Polonia Winnipegu
 

                            Archiwa Home Kontakt

Wydawca


Bogdan Fiedur
Bogdan Fiedur
 

 

zapisz Się Na Naszą listę


Proszę kliknąć na ten link aby dotrzeć do formularza gdzie można zapisać się na listę dystrybucyjną i w przyszłości otrzymywać biuletyn bezpośrednio od nas.

Aby zapisać się szybko bez wypełniania formularza, proszę wysłać E-mail bez żadnego tekstu poprzez kliknięcie tego linku.

 

 

Przyłącz się

Jeśli masz jakieś informacje dotyczące polskich wydarzeń i chciałbyś albo chciałabyś podzielić się nimi z naszymi czytelnikami, to prześlij je do nas. Mile widziane są wywiady, felietony, zdjęcia i poezja. Proszę informować nas o wszystkich wydarzeniach polonijnych.

 

 

Promuj polonię

Każdy z nas może się przyczynić do promowania Polonii w Winnipegu w bardzo prosty sposób.  Mój apel jest aby dodać dwie linie do waszej stopki (signature) aby zacząć promować Polonijne wydarzenia w Winnipegu kiedykolwiek wysyłamy maila.

Tutaj są instrukcj
e jak dodać stopkę używając Outlook Express.

Kli
knij Tools-->Options --> Signatures

Zaznacz poprzez kliknięcie
Checkbox gdzie pisze

Add signature to all outgoing messages


W pole gdzie jest napisane Edit Signature proszę wpisać.

Polonijny link Winnipegu
http://www.polishwinnipeg.com

albo

Polish Link for Winnipeg
http://www.polishwinnipeg.com


Po tym kliknij Apply

I to wszystko. Od tej pory będziemy promować polskie wydarzanie w Winnipegu automatycznie kiedy wyślemy maila do kogoś. Wszystkie programy mailowe mają taką opcję tzw. signature i sposób jej dodania będzie bardzo podobny do tego co opisałem dla Outlook Express

Polonijny Biuletyn Informacyjny w Winnipegu

Przez boje, przez znoje, przez trud-kombatanckie losy
Kazimierz Patalas

INDEX

Stanisłąw  kMIEĆ

 

 

Stanisław Kmieć

WSPOMNIENIA
Spisane 1 maja 1987 roku

 


Urodziłem się w 1923 roku w Grodzisku koło Rzeszowa. Na rok przed wojną
rodzina moja przeniosła się na Podole w ramach akcji osadniczej na te tereny. Znaleźliśmy się więc w kategorii najbardziej znienawidzonej przez Sowiety. Już wkrótce po wkroczeniu Sowietów na te tereny, 19-go września zaaresztowali mojego ojca. Nie pozwolono utrzymywać nam z nim żadnych kontaktów. 9-go lutego o godzinie 8-ej wieczorem przyszedł ojciec do domu. Nie długo jednak cieszyliśmy sie jego obecnością, bo już o godzinie 12 w nocy przyszli go ponownie aresztować a wraz z nim całą resztę rodziny. Załadowali nas do bydlęcych wagonów i powieźli na wschód. Podróż w okropnych warunkach trwała 16 dni. Nie karmili nas w ogóle. Musieliśmy
polegać tylko na tym, co zdołaliśmy w ostatnim momencie zabrać z domu. Wyrzucili nas z pociągu na stacji Muraszi w republice Komi i gnali pod konwojem, pieszo do posiołka Gierkaszowa położonego o ponad 100 km od stacji. Temperatura powietrza spadła w tym czasie ( luty) do 60 stopni poniżej zera. Trudno sobie dziś wyobrazić jak udało się nam przeżyć ten marsz.

Po przybyciu na miejsce przydzielono nas do wyrębu lasu. Normy wyrębu były bardzo wyśrubowane i trudne do wykonania. Ojciec, matka i ja, jako najstarszy z rodzeństwa, chodziliśmy do roboty. Młodsi bracia pozostawali w domu. Za pieniądze, z takim trudem zarobione w lesie można było kupić przydział chleba, bardzo rzadko przydział cukru.

Tam pracowaliśmy aż do czasu, gdy dowiedzieliśmy się od przypadkowych przechodniów-Polaków, że nastąpiło podpisanie układu między rządem polskim a Sowietami i że w wyniku tego układu ma nastąpić organizacja armii polskiej w Sowietach. Ojciec i ja pojechaliśmy na poszukiwanie tej armii. Matki i braci nie wypuścili. Udało się jej wyjechać do Kazachstanu dopiero za pół roku.

Nasza podróż do polskiej armii zaczęła się znów od 100 kilometrowego marszu do stacji Muraszi. Dołączali do nas inni z okolicznych posiłków. Dojechaliśmy koleją do Uzbekistanu, 20 kilometrów od chińskiej granicy. Tam zatrzymano nas na plantacjach bawełny. Pracowaliśmy ciężko, ale względnie dobrze nas żywili, bo uważali nas już za wojskowych. Dopiero po trzech miesiącach udało się nam dotrzeć do polskiej armii do Kermine.

W Kermine szalały choroby, tyfus plamisty, brzuszny i dezynteria amebowa. Ludzie marli jak muchy. Setki zmarłych wynoszono każdego dnia. Nie było lekarstw, nie było lekarzy. Wynosiłem codziennie zwłoki zmarłych kolegów, którzy nie doczekali wyjazdu z Rosji. Całe dywizje, już częściowo zorganizowane, zostały wyniszczone. Tak zniszczona została np. 11-ta dywizja. Udało nam się przejść przez to piekło i na początku sierpnia wywieziono nas do Krasnowodzka i dalej statkiem do Persji, do Pahlavi.

Pierwsze kroki w Persji wiodły do odkażalni. Zajmowali się tym głównie Hindusi. Stężonym lizolem dezynfekowali nas pod pachami i w kroczu. Golili ogromną brzytwą pod pachami. Baliśmy się, ze nas "uszkodzą". Mundury składano na stosie i palono, a zamiast nich otrzymywaliśmy nowe, angielskie. Pierwsze rozczarowanie - angielskie racje żywnościowe okazały się bardzo niewielkie, po puszce sardynki i marmolady.

Przewieziono nas do Iraku. Tam przeprowadzano przydziały do różnych broni. Komisja lekarska zadecydowała, że nadaję się do lotnictwa. Kapitan Słodkiewicz zakomunikował mi, że dostałem przydział do lotnictwa bombowego. Przewieziono naszą grupę do Egiptu i zakwaterowano w Heliopolis, na przedmieściu Kairu. Przechodziliśmy przeszkolenie z instruktorami angielskimi. Trwało ono prawie cały rok. Spotykaliśmy wielu Żydów z Palestyny, którzy mówili po polsku. Szkolono radiooperatorów, telegrafistów, nawigatorów. Ważne było zgrywania przyszłych załóg. Przenieśli nas do przejściowego obozu nad kanałem Sueskim koło Abania, potem załadowano na okręty w Port Saidzie i przewieziono do Liverpoolu i dalej do dowództwa polskiego lotnictwa. Stacjonowaliśmy tam 3 tygodnie. Mieszkaliśmy prywatnie, nad morzem. Dostaliśmy przydział do dywizjonu 300-Ziemi Mazowieckiej. Formowano załogi. Przeszedłem wyszkolenie jako radiotelegrafista. Mieliśmy polskie dowództwo. Anglicy przywiązywali dużą wagę, do zgrania załóg.

Pierwsze szkoleniowe loty przeszliśmy na wellingtonach. W skład załogi wchodzili: pilot, mechanik pokładowy, radiooperator, bombardier i 3 strzelców pokładowych. Loty szkoleniowe trwały od dwóch do trzech tygodni. Codziennie latało się do 10 godzin. Moja funkcja radiotelegrafisty polegała na utrzymywaniu kontaktów ze stacją, z załogą i innymi maszynami lecącymi w kluczu. Zwykle stosowało się normalny głos a czasem kody. Loty odbywały się na przemian w dzień i w nocy.

Przyszła wreszcie kolej na pierwsze loty operacyjne. Początkowo lataliśmy na wellingtonach, dopiero później dostaliśmy lancastery. ą kolejkę stanowiło 10 lotów. Do pierwszego lotu wystartowaliśmy na wellingtonie o godzinie 7-ej rano. Lecieliśmy na Zagłębie Ruhry. Dostaliśmy się od razu pod obstrzał dział przeciwlotniczych. Można się było z czasem do tego przyzwyczaić, choć,
przyznam, że pierwsze wrażenia były "dziwne". Lataliśmy na wysokości do 15 000 stóp a więc zasadniczo poza zasiągiem artylerii. Trzeba było jednak używać aparaty tlenowe. Bomby zrzucało się z wysokości około 10 000 stóp, a więc już w granicach zasiągu dział. Pierwszy lot okazał się szczęśliwy. Leciało nas 18- cie maszyn i wszystkie szczęśliwie wróciły. Nie zawsze jednak tak nam się udawało. Bywało, że na 18 maszyn nie wróciły trzy, a kiedyś z 18-tu wróciły zaledwie trzy. Radość panowała, gdy wrócili wszyscy; smutek ogarniał w sytuacjach, gdy były straty. Wytworzył się zwyczaj, że szafki załóg, które nie wróciły były otwierane i dzielono się ich zawartością.

Przed każdym lotem odbywała się odprawa "briefing". Mówiono nam dokąd lecimy, na jakim pułapie i gdzie należy zrzucić ładunek bomb. Podobnie po powrocie szło się na odprawę. Omawiało się szczegóły zdjęć lotniczych wykonanych w czasie bombardowania. Nie wiele pozostawało czasu miedzy lotami. Latało się codziennie. Po wylataniu 3 kolejek, to znaczy 30 lotów, otrzymywało się 30 dni urlopu. Można wtedy było jechać gdzie się chciało w granicach Wielkiej Brytanii.

Polskie dywizjony zaopatrywano zawsze w najnowszy sprzęt. Wkrótce zaopatrzono nas w lancastery. Były one o wiele większe, miały 4 silniki i 9 osób załogi. Intercom był stale włączony. Pilot był zawsze dowódcą, niezależnie od stopnia. Rozmawialiśmy w czasie lotu po polsku. Lataliśmy zwykle na Zagłębie Ruhry oraz na Berlin. Oba cele miały ogromne znaczenie strategiczne i dlatego były bardzo silnie bronione. Można było widzieć przez okienka liczne stanowiska obrony przeciwlotniczej. Gdy nie udało się dolecieć nad cel, trzeba było zrzucać ładunek bomb gdziekolwiek na terytorium nieprzyjaciela. Lancaster brał do 15 000 funtów ładunku. Te niezwykle niebezpieczne warunki walki rozwijały silne więzy koleżeńskie między lotnikami, które utrzymują się do dziś.

Byliśmy stacjonowani blisko Nothingham. Utrzymywały się bliskie i bardzo przychylne stosunki z miejscową ludnością cywilną. Po służbie można było wyjść poza koszary. Pomagało nam to bardzo w opanowaniu języka angielskiego. Nawiązywaliśmy również kontakty z Polkami, które służyły w Lotniczej Służbie Pomocniczej Kobiet. Nazywaliśmy je "ławkami", w odróżnieniu od Angielek nazywanych "wafkami" . Wielu kolegów pożeniło się z "ławkami", m. inn. Milejszo i Gandecki. Ja poznałem żonę, która przyjechała do Anglii w 1946-ym roku.

W czasie zawieruchy wojennej niewiele było okazji na utrzymywanie kontaktów rodzinnych. Z ojcem spotkałem się w Iraku i w Palestynie. Z matką i młodszymi braćmi nawiązałem kontakt przypadkowo. Matce nie udało się dostać do jednego z ostatnich transportów z Kujbyszewa. Dostała się później z braćmi do obozu przesiedleńców w Indiach. Dopiero w 1947-ym roku w ramach akcji łączenia rodzin udało mi się z nią spotkać w Anglii, po 5-ciu latach rozłąki.

W obozach w Indiach było sporo młodzieży. Zorganizowano jej harcerstwo i szkolnictwo. Z Korpusu zwalniano instruktorów harcerskich i przekazywano do pracy organizacyjnej w obozach. Moja przyszła żona, Janka była również w Indiach, niedaleko mojej matki i tam się poznały. My poznaliśmy się w styczniu 1948 roku. Tego samego roku Janka z rodzicami wyjechała do Kanady.

Starałem się usilnie dostać na studia, ale było zbyt wielu kandydatów i nie udało się. Moi młodsi bracia mieli więcej szczęścia i skończyli studia i są obecnie w Stanach Zjednoczonych. Brat matki mieszkał w Filadelfii. Przyszła żona ściągnęła mnie do Kanady na farmę. Namawiano mnie, abym podpisał kontrakt na 5 lat do RAFu, ale mi to nie odpowiadało. Dopiero w 1949 roku dostałem papiery demobilizacyjne. Przyjechałem na statku "Aquitania" do Halifaxu i stamtąd do Winnipegu.

Dostałem pierwszą pracę, słabo płatną, na poczcie przy ulicy Portage. Po 6-ciu miesiącach zwolniłem się. Pierwszeństwo do pracy mieli obywatele kanadyjscy. Postarałem się o pracę w "Inland Steel", gdzie pracowało już wielu Polaków. Żartowali ze mnie, że jestem najbardziej elegancko ubranym robotnikiem, zawsze w porządnie wyprasowanej koszuli, a to były tylko nawyki z lotnictwa. Zawsze nas uczono, że lotnik musi wyglądać elegancko.

Zacząłem pracować w Inland Steel w 1950 roku i pozostałem w tej samej instytucji do emerytury. Początkowo jako robotnik, potem jako urzędnik personalny.

Ożeniłem się w miesiąc po przyjeździe do Kanady. Janka zaczęła pracować po urodzeniu trzeciego dziecka. Pierwsza córka, potem dwóch synów. Średni syn jest jeszcze kawalerem. Młodszy skończył 30 lat i ma córeczkę. Córka skończyła cytologię i wyszła zamąż za Greka. Oznacza to, że płacimy wysoki rachunek za telefony. Odwiedzamy ich od czasu do czasu w Grecji i oni przyjeżdżają czasem do Kanady.

Jestem członkiem Stowarzyszenia Polskich Kombatantów, Koło Nr 13 od 1952-go roku. W zarządzie byłem przez trzy kadencje prezesem, potem skarbnikiem i sekretarzem. Ostatnio zostałem wybrany do Zarządu Głównego SPK jako wiceprezes na Środkową Kanadę

  INDEX



Copyright © Polonijny Link Winnipegu
Kopiowanie w całości jest dozwolone bez zgody redakcji pod warunkiem nie dokonywania zmian w dokumencie.

 

23-845 Dakota Street, Suite 332
Winnipeg, Manitoba
R2M 5M3
Canada
Phone: (204)254-7228
Toll Free US and Canada: 1-866-254-7228