Polonia Winnipegu
 

                            Archiwa Home Kontakt

Wydawca


Bogdan Fiedur
Bogdan Fiedur
 

 

zapisz Się Na Naszą listę


Proszę kliknąć na ten link aby dotrzeć do formularza gdzie można zapisać się na listę dystrybucyjną i w przyszłości otrzymywać biuletyn bezpośrednio od nas.

Aby zapisać się szybko bez wypełniania formularza, proszę wysłać E-mail bez żadnego tekstu poprzez kliknięcie tego linku.

 

 

Przyłącz się

Jeśli masz jakieś informacje dotyczące polskich wydarzeń i chciałbyś albo chciałabyś podzielić się nimi z naszymi czytelnikami, to prześlij je do nas. Mile widziane są wywiady, felietony, zdjęcia i poezja. Proszę informować nas o wszystkich wydarzeniach polonijnych.

 

 

Promuj polonię

Każdy z nas może się przyczynić do promowania Polonii w Winnipegu w bardzo prosty sposób.  Mój apel jest aby dodać dwie linie do waszej stopki (signature) aby zacząć promować Polonijne wydarzenia w Winnipegu kiedykolwiek wysyłamy maila.

Tutaj są instrukcj
e jak dodać stopkę używając Outlook Express.

Kli
knij Tools-->Options --> Signatures

Zaznacz poprzez kliknięcie
Checkbox gdzie pisze

Add signature to all outgoing messages


W pole gdzie jest napisane Edit Signature proszę wpisać.

Polonijny link Winnipegu
http://www.polishwinnipeg.com

albo

Polish Link for Winnipeg
http://www.polishwinnipeg.com


Po tym kliknij Apply

I to wszystko. Od tej pory będziemy promować polskie wydarzanie w Winnipegu automatycznie kiedy wyślemy maila do kogoś. Wszystkie programy mailowe mają taką opcję tzw. signature i sposób jej dodania będzie bardzo podobny do tego co opisałem dla Outlook Express

Polonijny Biuletyn Informacyjny w Winnipegu

Przez boje, przez znoje, przez trud-kombatanckie losy
Kazimierz Patalas

INDEX

JANINA LORENC

 

 

Janina Lorenc

WSPOMNIENIA
Spisane
w lipcu 1986

 


Urodziłam się w roku 1929-tym koło Łomży w województwie warszawskim. Rodzice, z których jestem bardzo dumna, niestety już oboje zmarli. Pamiętam,
że w domu panowała zawsze bardzo patriotyczna atmosfera i ta atmosfera udzieliła się również nam, dzieciom.

Nie miałam jeszcze 10-ciu lat, gdy zaczęło się mówić w naszym domu o nadciągającej wojnie. Jeszcze w czerwcu 1939-go roku wyjechała moja matka z wycieczką do Danii. Po dwóch tygodniach wróciła z pełnym przekonaniem, że wojna już tuż. W Gdyni okręty stały w porcie w stanie pogotowia z lufami skierowanymi w stronę Gdańska. Ojciec mój był burmistrzem w Zambrowie, miasteczku oddalonym o 25 km od Łomży. Matka po powrocie z Danii zaczęła
energicznie robić zapasy. Chodziłam wtedy do 4-tej klasy szkoły powszechnej i pomagałam jej w gromadzeniu zapasów, które zostały zapakowane do drewnianej skrzyni.

Zaczęło się oklejanie okien papierowymi paskami, aby zabezpieczyć szyby przed wypadaniem w czasie oczekiwanego bombardowania. 1-go września spadły pierwsze bomby. Instynktownie ojciec starając się zebrać rodzinę razem, ściągnął brata Leszka z Łomży i siostrę z Sokoła Podlaskiego. Ojciec znał kod
radiowy i z radia mogliśmy się dowiedzieć o zapowiadanym alarmie lotniczym. Po kilku dniach ojciec otrzymał rozkaz, aby wywieźć dokumenty miejskie i zaczęliśmy się przygotowywać do wyjazdu przez Kobryń w głąb Polesia. Dokumenty w metalowej skrzyni zostały zakopane i może leżą tam po dziś dzień.

Po 17-tym września spotkaliśmy po raz pierwszy Czerwoną Armię. Nie pozostawało nic innego jak wracać do domu. Bandy "Rusinów" atakowały powracających uciekinierów. Zaatakowały nas i zabrali ojca z wozu. Zaczęłam bardzo płakać i to może zmiękczyło serce przywódcy bandy i pozwolił ojcu wrócić na wóz.

Wróciliśmy z ucieczki do Kupisk. Był to majątek wydzierżawiony przez rodziców. Jeździliśmy tam zwykle na wakacje. Ojciec był poszukiwany przez władze sowieckie. Zrobił sobie kryjówkę pod podłogą i chował się do niej, gdy ktoś nieznany zbliżał się do domu. Ukrywanie w domu stało się coraz bardziej niebezpieczne, ojciec zdecydował zmienić swoją kryjówkę i przeniósł się do
Białegostoku pod nazwiskiem Domalewski.


10-go lutego wczesnym rankiem usłyszeliśmy stukot do drzwi. Nakazano nam się spakować. Było to dla nas zupełnym zaskoczeniem. Pamiętam, że pierwszą rzeczą, która mi przyszła na myśl, aby zabrać ze sobą była moja laleczka, którą nawiasem mówiąc, posiadam po dziś dzień. Na dworze trzaskający mróz. Załadowali nas w 40 do 50 osób do jednego wagonu. Na prośbę matki, dołączyli do naszego wagonu siostrę, która przebywała w tym czasie w Łomży. Na drugi dzień transport ruszył. Jechaliśmy dwa tygodnie i dotarliśmy do Archangielska. Udało się nam zabrać część zapasów żywnościowych przygotowanych przez matkę w przeddzień wojny. Zawieźli nas do osiedla, którego mieszkańcy zajmowali się wyrębem lasu. Przydzielili nam duży barak, przedzielony na pół, po każdej stronie ulokowali około 15-cie rodzin. Jedna prycza musiała wystarczyć na rodzinę. Jedyną osobą nadającą się do pracy w naszej rodzinie była matka. My, trójka dzieci, zostawaliśmy w baraku. Po jakimś czasie, dzięki pomocy miejscowego leśniczego, udało się ulokować najstarszą siostrę do pracy w kuchni. W końcu zaczął pracować również brat Leszek. Nadeszła
wiosna i można było zebrać trochę jagód i grzybów i sprzedać je potem
miejscowym. Przez pewien czas byłam sama w domu, bo matka została
przydzielona do pracy w drugim osiedlu przy spławianiu drzewa. Mieszkańcy tych drugich osiedli, Rosjanie i Ukraińcy, okazywali nam wiele sympatii, bo sami pamiętali swoje pierwsze dni po przymusowym osiedleniu. Jesienią władze postanowiły otworzyć szkołę dla dzieci wysiedleńców. Matka zdawała sobie sprawę z tego, że dzieci powinny chodzić do szkoły, aby się nauczyć języka rosyjskiego, ale równocześnie uodparniała mnie na czekającą mnie tam sowiecką propagandę. Wbijała mi jakby w podświadomość polski patriotyzm,
moje polskie, katolickie pochodzenie. W szkole przeważały dzieci polskie. Dołączali jednakże do klas po kilku Rosjan i nakazywali im śledzić nas, czy mówimy po polsku i czy się modlimy. Otrzymaliśmy za to nagany, ale i tak modliliśmy się na leżąco w łóżku. W internacie szkolnym dostawaliśmy 3 posiłki dziennie.

Po wybuchu wojny z Niemcami w obozie nastał okres "szpiegomanii". Używano nas, dzieci szkolnych, do pilnowania obozu, aby urojeni szpiedzy nie podpalili obozu.

Wreszcie doszły do nas wieści o układzie między Sikorskim i Majskim. Przyszła amnestia. Formalnie byliśmy wolni. Matka chciała jak najszybciej wyjechać. Pierwszym etapem była Ufa a stamtąd Merekes, na południe. Na jednym z kołchozów zabrano nam wszystkie dokumenty, co stworzyło szereg komplikacji. Pracowaliśmy w kołchozie "Nowaja Żyźń", a stamtąd 22-go czerwca 1942-go roku wyjechaliśmy do Dżalal-Abad w Uzbekistanie. Najstarszy brat, Kazio, był już w wojsku. Utrzymywaliśmy z nim kontakt listowy i informowaliśmy go o zmianach naszych adresów. W trakcie poszukiwania zagubionych papierów matka zawędrowała do Kujbyszewa, do polskiej ambasady i tam, zupełnie nieoczekiwanie, spotkała brata, który z kolei poszukiwał nas. Przywiózł z wojska kilka konserw mięsnych z dostaw amerykańskich, co znakomicie podreperowało naszą wygnańczą dietę. Utrzymywaliśmy się z kuchni wojskowej. Żołnierze dzielili z nami swoje skromne przydziały żywności.


6-go sierpnia 1942-go roku wyjechaliśmy nocą wagonami z Dżalal-Abad do Krasnowodzka. Instruowano nas, żeby nie okazywać nadmiernej radości z powodu wyjazdu. Przez dwie noce spaliśmy w Krasnowodzku pod gołym niebem w oczekiwaniu na okręt. Nie mieliśmy ze sobą wielkich bagaży, bo wszystko co się przywiozło z Polski zostało już dawno zamienione na żywność. Zaokrętowano nas na statek "Żdanow" przystosowany do przewozu węgla i przewieziono przez Morze Kaspijskie do Pahlavi.


Nareszcie poczuliśmy się wolni. Wiedzieliśmy, że już nam nic nie grozi ze strony wszechwładnego NKWD. Przeszliśmy najpierw przez t.zw. obóz brudny, gdzie następowało przymusowe odwszawianie i palenie przywiezionych z Rosji rzeczy. Potem przeniesiono nas do obozu czystego. Wychodziliśmy witać nowe transporty i w jednym z nich, ku naszej ogromnej radości, zobaczyliśmy braci Kazia i Leszka. Przewieziono nas przez góry do Teheranu i stamtąd do Achwazu. Tragedią w Pahlavi i Teheranie były dziesiątki, setki, tysiące grobów,
które znaczyły trasę naszych wędrówek. Czerwonka, tyfus i inne choroby atakowały osłabione organizmy nędzarzy, którym udało się wyrwać z Rosji. Następnym punktem naszego postoju było Karachi w Indii (obecnie Pakistan). Pamiętam go jako ogromne miasto namiotów. Wojsko amerykańskie zaopatrywało nas w żywność. Zorganizowano tymczasowe szkoły dla nas dzieci, uczyli nas śpiewać. Mieliśmy wystąpić z dzięcięcym chórem przed amerykańskim wojskiem. Po pierwszej części występu rozległy się głośne gwizdy. My w płacz ! Okazało się, że gwizdy Amerykanów były najwyższym wyrazem uznania. Po wyjaśnieniu nieporozumienia dalsza część koncenrtu
przebiegała już bez zakłóceń.

Kolejnym etapem naszej wędrówki okazała się Afryka. Kierownik transportu, pan Rarogiewicz, bardzo troszczył się o swoich podopiecznych, wśród których było wiele sierot. Wylądowaliśmy w Tanga we wschodniej Afryce. Tam zaszokowało nas pierwsze spotkanie z Murzynami. Szok zagłodzony był bardzo przyjaznym
traktowaniem nas przez Murzynów. Dotarliśmy wreszcie do Tengeru. Tam zobaczyliśmy prawdziwe afrykańskie żyrafy, słonie. Po drodze podziwialiśmy Kilimandżaro.


W Tengeru przywitali nas Masaje i inni Murzyni. Śpiewali nam w swoim języku. Przyjechałam do Tengeru trzecim transportem. Było w tym transporcie wielu nauczycieli. Przywitała nas tam również Liga Katolickich Kobiet, zastawionymi stołami z wieloma przysmakami. W poprzednich dwu transportach zdołano już
zorganizować harcerstwo. Rozmieszczono nas w okrągłych domkach, które były charakterystyczne dla obozu w Tengeru. Były one ulepione z gliny, posiadały okiennice. Obóz był położony u stóp góry Meru, porośniętej w dolnej części lasami bananowymi a nagiej u szczytu. W pobliżu było również powulkaniczne jezioro Doluti. Dokuczały nam komary, roznoszące malarię, pchełki wchodzące pod paznokieć u palców u nóg i składające tam jajeczka. Inną plagę stanowiła mucha Mango. Składała jajka na plecach. Postrachem naszym były także
różne pająki, węże, lwy. Nie było osoby, która by nie chorowała na malarię. Były nawet śmiertelne przypadki "czarnej malarii". Matka spełniała przez pewien czas obowiązki opiekunki sierocińca.

Natychmiast po przyjeździe zorganizowano szkoły. Początkowo siedzieliśmy pod wielkim baobabem. Po egzaminie wstępnym przydzielono dzieci do różnych klas. Kursy były przyspieszone, dzięki czemu przerobiliśmy materiał klasy piątej i szóstej w ciągu jednego roku. Obok szkół podstawowych uruchomiono także szkołę zawodową, handlową, mechaniczną, rolniczą. W naszym obozie w Tengeru zgromadzono ponad 4 tysiące osób, w tym ponad 2 tysiące młodzieży. Gromadziliśmy się na placu, aby usłyszeć najnowsze wiadomości radiowe z frontów. Oczekiwaliśmy listów od najbliższych z mieszanymi uczuciami. Każdy bał się, że list może przynieść wiadomość o śmierci znajomych czy bliskich. Taką właśnie wiadomość otrzymaliśmy od brata, że został ranny pod Ankoną. Nasi wychowawcy, począwszy od naszych matek, szkoła, harcerstwo, księża
pragnęli przekazać nam jak najwięcej wiedzy i przelać na nas swój gorący patriotyzm, jakim charakteryzowało się pokolenie po I-ej wojnie światowej. Pragnęli intuicyjnie nadrobić stracony przez wojnę, czas. Dawali nam szanse zwiedzenia Afryki, organizowali obozy. Mimo grożących zewsząd niebezpieczeństw obyło się jakoś bez większych wypadków. Cierpieliśmy na awitaminozy nabyte w Rosji. Objawiały się one u mnie w pewnym okresie np. tendencją do płaczu. Polecono mi jeść wiele cytryn, pomarańcz, bananów i cebuli i objawy po jakimś czasie ustąpiły. Byłam w Tengeru przez 6 lat, od listopada 1942-go do czerwca 1948-go roku.


Zbliżające się zakończenie wojny było witane z mieszanymi uczuciami. Z radością, przez tych, którzy przeszli przez wojnę bez strat najbliższych im osób, ze smutkiem przez innych, którzy nie mogli zapomnieć bliskich, których groby rozrzucone zostały na bezmiernych przestrzeniach Rosji. My należeliśmy do tych szczęśliwych pierwszych.


Losy ojca nie były tak szczęśliwe. Mimo ukrywania się pod przybranym nazwiskiem Domalewski, został aresztowany przez Sowietów i wywieziony w głąb Rosji. Przeszedł przez Łubiankę, Kozielsk i Ostaszków. Został skazany na 15 lat więzienia. Złamany wrócił do Polski i nie mógł się już zdecydować na emigrację. Odwiedzaliśmy go w Polsce. Po 33 latach niewidzenia rozpoznałam ojca na lotnisku w Polsce.

W 1948-ym roku połączyliśmy się z całą rodziną w Anglii. Spotkaliśmy się z braćmi Leszkiem i Kaziem w obozie Wheaton- Ashton. Pozostawaliśmy w Anglii przez trzy lata. Skończyłam dwuletni kurs modystki. Modelowałam kapelusze damskie. W obozie Whiton-Ashton spotkałam mojego obecnego męża, który w 1949-ym roku wyjechał do Kanady. Dołączyłam do niego w dwa lata później i
pobraliśmy się 35 lat temu. Mamy dzieci Krzysztofa i Bożenę. Oboje ukończyli studia wyższe i założyli swoje rodziny. Jesteśmy zadowoleni z życia i z pogodą spoglądamy w przyszłość.

  INDEX



Copyright © Polonijny Link Winnipegu
Kopiowanie w całości jest dozwolone bez zgody redakcji pod warunkiem nie dokonywania zmian w dokumencie.

 

23-845 Dakota Street, Suite 332
Winnipeg, Manitoba
R2M 5M3
Canada
Phone: (204)254-7228
Toll Free US and Canada: 1-866-254-7228