez cztery miesiące przy przewożeniu ziemi taczkami. Do polskiego wojska nie chcieli nas zwolnić, mimo naszych nalegań. Przewieźli nas na kolejne miejsce, gdzie pracowaliśmy przy ładowaniu i rozładowywaniu wagonów. Mówili, że jeśli będziemy dobrze pracowali, to nas wypuszczą do
polskiej armii. Niektórzy z nas tracili nadzieję, i myśleli, że nie ma żadnego polskiego wojska a oni tylko nas zwodzą, żebyśmy dobrze pracowali. Praca była bardzo ciężka. Wielu poszło do szpitala, wielu umierało z wycieńczenia. Kolega uciął sobie palce siekierą, aby tylko pójść do szpitala. Jedzenie składało się z kubka zupy i trzech kawałków chleba na cały dzień. Cierpieliśmy, dosłownie, głód.

Ktoś z naszej grupy przypadkowo spotkał polskiego porucznika w Świerdłowsku. Podał informację oficerowi, że 2000 Polaków jest w naszym obozie. Przyjechał polski oficer, interweniował i Sowieci musieli nas wreszcie wypuścić. I tak, dzięki przypadkowemu spotkaniu, uratowaliśmy się. Po wielomiesięcznym głodzie dorwaliśmy się wreszcie do jedzenia. Niestety wielu pochorowało się z przejedzenia.

Pojechaliśmy wprost do Krasnowodzka. Załadowali nas na statki i popłynęliśmy do Persji. Pamiętam, był 4-ty kwietnia. Zeszliśmy ze statku, rozłożyliśmy się na plaży, na piasku i tam przespaliśmy noc. Rano Persowie sprzedawali jajka gotowane a my nie mieliśmy wtedy pieniędzy. Inny świat! Trudny do uwierzenia. Pierwszą wypłatę otrzymaliśmy w tumanach, po 14 tumanów na osobę.

W czasie przejazdu statkiem zaraziłem się tyfusem brzusznym. Puścili pogłoskę, że tych z tyfusem odeślą do Rosji. Strasznie się tego bałem wiec przechodziłem przez wiele dni nie zgłaszając się do lekarza. Zgłosiłem się dopiero w polskim szpitalu w Teheranie. Byłem nieprzytomny. Tam mieliśmy już bardzo dobrą opiekę, były tu polskie sanitariuszki. Gdy mnie przyniesiono do szpitalnego namiotu, resztą świadomości usłyszałem taką rozmowę między sierżantem a sanitariuszką: "Siostro, po co przynieśliście tego trupa, żeby cuchnął?" Po kilku dniach odzyskałem przytomność, obejrzałem się w lustrze i zrozumiałem uwagę sierżanta. Przez szereg dni nie mogłem nic jeść. Piłem tylko ogromne ilości wody. Po zjedzeniu niewielkiego posiłku,
tyfus powrócił. Mimo wszystko organizm zwalczył chorobę. Widziałem jak na naszej sali co rana nakrywali białym prześcieradłem tych, którzy nie przeżyli nocy. W dalszym ciągu nic nie mogłem jeść. Pielęgniarki wmuszały we mnie jedzenie i to mnie pewnie uratowało. Mało kto wychodzi z podwójnego tyfusu.

Pojechałem do Palestyny i dostałem przydział do 3-ej dywizji 8-go batalionu w Kastinie. Było nas siedmiu wychudzonych z Rosji w jednym namiocie. Nazywano nas "Rosjanami" i starano się nas odkarmić. Mieliśmy dobrą opiekę i zrozumienie, że jesteśmy osłabieni i nie możemy podołać wysiłkom intensywnych ćwiczeń. I znowu przyszła choroba - ostre zapalenie ślepej kiszki. Przeprowadzono operację i po niej dostałem 6 tygodni urlopu ozdrowieńczego w Natanii. Odkarmiłem się i przyszedłem do siebie. Potem dostałem przydział do kompanii przejściowej do Gedery. Tam byłem do lutego 1943, potem pojechaliśmy do Iraku do innej kompanii zbiorowej, która składała się z ozdrowieńców z różnych szpitali. Wreszcie dostałem przydział do kompanii transportowej. Przeszedłem 6-cio tygodniowy kurs na
kierowcę. Po jego skończeniu, zasiadłem za kierownicą samochodów
sanitarnych i pojechaliśmy do Włoch. Przeszło się przez wszystkie akcje. Nie byłem na pierwszej linii frontu, bo nasza akcja polegała na zwożeniu rannych. Pamiętam, gdy staliśmy między Menafra a Campobasso, mieliśmy w kompanii 25 sanitarek. Gdy się zaczęła ofensywa, przez 24 godziny bez przerwy woziliśmy rannych, po dwunastu na jeden samochód. Tysiące rannych czekało na sanitarki. Nie było czasu na jedzenie, pracowało się bez przerwy. Najgorzej woziło się Niemców. Krzyczeli bardzo i mieli duże wymagania. 25 naszych sanitarek wywiozło ponad tysiąc rannych. Wysiłek tych, którzy obsługiwali pierwszą linię był ogromny i zapracowali na pełne
uznanie. Akcja przesunęła się do Bolonii. Zachorowałem na kamienie nerkowe i znalazłem się znów w szpitalu. Szczęśliwie obyło się bez
operacji.


Wyjechałem bezpośrednio z Włoch do Kanady w pierwszym transporcie w listopadzie 1946-go roku. Razem ze mną przyjechał Tomszak, Czubak i Aksamit. Jestem więc jednym z najstarszych członków Stowarzyszenia Polskich Kombatantów, które zorganizowało się jeszcze we Włoszech.


Do Winnipegu dojechałem 15-go listopada. Przyjemnym wrażeniem było usłyszenie polskiego słowa na ulicach Winnipegu. Na trzeci dzień przewieźli nas na farmę w Beausejour i farmer posłał nas do lasu na wyrąb drzewa koło Seven Sisters. Spotkał nas tam ksiądz Jaworski, troskliwie się nami zaopiekował i pomógł wyposażyć się do pracy w lesie. Praca w lesie była ciężka. Pracowało się od ciemna do ciemna. Mieszkaliśmy w piątkę w małej chatce przez miesiąc. Zarobiliśmy 45 dolarów. Końmi ściągaliśmy drzewo do tartaku. Na pasterkę poszliśmy do księdza Jaworskiego. Na drugi dzień ksiądz pomógł nam dojechać do Winnipegu, do urzędu zatrudnienia.
Opisaliśmy tam nasze warunki pracy i zmienili nam przydział do polskiego farmera w East Selkirk. Przez zimę wykarczowaliśmy 40 akrów lasu. W zimie płacili nam 50 dolarów na miesiąc, na wiosnę 70 dolarów, a w czasie młócki - 70 centów na godzinę. Nie przepracowałem pełnych dwóch lat kontraktu. Udało mi się otrzymać z urzędu pracy książeczkę ubezpieczeniową, która była warunkiem otrzymania pracy w mieście. Jak długo pracowało się na farmie, na kontrakcie, nie trzeba było takiej książeczki posiadać. Zostałem zatrudniony w mieście jako stolarz. Przepracowałem w tym zawodzie 4 lata.


Żonę, Genię, poznałem w 1949-tym roku w Winnipegu. Była ode mnie o 12 lat młodsza. Jako 10-letnią dziewczynkę wywieźli ją Sowieci na Syberię. Do Winnipegu przyjechała w 1948-ym roku. Poznałem ją na zabawach u Jana Kantego i pobraliśmy się w 1950-tym roku. Ślub dawał nam ks. Jaworski, który przyjechał specjalnie z Beausejour do Winnipegu. W 1951-ym roku dostałem pracę w Canadian Pacific Railway. Pierwszy dom kupiłem ze szwagrem do spółki za 4200 dolarów na Austin. Drugi kupiłem wspólnie z wujkiem żony za 7500 dolarów. Ten dom miał już 13 pokoi. Przyszły dzieci -
urodziło się nam dwóch synów. Jurek urodził się w 1952-im a Tomek w 1953-im roku.

W 1962 roku zbudowałem dom na Garden City a potem sprzedałem go i zbudowałem drugi. Po zakończeniu pracy w CPR pracowałem wieczorami nad wykańczaniem domów. W CPR przepracowałem 29 lat. Polacy mieli tam dobrą renomę i jeden wciągał drugiego. Pracowałem głównie przy naprawie wagonów. Jurek skończył prawo a Tomek Red River College. Jurek ma dobrze prosperującą praktykę adwokacką i mieszka w ekskluzywnej dzielnicy na Tuxedo. Pomogłem mu wykończyć wnętrza. Tomek był bardziej
praktyczny niż Jurek. Kupił dom w Vancouver i za rok sprzedał za podwójną cenę. Tomek ma trzech synów. Przeniósł się do Saskatoon.


Od wielu lat pracuję w Kole SPK. Brałem udział przy rozbudowie domu SPK. Jestem w komisji rewizyjnej. Żona także była prezeską Koła Pań. Obecnie od siedmiu lat jestem na emeryturze. Jestem finansowo zabezpieczony. Wystarczy na wygodne życie bez trosk. Byle zdrowie było. Nie lubię jeździć starym samochodem. Odwiedziłem Polskę w 1975-tym roku. Dwie moje siostry żyją na Wileńszczyźnie. Wątpię czy się z nimi spotkam. Brata z Polski sprowadziłem z całą rodziną do Kanady w 1965-ym roku i mieszka
obecnie w Winnipegu. Drugi brat pozostał w Rosji.

 

  INDEX



Copyright © Polonijny Link Winnipegu
Kopiowanie w całości jest dozwolone bez zgody redakcji pod warunkiem nie dokonywania zmian w dokumencie.

 

23-845 Dakota Street, Suite 332
Winnipeg, Manitoba
R2M 5M3
Canada
Phone: (204)254-7228
Toll Free US and Canada: 1-866-254-7228