Polonia Winnipegu
 Numer 112

    4 lutego 2010      Archiwa Home Kontakt

Wydawca


Bogdan Fiedur
Bogdan Fiedur
 

 

zapisz Się Na Naszą listę


Proszę kliknąć na ten link aby dotrzeć do formularza gdzie można zapisać się na listę dystrybucyjną i w przyszłości otrzymywać biuletyn bezpośrednio od nas.

Aby zapisać się szybko bez wypełniania formularza, proszę wysłać E-mail bez żadnego tekstu poprzez kliknięcie tego linku.

 

 

Przyłącz się

Jeśli masz jakieś informacje dotyczące polskich wydarzeń i chciałbyś albo chciałabyś podzielić się nimi z naszymi czytelnikami, to prześlij je do nas. Mile widziane są wywiady, felietony, zdjęcia i poezja. Proszę informować nas o wszystkich wydarzeniach polonijnych.

 

 

Promuj polonię

Każdy z nas może się przyczynić do promowania Polonii w Winnipegu w bardzo prosty sposób.  Mój apel jest aby dodać dwie linie do waszej stopki (signature) aby zacząć promować Polonijne wydarzenia w Winnipegu kiedykolwiek wysyłamy maila.

Tutaj są instrukcj
e jak dodać stopkę używając Outlook Express.

Kli
knij Tools-->Options --> Signatures

Zaznacz poprzez kliknięcie
Checkbox gdzie pisze

Add signature to all outgoing messages


W pole gdzie jest napisane Edit Signature proszę wpisać.

Polonijny link Winnipegu
http://www.polishwinnipeg.com

albo

Polish Link for Winnipeg
http://www.polishwinnipeg.com


Po tym kliknij Apply

I to wszystko. Od tej pory będziemy promować polskie wydarzanie w Winnipegu automatycznie kiedy wyślemy maila do kogoś. Wszystkie programy mailowe mają taką opcję tzw. signature i sposób jej dodania będzie bardzo podobny do tego co opisałem dla Outlook Express

Polonijny Biuletyn Informacyjny w Winnipegu


INDEX

Powrót..

WIADOMOŚCI PROSTO Z POLSKI

Środa, 2010-02-03

Ogromny sukces polskich naukowców

Ponad rok zajęło naukowcom z Akademii Górniczo-Hutniczej wyprodukowanie księżycowego pyłu. Jak informuje radio RMF Mirosław Rzyczniak i dr Stanisław Bednarz są drudzy na świecie, po amerykańskich badaczach, którym udało się stworzyć materiał - swoim składem identyczny z substancją pobraną na Księżycu i przywiezioną na Ziemię. To wielki sukces krakowskich naukowców.

Produkcja księżycowego materiału jest efektem unijnego projektu krakowskiej AGH i Centrum Badań Kosmicznych PAN w Warszawie.

Prace zostały podzielone na dwie części. - Krakowscy naukowcy - dr Rzyczniak i dr Bednarz byli odpowiedzialni za poszukiwanie składników niezbędnych do skonstruowania analogu księżycowego - zdradza szczegóły Bartosz Dembiński, rzecznik Akademii Górniczo-Hutniczej.

Zespół z Centrum Badań Kosmicznych z kolei wybudował penetrometr, który będzie się wwiercał w pył i go testował. Wcale niewykluczone, że w bliskiej przyszłości polski penetrometr poleci na Księżyc. Jego zadaniem będzie pobranie kolejnych próbek księżycowej ziemi.

Rewolucyjnego odkrycia dokonano na Wydziale Wiertnictwa, Nafty i Gazu AGH. Bartosz Dembiński, rzecznik AGH, zdradza, że to dosyć młody wydział, ale bardzo aktywny i prężny. - Działa i ma na swoim koncie sporo sukcesów na rynku biznesowo-przemysłowym, ale również naukowym - zaznacza rzecznik.

Na razie krakowscy badacze wyprodukowali 400 kg pyłu. Jest starannie zmagazynowany w laboratorium. To jednak za mało, by przetestować księżycową "ziemię". Aby specjalne urządzenie - penetrometr mógł się wwiercić w substancję, potrzeba aż 5 tys. kg pyłu i kilkumetrowej warstwy.

Poszukiwania składników, tworzących księżycowy pył, trwały ponad rok. Naukowcy skrupulatnie sprawdzali i dobierali odpowiednie substancje i ich proporcje, by utworzyć identyczny materiał. Na różne sposoby sprawdzano jego właściwości mechaniczne. W końcu się dało! Przeczytaj więcej w "Polsce Gazecie Krakowskiej"
(Polska Gazeta Krakowska)

"Klucz do zwrotu w śledztwie katyńskim jest w Moskwie"

- Śledztwo w sprawie zbrodni katyńskiej wciąż trwa, odbywają się m.in. przesłuchania rodzin ofiar, jednak najważniejszą sprawą jest oczekiwanie na dostęp do materiałów rosyjskiego śledztwa. Klucz do zwrotu w naszym śledztwie jest więc w Moskwie - powiedział prezes IPN Janusz Kurtyka.

Jak obecnie wygląda stan śledztwa katyńskiego?

Janusz Kurtyka: Śledztwo katyńskie jest wciąż kontynuowane. Myślę, że w interesie państwa polskiego jest prowadzenie go w nadziei, że uda się otrzymać dostęp do materiałów wytworzonych w ramach śledztwa rosyjskiego. Pragnę przypomnieć, że śledztwo rosyjskie jest utajnione i nie mamy dostępu ani do jego materiałów, ani do decyzji o jego umorzeniu.

Nie ma powodu, jak sądzę, aby to śledztwo było tajne, sprawa bowiem dotyczy wydarzenia z 1940 roku i w żaden sposób nie wpływa na bezpieczeństwo ani państwa rosyjskiego, ani państwa polskiego. Tym bardziej, że część materiałów tego śledztwa była jawna i dostępna dla strony polskiej już na początku lat 90.

Jak wyglądają szczegóły prowadzonego dochodzenia?

- Obecnie gromadzone jest jak najwięcej materiałów dotyczących zbrodni katyńskiej. Kontynuowane są przesłuchania rodzin ofiar oraz gromadzone są dokumenty będące wynikiem kwerend pracowników Instytutu w Londynie, dokumentujących stopień wiedzy rządu Rzeczpospolitej na uchodźstwie na temat zbrodni katyńskiej zarówno w czasie, jak i po zakończeniu wojny.

Uzyskujemy również pewne dokumenty dzięki współpracy ze stroną ukraińską i tutaj rzeczywiście możemy mówić o pewnym postępie wiedzy. Planujemy również zwrócenie się do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża z zapytaniem, czy zachowała się jakaś dokumentacja w ich archiwach dotycząca Katynia. Przypomnijmy, że Międzynarodowy Czerwony Krzyż był zaangażowany w wydarzenia, które wiązały się z ujawnianiem i badaniem zbrodni i m.in. zwrócenie się przez władze Rzeczpospolitej do Czerwonego Krzyża było dla Związku Sowieckiego pretekstem do zerwania stosunków dyplomatycznych.

Jak przedstawia się kwestia dokumentacji związanej ze zbrodnią?

- Dzięki dobrej współpracy ze stroną rosyjską w połowie lat 90. udało się zebrać sporą dokumentację na ten temat. Tak naprawdę wielką tajemnicą było to, czy zachowały się teczki oficerów polskich przetrzymywanych w trzech obozach jenieckich, które zostały zlikwidowane, oraz czy prawdą jest stwierdzenie strony rosyjskiej, że dokumentacja została zniszczona. Postulatem strony polskiej było udostępnienie przez stronę rosyjską dokumentów potwierdzających zniszczenie tych archiwaliów.

Dopiero ostatnio, dzięki współpracy z partnerami na Ukrainie, udało się zdobyć dokumenty archiwalne pośrednio świadczące o tym, że rzeczywiście niszczenie teczek polskich oficerów miało miejsce. Jest to dokumentacja wytworzona w Kijowie, fragment korespondencji z Moskwą, która wskazuje, że ten proces niszczenia miał miejsce. Tak naprawdę jednak klucz do jakiegoś zwrotu i przyspieszenia nie tylko śledztwa katyńskiego, ale w ogóle dialogu polsko-rosyjskiego wokół problemu Katynia, jest w Moskwie.
Rozmawiała: Anna Kondek (PAP)

Śnieg znów spadł, ludzie znów bez prądu

Ponad 2200 odbiorców na Dolnym Śląsku nie ma prądu. Z powodu opadów śniegu doszło do kolejnych awarii sieci elektrycznych.

MSWiA informuje, że awarie nie są tak poważne jak te sprzed kilku tygodni. Doszło bowiem jedynie do zerwania linii energetycznych bez uszkodzeń słupów.

Awarie będą więc usunięte w dużo krótszym czasie niż te styczniowe.
(IAR)

Wojciech Jaruzelski musi opuścić swoje biuro

Resort obrony narodowej nie przedłużył umowy najmu lokalu z gen. Wojciechem Jaruzelskim. Chodzi o pomieszczenia w wojskowym budynku, gdzie prowadzi on swoje biuro jako były prezydent.

- Generał Jaruzelski ma tam swoje biuro jako były prezydent, a nie jako były żołnierz. W związku z tym nie ma powodu, żeby wojsko czy ministerstwo obrony narodowej wynajmowało mu swoje pomieszczenia na prowadzenie biura - powiedział szef MON Bogdan Klich.

- Ja w każdym razie nie widzę takiego powodu. Zdecydowałem, że nie będziemy przedłużać na kolejny okres umowy najmu z panem gen. Wojciechem Jaruzelskim - dodał minister.

Umowę podpisano w 2004 roku. Od tamtej pory była kilkukrotnie aneksowana i przedłużana. Ostatnia wygasła z końcem grudnia 2009 r.
(PAP)

Wtorek, 2010-02-02

Liczące 7 tys. lat odkrycie polskich archeologów

Osadę sprzed 7 tys. lat odkryli polscy archeolodzy prowadzący prace wykopaliskowe w Kuwejcie. To największe osiedle z tego okresu, przebadane dotychczas w tym kraju. Naukowcy z Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej UW po raz trzeci prowadzili wykopaliska w Kuwejcie.

Choć badany przez nich region As-Sabbiya to pustynia, kryje się tam wiele ciekawych stanowisk archeologicznych. Kuwejckim władzom zależy na szybkim przebadaniu tamtejszych zabytków, gdyż miejsce to ma się wkrótce stać wielkim placem budowy nowej kuwejckiej metropolii. Jej mieszkańcy będą mogli podziwiać swoje dziedzictwo w parkach archeologicznych. Jednym z nich może stać się badana przez polską ekipę osada - oznaczona jako SBH 38 - pochodząca sprzed 7 tys. lat.

Stanowisko mierzy ok. 120 na 35 metrów i pochodzi z czasów tzw. kultury Ubaid (poł. VII - poł. V tysiąclecia p.n.e.), która obejmowała swoim zasięgiem terytorium od Zatoki Perskiej aż po północną Syrię i brzegi Morza Śródziemnego. Nie znaczy to jednak, że już w tak odległych czasach istniało w tym rejonie rozległe mocarstwo.

- Pod nazwą "kultura" kryje się kultura materialna, przede wszystkim ceramika, oraz podobne podstawy gospodarcze, a zapewne także struktury społeczno-rodzinne - wyjaśnił dyrektor Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej UW prof. Piotr Bieliński, który kierował badaniami w Kuwejcie. - W tym czasie rozkwitają kontakty handlowe pomiędzy centrum ówczesnej cywilizacji - Mezopotamią - a peryferiami, które były bogate w potrzebne Mezopotamczykom surowce, np. miedź. Jednym z jej źródeł był Oman, a Kuwejt leży na wiodącym do niego szlaku morskim - tłumaczył archeolog.

Badana przez jego ekipę osada jest świadectwem owych kontaktów. Znaleziono w niej charakterystyczną, pięknie malowaną ceramikę ubaidzką, która musiała zostać przywieziona - najprawdopodobniej drogą morską - z terenu Międzyrzecza. To właśnie ona dostarczyła podstaw do datowania osady na okres Ubaid 3, czyli ok. 4800-4500 r. p.n.e. Także plan domu odkopanego przez Polaków wyraźnie nawiązuje do planów domów znanych z Mezopotamii. Jego ściany wzniesione - przynajmniej w dolnych partiach - z nieregularnych kamieni, zachowane są do wysokości ok. 0,6 m. Dom mierzył ok. 11,5 na 8 m i składał się z 13 prostokątnych pomieszczeń rozmieszczonych w trzech rzędach. Niektóre z nich miały kamienne podłogi, znaleziono tam też okrągłe palenisko i naczynia ceramiczne ustawione w rogach izb oraz wielkie ilości muszli jadanych tam mięczaków morskich.

- Wydaje się mało prawdopodobne, by taki dom został wybudowany przez lokalnych mieszkańców i to na ich własne potrzeby - komentuje prof. Bieliński. - Sądzę, że powstał dla ludzi, którzy przywędrowali lub przypłynęli tu z Mezopotamii.

Co robili tam przybysze z serca ówczesnej cywilizacji? Archeolodzy mają nadzieję ustalić to w trakcie dalszych badań.

Badacze kontynuowali też rozpoczęte w 2008 roku wykopaliska świetnie zachowanej pustynnej studni, pochodzącej prawdopodobnie z okresu islamskiego. Jej kamienny szyb miał ok. 3,3 m głębokości, a jego średnica zwężała się od 3,2 m na górze, do ok. 1,2 m przy dnie. Studnię okalał niski mur, który chronił ją przed zasypaniem piaskiem. Przy nim znajdowała się ława ziemno-gliniana, na której mogli wypoczywać koczownicy i podróżni czekający, by zaczerpnąć wody.

Część ekipy kontynuowała też wykopaliska kamiennych grobów tumulusowych. Pierwsze badania na cmentarzysku położonym na grzbiecie skalnym rozpoczęto już w 2007 r. Najbardziej interesujący w tym sezonie okazał się największy z dotychczas badanych grób oznaczony jako SMQ 49 (ok. 8 m średnicy i ok. 0,8 m wysokości). W jego komorze znaleziono kości czterech osób i dużego zwierzęcia - być może wielbłąda. Tumulus ten padł ofiarą dawnych rabusiów, podobnie jak większość innych grobów w As-Sabbiya. Złodzieje przeoczyli jednak co najmniej sześć paciorków z muszli i kamienia oraz cztery narzędzia kamienne. Ponieważ archeologom nie udało się jeszcze dotrzeć do dna komory grobowej, może się okazać, że kryje ona więcej znalezisk.

Inny z eksplorowanych grobów, SM 18, przyniósł nieoczekiwane świadectwa nowożytnej historii Kuwejtu. Na jego mocno zniszczonej powierzchni zauważono wyraźne ślady gąsienic ciężkiego pojazdu, które - zdaniem pasjonatów militariów - pasują do gąsienic amerykańskiego czołgu M1 Abrams.

Datowanie tumulusów z As-Sabbiya pozostaje niepewne z powodu braku charakterystycznych znalezisk, na których można by je oprzeć. Groby mogą należeć do ludzi z okresu kultury Ubaid, ale mogą być też o wiele młodsze, czyli pochodzić z III tysiąclecia p.n.e. - Pustynia w As-Sabbiya wciąż kryje wiele interesujących niespodzianek dla archeologów - mówi prof. Bieliński zapowiadając, że ich dalsze odkrywanie rozpocznie się już tej wiosny.
(PAP)


"Sprawa Bandery może zaszkodzić Euro 2012"

Środowiska kresowe oczekują od prezydenta Lecha Kaczyńskiego jednoznacznego potępienia gloryfikacji na Ukrainie Stepana Bandery oraz członków UPA - powiedział ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski, po spotkaniu z szefem kancelarii prezydenta Władysławem Stasiakiem. Powiedział też, że ta sprawa może się położyć cieniem na organizacji mistrzostw Euro 2012.

- Oczekujemy, aby pan Lech Kaczyński, jako prezydent Polski, potępił gloryfikację UPA i Bandery, bo ci, którzy zostali pomordowani na Kresach to byli obywatele II Rzeczypospolitej. Czas, aby III Rzeczypospolita upomniała się o pamięć tych ludzi - powiedział Isakowicz-Zaleski. Minister Stasiak potwierdził, że spotkał się z ks. Isakowiczem-Zaleskim; nie chciał jednak mówić o szczegółach tego spotkania.

Krakowski duchowny, relacjonując swoje spotkanie ze Stasiakiem, powiedział z kolei, że przekonywał szefa kancelarii prezydenta do tego, aby "Lech Kaczyński zabrał wreszcie głos w tej ważnej dla Polski sprawie". - W imieniu protestujących środowisk kresowych przedstawiłem wszystkie argumenty, domagając się, aby prezydent oficjalnie potępił gloryfikację zbrodniarzy - zaznaczył.

Ks. Isakowicz-Zaleski poinformował, że rozmowa z szefem kancelarii prezydenta odbyła się w "bardzo sympatycznej atmosferze" na prośbę Stasiaka. - Wczoraj minister Stasiak zatelefonował do mnie, a ja dzisiaj przyjechałem do Warszawy i podczas rozmowy odpowiadałem na wszystkie pytania, przedstawiając stanowisko środowisk kresowych. Pan minister Stasiak zadeklarował, że przedstawi moją argumentację prezydentowi. Teraz od samego Lecha Kaczyńskiego zależy, jakie stanowisko przyjmie w tej sprawie - podkreślił Isakowicz-Zaleski.

Duchowny oświadczył, że niezależnie od stanowiska prezydenta w sześciu miastach Polski odbędzie się protest przeciwko gloryfikacji Stepana Bandery i członków UPA. - W piątek o godz. 15:00 równocześnie przed Ambasadą Ukrainy w Warszawie oraz w pięciu innych miastach w Polsce, gdzie znajdują się konsulaty Ukrainy, to jest w Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu, Lublinie i Gdańsku, odbędą się protesty zorganizowane przez rodziny pomordowanych na Kresach Wschodnich przez członków UPA. Protestować będziemy pod hasłem: Przyjaźń i współpraca. Juszczenko, Bandera, UPA i SS-Galizien hańba i potępienie - powiedział Isakowicz-Zaleski. Poinformował także, że środowiska kresowe przygotowały list do władz FIFA i UEFA, który zostanie im wręczony 7 lutego, w dzień losowania grup mistrzostw w piłce nożnej Euro 2012.

- Jesteśmy za Euro 2012 oraz za tym, żeby Ukraina była współgospodarzem mistrzostw, ale sytuacja w tej chwili, zwłaszcza we Lwowie, jest skrajnie nacjonalistyczna, antypolska i antysemicka. Chcemy zwrócić uwagę władzom UEFA, że to jest obecnie główna przeszkoda w zorganizowaniu mistrzostw i apelujemy, aby władze UEFA na 2 lata przed rozpoczęciem mistrzostw reagowały na to, co się dzieje w tej chwili na Ukrainie - zaznaczył duchowny.

W poniedziałek jedna z największych polskich organizacji kresowych, Światowy Kongres Kresowian, wystosował apel do sejmu o podjęcie uchwały potępiającej decyzję ustępującego prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki o nadaniu Stepanowi Banderze tytułu Bohatera Ukrainy oraz uznaniu członków UPA za uczestników walk o niepodległość państwa.

Wicemarszałek sejmu Krzysztof Putra (PiS) powiedział, że jeśli apel Światowego Kongresu Kresowian trafi do prezydium sejmu, to należy podejść do niego poważnie. - Sprawa jest bardzo istotna z punktu widzenia Polski oraz rodzin, które doznały wielkiej tragedii - podkreślił. Natomiast wicemarszałek sejmu Stefan Niesiołowski (PO) nie widzi powodu, by przyjmować uchwałę potępiającą decyzję prezydenta Ukrainy, bo w ubiegłym roku sejm przegłosował podobną uchwałę. - Jestem temu przeciwny. W zeszłym roku przyjęliśmy uchwałę potępiającą zbrodnię UPA i nie widzę powodu, by przyjmować ją drugi raz, bo to w gruncie rzeczy byłoby to samo. Inaczej można rozłożyć akcenty, ale byłoby to samo - dodał Niesiołowski.

W lipcu ubiegłego roku sejm przyjął przez aklamację uchwałę w sprawie "tragicznego losu Polaków na Kresach Wschodnich". W uchwale podkreślono, że tragedia Polaków na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej "winna być przywrócona pamięci historycznej współczesnych pokoleń". W uchwale przypomniano, że w lipcu mija 66. rocznica "rozpoczęcia przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińską Powstańczą Armię na kresach II Rzeczypospolitej tzw. antypolskich akcji - masowych mordów o charakterze czystki etnicznej i znamionach ludobójczych".

Protest środowisk kresowych to reakcja na dwie niedawne decyzje prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki. 22 stycznia Juszczenko specjalnym dekretem nadał pośmiertnie tytuł Bohatera Ukrainy przywódcy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) Stepanowi Banderze.

Bandera był przywódcą jednej z frakcji OUN, której zbrojne ramię, Ukraińska Powstańcza Armia (UPA), obarczana jest odpowiedzialnością za prowadzone od wiosny 1943 r. czystki etniczne ludności polskiej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Decyzja Juszczenki wywołała protesty wśród ukraińskiej Polonii, w Polsce i Rosji. Bandera - jak napisano w prezydenckim dekrecie - uzyskał tytuł bohatera "za niezłomny duch w służbie idei narodowej, bohaterstwo i poświęcenie w walce o niezależne państwo ukraińskie". Decyzję o nadaniu tytułu wraz z medalem państwowym Juszczenko wręczył wnukowi Bandery, obywatelowi Kanady, również Stepanowi.

Tydzień później, w trakcie obchodów rocznicy bitwy pod Krutami, gdzie 29 stycznia 1918 r. wojska proklamowanej rok wcześniej Ukraińskiej Republiki Ludowej poniosły klęskę w nierównym starciu z wojskami sowieckimi, Juszczenko ogłosił dekret, w którym uznał członków OUN i UPA za uczestników walk o niepodległość państwa. Zgodnie z dekretem, rządowi i Radzie Najwyższej Ukrainy polecono opracowanie projektu ustawy potwierdzającej, że członkowie m.in. formacji zbrojnych Ukraińskiej Centralnej Rady, Ukraińskiej Republiki Ludowej, Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej, Hetmanatu i Ukraińskiej Wojskowej Organizacji prowadzili walkę o niepodległość państwa.

Prezydent Juszczenko opuści niebawem swe stanowisko. W wyborach prezydenckich 17 stycznia, w których ubiegał się o reelekcję, zdobył 5,45% poparcia. W walce o prezydenturę zmierzą się w drugiej turze, 7 lutego, premier Julia Tymoszenko i lider opozycyjnej Partii Regionów Ukrainy Wiktor Janukowycz.
(PAP)

Polski film nominowany do Oscara

Film "Królik po berlińsku" w reżyserii Bartka Konopki otrzymał nominację do Oscara w kategorii najlepszy krótkometrażowy film dokumentalny. Nominacje do tegorocznych nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej ogłoszono w Los Angeles.

Czarno-biały dokument "Królik po berlińsku", trwający 51 minut, jest projektem międzynarodowym. Ze strony polskiej jego produkcję finansowała Telewizja Polska, a producenci zagraniczni to m.in. niemieckie telewizje MDR, RBB i ARTE.

Bartek Konopka stworzył metaforyczną, poruszającą, a zarazem pełną humoru opowieść o tysiącach dzikich królików, które przez 28 lat zamieszkiwały obszar zieleni stworzony między dwoma pasami muru berlińskiego. Poprzez historię o królikach, postanowił opowiedzieć o losach ludzi - o "gatunku homo sovieticus, czyli ludziach ukształtowanych w komunistycznym systemie".

- To opowieść o królikach, które są tchórzliwe i nie wychodzą poza stado. Nagle króliki te znajdują się między dwoma murami. Są uwięzione, ale bezpieczne. To wystarcza im do życia, one nawet z tego się cieszą. Żyją jak w raju. Gdy nagle ktoś burzy mur, króliki nie wiedzą, co ze sobą zrobić - opowiadał Konopka.

Anna Wydra, producentka "Królika..." - która w razie zdobycia Oscara odbierze podczas gali statuetkę razem z Konopką - zwróciła uwagę, że do tej pory tylko trzy filmy z Polski były nominowane do Oscara w kategorii krótkometrażowy film dokumentalny: w 1942 r. "Biały Orzeł" Eugeniusza Cękalskiego, w 1994 r. "89 mm od Europy" Marcela Łozińskiego, w 2004 r. "Dzieci z Leningradzkiego" Hanny Polak i Andrzeja Celińskiego.

Bartek Konopka (ur. 1972 w Myślenicach) jest absolwentem filmoznawstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz reżyserii na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Ukończył też kurs dokumentalny i fabularny w Mistrzowskiej Szkole Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy.

Konkurentami polskiego kandydata w wyścigu o złotą statuetkę są filmy: "China's Unnatural Disaster: The Tears of Sichuan Province", "The Last Campaign of Governor Booth Gardner", "The Last Truck: Closing of a GM Plant", "Music by Prudence".

Najwięcej nominacji (po dziewięć) otrzymały filmy "Avatar" i "Hurt Locker". Na trzecim miejscu z ośmioma nominacjami uplasowały się "Bękarty wojny" Quentina Tarantino.
(PAP)

Poniedziałek, 2010-02-01

Naukowcy pokazali ząb polskiego neandertalczyka

Naukowcy pokazali ząb trzonowy należący do człowieka neandertalskiego, znaleziony w jaskini Stajnia w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. To pierwsze neandertalskie szczątki pochodzące z obszaru Polski i jednocześnie pierwszy bezpośredni dowód na występowanie neandertalczyka na północy od Karpat.

Szczątki odkryli naukowcy z Zakładu Archeologii Instytutu Historii i Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Szczecińskiego, pod kierunkiem dr. Mikołaja Urbanowskiego. Jaskinia, w której natrafiono na cenne szczątki jest położona w paśmie ostańców wapiennych. Interdyscyplinarne badania archeologiczne są tu prowadzone od roku 2006. Poza archeologami z Uniwersytetu Szczecińskiego w pracach uczestniczą naukowcy z Uniwersytetu Wrocławskiego, Państwowego Instytutu Geologicznego i Polskiej Akademii Nauk.

Oprócz zaprezentowanego zęba na stanowiskach archeologicznych w jaskini Stajnia znaleziono jeszcze dwa inne zęby trzonowe. Jak wyjaśniła dr Wioletta Nowaczewska z Katedry Antropologii Uniwersytetu Wrocławskiego, obecnie trwają analizy tych szczątków. - Wiemy, że należały do innych osobników, ale na sprawdzone wyniki badań, co do ich pochodzenia musimy jeszcze poczekać - powiedziała Nowaczewska.

Jak wyjaśnił dr Krzysztof Stefaniak z Zakładu Paleozoologii Wydziału Nauk Biologicznych Uniwersytetu Wrocławskiego, według obserwacji paleontologicznych i wstępnych badań dr. Urbanowskiego wiek znaleziska można określić na początek ostatniego zlodowacenia, czyli około 100-80 tys. lat. Stefaniak wyjaśnił, że stanowiska archeologiczne w jaskini Stajnia obfitują w szczątki fauny pochodzące z okresu ostatniego zlodowacenia. W jaskini odkryto również narzędzia będące pozostałością po działalności człowieka.

Naukowcy z Katedry Antropologii Uniwersytetu Wrocławskiego przy współpracy z m.in. prof. Tadeuszem Doboszem z Zakładu Technik Molekularnych wrocławskiej Akademii Medycznej badają znalezione szczątki od dwóch lat. Udało im się ustalić, że ząb należał do ok. 20-letniego mężczyzny. - Udało się również ustalić miejsce położenia zęba, jako drugi ząb trzonowy w prawym łuku zębowym szczęki - wyjaśnił dr Paweł Dąbrowski z Katedry Antropologii Uniwersytetu Wrocławskiego.

Zdaniem naukowców, na zębie widnieją urazy związane z wykorzystaniem wykałaczki. - Jest to dowód na zachowania higieniczne, a rozmiary tego urazu świadczą, że mógł powstać w wyniku użycia twardych narzędzi. np. odprysku kości długiej - wyjaśnił Dąbrowski.

Prof. Dobosz wyjaśnił, że przy badaniu zęba odkryto na nim zmiany próchnicze. - Nie wiemy czy jest to ząb pozostały po rozkładzie szczątków szkieletu, czy został usunięty wskutek zmiany paradontycznych czy próchniczych - mówił profesor. - W pierwszym przypadku odkrylibyśmy pierwszy na terenie Polski gabinet stomatologiczny - żartował naukowiec.

Wstępne wyniki badań polskich naukowców są na tyle obiecujące, że ich publikacji podjęło się prestiżowe europejskie czasopismo naukowe "Naturwissenschaften".
(PAP)

Ogłoszono nominacje do Orłów

"Rewers", "Dom zły" i "Wojna polsko-ruska" otrzymały nominacje do Polskiej Nagrody Filmowej Orzeł 2010 w kategorii najlepszy polski film. Listę nominacji do Orłów 2010 w poszczególnych kategoriach ogłoszono w Warszawie.

Przy tworzeniu tej listy, wzięto pod uwagę filmy - oraz ich twórców i obsadę - które w minionym, 2009 roku, były prezentowane co najmniej przez tydzień na otwartych płatnych pokazach.

Polskie Nagrody Filmowe Orły są przyznawane przez członków Polskiej Akademii Filmowej.

W kategorii najlepszy reżyser do Orła 2010 nominowani zostali: Borys Lankosz - za "Rewers", Wojciech Smarzowski - za "Dom zły" i Xawery Żuławski - za "Wojnę polsko-ruską".

W kategorii najlepsza główna rola kobieca nominacje do Orła 2010 otrzymały: Kinga Preis - za rolę w "Domu złym", Agata Buzek - za rolę w "Rewersie" oraz Krystyna Janda - za rolę w "Tataraku" Andrzeja Wajdy.

W kategorii najlepsza główna rola męska nominacje przyznano: Marianowi Dziędzielowi - za rolę w "Domu złym", Marcinowi Dorocińskiemu - za rolę w "Rewersie" i Borysowi Szycowi - za rolę w "Wojnie polsko-ruskiej".

Laureaci Orłów 2010, wyłonieni spośród nominowanych, zostaną ogłoszeni 1 marca podczas gali w Warszawie.
(PAP)

Nowoczesna broń z Izraela w polskiej armii  

Polska armia będzie miała jesienią dwa zestawy samolotów bezzałogowych. Ministerstwo Obrony Narodowej rozstrzygnęło przetarg na dostawę tego sprzętu. Wygrała go izraelska firma Aeronautics Defense Systems. Do końca tygodnia MON zamierza podpisać umowę z dostawcą pięciu śmigłowców Mi-17 dla kontyngentu afgańskiego.

W skład każdego zestawu wchodzą po cztery aparaty latające, wyposażenie do sterowania nimi i odbioru danych. Jeden zestaw ma zostać dostarczony do Afganistanu, drugi będzie służył do szkolenia w kraju. Rozpatrując trzy oferty firm izraelskich, MON wybrało produkt oferowany przez firmę Aeronautics. Pokonane zostały Elbit i IAI.

Bezzałogowe samoloty, zwane z angielskiego dronami wykorzystywane są powszechnie przez siły koalicji międzynarodowej w Afganistanie. Przy ich pomocy przeprowadza się rozpoznanie terenu, a także precyzyjnie atakuje wybrane cele.

Czytaj o tym, jak bezzałogowe samoloty zabijają terrorystów!

Klich podkreślał oszczędności, dokonane zwłaszcza w ostatniej fazie przetargu. Początkowo MON planowało na bezzałogowce średniego zasięgu wydać 186 mln zł, a cena zwycięskiej oferty wynosiła początkowo 144 mln zł. Aukcja Elbitu zatrzymała się na poziomie 122 mln zł, oferta IAI została odrzucona ze względów formalnych i merytorycznych.

Prawdziwa finansowa rozgrywka

Dyrektor departamentu zaopatrywania sił zbrojnych płk Jerzy Pikuła zwrócił uwagę, że w aukcjach z reguły w ostatnim momencie "dochodzi do prawdziwej gry finansowej".

- Mam nadzieję, że dostawca wywiąże się ze zobowiązań i w ciągu siedmiu miesięcy od podpisania umowy dostarczy nam dwa zestawy - powiedział Klich.

Przypomniał, że wybrane zestawy nie będą jedynymi urządzeniami tej klasy dla wojska w Afganistanie. Pierwsze dwa bezpilotowce typu Predator, wypożyczone od Amerykanów, kontyngent będzie wykorzystywać od kwietnia.

Dotychczas polskie wojsko dysponowało jedynie statkami bezpilotowcami krótkiego zasięgu - zestawami Orbiter, produkowanymi także przez Aeronautics.

Wiceminister Marcin Idzik zapewnił, że fakt używania Orbiterów nie miał znaczenia dla wyboru bezzałogowych statków latających średniego zasięgu, ponieważ to "zupełnie inny produkt, przeznaczony do innych celów". Podkreślił, że przy wyborze kierowano się nie tylko ceną zestawu, ale i kosztami eksploatacji w ciągu 20 lat.

Wiceminister poinformował, że testy pełnego zestawu będą przeprowadzone w Afganistanie, a w razie niespełnienia wymagań technicznych MON ma prawo do odszkodowania i odstąpienia od umowy.

Polska armia idzie za światowymi standardami

Zdaniem Klicha zakup był niezbędny, ponieważ "cały świat idzie w kierunku rozpoznania także na większe odległości, Polska musi się również rozwijać w tym kierunku". "Traktujemy ten zakup jako kolejny krok w wyposażaniu naszych sił zbrojnych w bsr (bezzałogowy samolot rozpoznawczy - PAP) średniego zasięgu, a zatem wzmacnianie zdolności rozpoznawczych także na terenie kraju" - powiedział. Przypomniał, że bezzałogowe samoloty rozpoznawcze tej klasy to jeden z pięciu głównych programów modernizacyjnych nakreślonych do roku 2018.

Nowe "śmigła" do Afganistanu

Klich poinformował także, że do końca bieżącego tygodnia MON planuje zakończyć rozmowy z potencjalnym dostawcą pięciu śmigłowców Mi-17, które mają być dostarczone do końca tego roku.

Do końcowych rozmów MON wybrało firmę Metalexport-S. Jak powiedział Idzik, w postępowaniu uczestniczyły także Bumar i MAW Telecom, jednak Bumar odstąpił od złożenia ostatecznej oferty, a firma MAW Telecom proponowała śmigłowce fabrycznie nowe, co odsuwało termin dostawy do marca przyszłego roku - co nie odpowiadało oczekiwaniom resortu.

Klich powiedział, że zakup kolejnych śmigłowców transportowych Mi-17 "to nie tylko jedyna w tym roku, ale ostatnia partia śmigłowców produkcji nazwijmy to poradzieckiej", a zakup podyktowała pilna potrzeba. "Wszystkie nowe śmigłowce będą śmigłowcami nowej generacji i innej produkcji. To ostatni zakup poradzieckiej techniki wojskowej, na który się zdecydowałem" - powiedział.

Skąpe MON

Dodał, że także przy zakupie śmigłowców oczekuje "radykalnego obniżenia ceny, którą Metalexport zaproponował". - Bez takiego radykalnego obniżenia ceny nie będzie mojej akceptacji dla tej oferty - zapowiedział.

- Będziemy żyłować znacznie bardziej niż to było robione przez moich poprzedników. I to będziemy żyłować znacznie. Nie zgodzę się, by skarb państwa był naciągany dlatego, że mamy pilną potrzebę operacyjną. Ja jestem z Krakowa, pan minister jest z Chrzanowa, Małopolska słynie ze skąpstwa i tak będzie dalej - zapewnił Klich
(IAR)

Niedziela, 2010-01-31

Trzy tysiące saperów gotowych do walki z zimą

Około trzech tys. saperów pozostaje w gotowości, gdyby potrzebna była ich pomoc w sytuacjach spowodowanych opadami śniegu, zatorami lodowymi i powodziami - podał Sztab Generalny Wojska Polskiego.

Wśród saperów są specjaliści od niszczenia - minerzy od usuwania zatorów - i od odbudowy tego, co zniszczą powodzie. Nie ubywa im też pracy przy unieszkodliwianiu niewybuchów i niewypałów.

Do działań w sytuacjach kryzysowych wywołanych powodziami i zjawiskami lodowymi, dużymi opadami śniegu jest gotowych ok. 3 tys. żołnierzy, 140 jednostek sprzętu inżynieryjnego oraz 600 różnych pojazdów samochodowych. Saperzy są podzieleni na wyspecjalizowane grupy zadaniowe - 12 grup minerskich na śmigłowcach do niszczenia zatorów lodowych; 29 grup do odbudowy zniszczonej przez powodzie infrastruktury drogowo-mostowej oraz 15 grup do współdziałania ze służbami cywilnymi w celu zapewnienia przejezdności szlaków komunikacyjnych.

Od początku stycznia pododdziały inżynieryjne pomagają służbom cywilnym w zmaganiach ze skutkami zimy na terenie kilku województw. Cywile mogą nawet odnieść korzyść z codziennych ćwiczeń saperów - szkoląc się w budowie mostów i dróg pododdziały inżynieryjne Wojska Polskiego zbudowały w ubiegłym roku 11 mostów i wyremontowały 11 km dróg lokalnych.

W czasie ubiegłorocznych powodzi na południu Polski saperzy uczestniczyli w ewakuacji ludności i usuwaniu niebezpiecznych zatorów na rzekach. Odbudowali siedem zniszczonych przez powódź mostów.

Nie maleje zagrożenie ze strony niewypałów i niewybuchów. W ostatnich latach nawet znacznie wzrosło ono z powodu intensywnych prac budowlanych i drogowych. Sprawdzając tereny przeznaczone pod inwestycje, żołnierze tej specjalności sprawdzili i oczyścili w zeszłym roku ponad 1200 hektarów, znajdując ok. 20 tysięcy niebezpiecznych przedmiotów. W ubiegłym roku wzywano ich do tych zadań prawie 7 tysięcy razy. Żołnierze wydobyli i zniszczyli ponad 300 tysięcy sztuk najróżniejszej amunicji - pocisków artyleryjskich, granatów moździerzowych, min, bomb lotniczych i innych pocisków.

Patrole rozminowania przejechały ponad 1,5 mln kilometrów i zużyły ponad 8 ton materiałów wybuchowych. Tylko saperzy z 5. Ośrodka Przechowywania Sprzętu w Nowym Dworze Mazowieckim w ubiegłym roku wyjeżdżali na interwencje prawie 900 razy, likwidując trzy tysiące różnego rodzaju bomb i pocisków.

Stale gotowych do działania pozostaje 39 wojskowych patroli rozminowania oraz dwie grupy płetwonurków minerów. Każdy taki patrol to ok. 10 żołnierzy ze specjalistycznymi urządzeniami i pojazdami. Na terenie Polski znajduje się ok. 60 specjalnie wyznaczonych miejsc do niszczenia niewybuchów i niewypałów - ale tylko na terenie dziewięciu z nich można niszczyć bardzo duże ładunki. Czasami saperzy muszą z niebezpiecznym ładunkiem przejechać nawet 200 kilometrów.

Saperzy usuwają niebezpieczne ładunki nie tylko na lądzie, ale i na Bałtyku. Grupy płetwonurków-minerów oraz załogi okrętów przeciwminowych przeprowadziły w 2009 roku 11 operacji na morzu, nie tylko na wodach terytorialnych. W trakcie wielonarodowej operacji "Open Spirit" działający z pokładów niszczycieli min ORP "Mewa" i ORP "Flaming" płetwonurkowie-minerzy zniszczyli na wodach Zatoki Fińskiej 10 min morskich o łącznej masie ponad trzech ton.

Żołnierze tej formacji wchodzą w skład niemal każdego kontyngentu wojskowego, który Polska wysyła za granicę. Służbę w misji ISAF w Afganistanie okupiło życiem siedmiu saperów.
(PAP)

4,5 tys. dzieci ma za co dziękować Caritasowi

Ponad cztery i pół tysiąca dzieci wyjechało na zimowiska organizowane przez Caritas Polska. Na wypoczynek - głównie w góry - pojechali podopieczni Caritas z ośrodków i świetlic terapeutycznych.

Paulina Rozynek z Caritas Polska powiedziała, że dzieci między innymi będą jeździć na sankach i nartach. W programie przewidziano także różne wycieczki, bitwy śnieżne i inne zimowe atrakcje. W trakcie wyjazdów dzieci będą nie tylko się bawić, ale też uczestniczyć w programach profilaktyki uzależnień.

W programach profilaktycznych wezmą udział także policjanci, którzy poprowadzą zajęcia dotyczące bezpieczeństwa. Dzieci mają poznać zasady unikania zagrożeń w ruchu drogowym, w czasie zabaw, ale też podczas korzystania z internetu.

Zorganizowanie wyjazdów dla podopiecznych Caritas było możliwe dzięki Wigilijnemu Dziełu Pomocy Dzieciom. Z tych samych środków są finansowane specjalne zajęcia w świetlicach dla dzieci, które nie wyjechały na ferie.
(IAR)

Ludowe wycinanki nie będą już symbolem Polski za granicą?

- Wcześniej pokazywaliśmy to, co konserwatywne, ludowe. Teraz przyszedł czas na nowoczesność i młodych artystów - zapowiedział minister kultury i dziedzictwa narodowego Bogdan Zdrojewski. W najbliższym czasie zostaną zaprezentowane szczegóły nowej strategii promocji kultury polskiej za granicą. Jednym z jej celów - wyjaśnił - będzie poprawa wizerunku Polski.

W rzymskim audytorium Parco della Musica minister kultury wziął udział w uroczystej inauguracji obchodów Roku Chopinowskiego we Włoszech oraz w koncercie Rafała Blechacza.

- Bardzo mi zależało, aby promocja polskiej kultury była skoncentrowana, była przemyślana i nie budowana przez przypadek lub rozproszone przedsięwzięcia - powiedział Bogdan Zdrojewski. Podkreślił następnie: z tego też powodu 2008 to był rok polskiej kultury w Izraelu, rok 2009 to był rok polskiej kultury na Wyspach Brytyjskich, rok 2010 jest rokiem Fryderyka Chopina, 2011 w znacznym stopniu będzie rokiem Czesława Miłosza.

- Ale myślimy o takich projektach, które będą powracały, do takich wydarzeń, które będą skumulowane i będą poprawiały wizerunek państwa polskiego, kontakty w Europie i na świecie - wyjaśnił minister Zdrojewski.

- Myślimy w tej chwili o tym, że koniecznie musimy się bardzo mocno pojawić w Rosji i to nie tylko Moskwie czy w Sankt Petersburgu - kontynuował. Za niezbędne w przypadku obecności kultury polskiej w Rosji uznał "poprawę wizerunku" Polski oraz to, "aby Polska była pomostem między Wschodem a Zachodem". - W tej materii czeka nas bardzo dużo pracy - przyznał.

- W ciągu dwóch tygodni będzie zaakceptowana nowa perspektywa promocji polskiej kultury poza granicami kraju. My ją kończymy, kończymy dyskusję, więc w tym momencie jest odrobinę za wcześnie, aby pokazać całą perspektywę, ale na pewno będzie to perspektywa pięcioletnia. Nie mamy zamiaru już w tej chwili poruszać się w obszarach krótkowzrocznych, bo nie przynosi to efektu - oświadczył minister kultury i dziedzictwa narodowego.

Zwrócił następnie uwagę na zmiany w charakterze promocji kultury polskiej. - Wcześniej mieliśmy promocję dość charakterystyczną, pokazującą to, co jest tradycyjne, konserwatywne, bardzo często ludowe i na tym kończyliśmy - zauważył.

W tej chwili - podkreślił minister - promuje się także artystów bardzo młodych, nowoczesnych, reprezentujących sztukę, która do niedawna nie była przedmiotem propagowania poza granicami kraju.

- Ważne jest, aby była kompletność, aby był i Chopin, i także Krzysztof Penderecki, i Mikołaj Górecki, i nasi filmowcy, czyli Wajda, Zanussi, ale i ci najmłodsi także - powiedział Bogdan Zdrojewski.
(PAP)

Sobota, 22010-01-30

Polak nagrodzony owacjami w Wiecznym Mieście

Entuzjastyczną owacją zakończył się koncert Rafała Blechacza w rzymskim audytorium Parco della Musica, który zainaugurował obchody Roku Chopinowskiego we Włoszech. Na uroczystość przybył minister kultury i dziedzictwa narodowego Bogdan Zdrojewski.

W prestiżowym audytorium w Wiecznym Mieście znany już włoskiej publiczności zwycięzca Konkursu Chopinowskiego z 2005 roku wykonał wraz orkiestrą Akademii Narodowej Świętej Cecylii pod dyrekcją Andrieja Borejki koncert fortepianowy f-moll Chopina. Cierpliwość długo bijących brawa słuchaczy, oczarowanych wirtuozerią Rafała Blechacza, została wynagrodzona dwoma bisami.

W foyer majestatycznego rzymskiego audytorium otwarto wystawę "W takt mazurka. Z Polski w świat", przygotowaną przez Muzeum Fryderyka Chopina w Warszawie. Zaprezentowano na niej rękopis Mazurka E-Dur op. 6 nr 3 Chopina.

Na uroczystość przybyli między innymi prezes najstarszej na świecie instytucji muzycznej - rzymskiej Akademii Narodowej Świętej Cecylii profesor Bruno Cagli, wiceminister kultury Włoch Francesco Giro, dyrektor Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina Andrzej Sułek oraz kurator Muzeum Fryderyka Chopina Alicja Knast.

Minister kultury Bogdan Zdrojewski ogłosił podczas ceremonii: "Chopin przybywa, tym razem przybywa do Rzymu". - Przybywa Chopin i przybywają jego mazurki oraz wszystko to, co stanowi wartość jego muzyki - dodał polski minister, przypominając, że na całym świecie odbywa się 2200 imprez w ramach obchodów Roku Chopinowskiego.

Włoski wiceminister kultury Francesco Giro mówił zaś: Celebrując Chopina, poetę fortepianu, celebrujemy też jego nadzwyczajny naród. - To hołd dla jego kraju - oświadczył.

W Sali Świętej Cecylii odbył się następnie koncert zwycięzcy XV Konkursu Chopinowskiego Rafała Blechacza, który z Orkiestrą włoskiej Akademii pod dyrekcją Andrieja Borejki wykonał II Koncert Fortepianowy Chopina. Znany już włoskim melomanom i bardzo przez nich podziwiany Blechacz wystąpi jeszcze w tym samym miejscu 1 i 2 lutego.

Koncert zwycięzcy konkursu z 2005 roku zainauguruje cykl recitali chopinowskich jego najwybitniejszych laureatów w Wiecznym Mieście. 10 lutego w audytorium Parco della Musica wystąpi Krystian Zimerman, a 24 lutego - Maurizio Pollini. W organizację koncertów wybitnych wirtuozów zaangażowane były: ambasada RP w Rzymie oraz Instytut Polski.

Krystian Zimerman wystąpi także 1 lutego w mediolańskiej La Scali, a 8 lutego w Teatro della Pergola we Florencji.
(PAP)

Najwyższy termometr świata na polskim "biegunie zimna"

Najwyższy termometr świata o wysokości 42 metrów ma powstać na Suwalszczyźnie k. Wiżajn w woj. podlaskim, na polskim "biegunie zimna" - poinformowała dyrektor Suwalskiej Izby Rolniczo-Turystycznej Elżbieta Niedziejko.

Termometr ma być jednym z elementów Światowego Centrum Pogody, które ma powstać w miejscowości Bolcie na Suwalszczyźnie na trójstyku granic Polski, Litwy i obwodu kaliningradzkiego. Jak poinformowała Niedziejko, starostwo powiatowe w Suwałkach wydzieliło już działkę o pow. 10 ha na ten cel.

Centrum pogody ma być zlokalizowane na polskim biegunie zimna, czyli na Suwalszczyźnie. Tam zimą termometry wskazują zwykle najniższe temperatury, pada najwięcej śniegu, a koło Wiżajn najmocniej wieje wiatr powodujący zawieje i zamiecie śnieżne. - To jeden z argumentów, które spowodowały, że tam umieścimy Światowe Centrum Pogody. Innym argumentem jest piękny krajobraz, który można będzie oglądać latem, zwiedzając to miejsce - powiedziała Niedziejko.

Projekt zakłada, że w ramach Światowego Centrum Pogody znajdzie się również Muzeum Termometru oraz Centrum Interpretacji Pogody. Dodatkowym elementem przyciągającym turystów ma być Dolina Mamutów.

Według Niedziejko, w projekcie chodzi o to, aby o polskim biegunie zimna nie tylko się dużo mówiło przy okazji ataku zimy, ale aby można było zwiedzić to miejsce i zobaczyć jego atrakcje.

Inwestycja ma być finansowana z funduszy unijnych.
(PAP)

Piątek, 2010-01-29

Prezydent podpisał ustawę budżetową na

Prezydent Lech Kaczyński podpisał ustawę budżetową na 2010 rok - poinformowało PAP w piątek biuro prasowe prezydenta.

(PAP), (fot. PAP)

Eurodeputowani dorabiają w polskim sejmie

Spośród 50 polskich deputowanych do Parlamentu Europejskiego, 29 dorabia w polskim sejmie. Za wpisanie się na listę obecności jednej z sejmowych komisji inkasują prawie 1200 złotych. Rekordzista dorobił 14 tysięcy - ustalił portal tvp.info.

Za obecność na posiedzeniu Sejmowej Komisji do Spraw Unii Europejskiej płaci Parlament Europejski. By zarobić 298 euro, czyli niemal 1200 złotych, wystarczy wpisać się na listę obecności. Nie trzeba zabierać głosu podczas posiedzenia. Można nawet z niego wyjść.

Z ustaleń portalu tvp.info wynika, że z możliwości zarobienia dodatkowych pieniędzy korzysta większość polskich europosłów. Od początku tej kadencji Parlamentu Europejskiego w polskim sejmie odbyło się trzydzieści posiedzeń Komisji do Spraw Unii Europejskiej. Na listy obecności wpisało się 29 eurodeputowanych.

Rekordzistą jest Zbigniew Ziobro z PiS, który był na 12 posiedzeniach. Zarobił więc 3576 euro (równowartość ponad 14 tysięcy złotych). Na dziewięciu posiedzeniach był Tadeusz Cymański (PiS) i Janusz Wojciechowski (PSL), a na ośmiu Paweł Zalewski (PO) i Ryszard Czarnecki (PiS). Ogółem udział polskich europosłów w pracach sejmowej komisji kosztował Parlament Europejski równowartość niemal 140 tysięcy złotych.

Czy to dobrze zainwestowane pieniądze? Wątpliwości ma poseł Tadeusz Iwiński z SLD, wiceprzewodniczący Sejmowej Komisji do Spraw Unii Europejskiej. - Szczerze mówiąc, pożytku wielkiego z europosłów nie ma. Rzadko zbierają głos, a jeśli już, to w kwestiach banalnych. Komisja nie pracowałaby gorzej bez ich obecności - ocenia.

Tezę o niskiej aktywności europosłów podczas posiedzeń potwierdzają statystyki. Z wyliczeń portalu tvp.info wynika, ze regularnie głos zabiera tylko Tadeusz Cymański. Rekordzista Zbigniew Ziobro głos zabrał na trzech posiedzeniach. Większość europosłów odzywa się rzadko, albo wcale, tak jak Adam Bielan z PiS albo Jarosław Kalinowski z PSL. Spośród 29 eurodeputowanych tylko dwunastu pozostawiło po sobie jakikolwiek ślad w stenogramach z posiedzeń.

- Aktywność niektórych europosłów ogranicza się do wpisania się na listę. Inni wykorzystują ten czas na rozmowy przez telefon komórkowy - relacjonuje jeden z posłów pracujących w komisji.

Z tą opinią nie zgadza się jednak Zbigniew Ziobro. Przypomina, że sejmowa komisja zajmuje się m.in. opiniowaniem aktów prawnych, nad którymi pracuje też europarlament. - Uczestnicząc w posiedzeniach mogę poznać stanowisko rządu do interesujących mnie projektów. Dużo zyskuję też dzięki rozmowom kuluarowym, przykładowo na temat pakietu klimatycznego z byłym ministrem środowiska prof. Janem Szyszko - wyjaśnia.

298 euro za udział w posiedzeniu komisji sejmowej równa się dniówce europosła za pracę w Parlamencie Europejskim. Dochodzi do tego 7600 euro miesięcznej pensji. Bez udziału w posiedzeniach sejmowej komisji europoseł może zarobić miesięcznie równowartość około 45 tysięcy złotych. Dochodzi do tego zwrot kosztów podróży, pieniądze na asystentów i na prowadzenie biur.
(tvp.info)

Wiemy, kto zastąpi Kropiwnickiego w Łodzi 

Tomasz Sadzyński, łódzki radny PO i sekretarz Urzędu Marszałkowskiego będzie rządził Łodzią do końca obecnej kadencji samorządu. Oficjalna nominacja na po. prezydenta będzie w poniedziałek.

Z Łódzkiego Urzędu Wojewódzkiego wysłano wszystkie niezbędne dokumenty podpisane przez Sadzyńskiego. Teraz, aby formalności stało się zadość, podpisze je Donald Tusk, premier RP, i niezwłocznie odeśle do Łodzi.

Tomasz Sadzyński w piątek rano, kilka minut przed godz. 8 pojawił się w gabinecie Jolanty Chełmińskiej, wojewody łódzkiego. Właśnie po to by wypełnić niezbędne dokumenty. Nie chciał rozmawiać o przyszłości miasta, o pierwszych decyzjach jakie podejmie, ani o nominacjach dla swoich zastępców.

Zastrzegał, że przyszedł tylko "złożyć i podpisać dokumenty", nie czuje się jeszcze po. prezydenta Łodzi, bo "nominacji nie ma". Ustaliliśmy, że decyzja że to właśnie Sadzyński będzie tzw. komisarzem zapadła ostatecznie w czwartek wieczorem.

- Tomka czeka trudny weekend, musi wszystko sobie przemyśleć i poukładać, pierwsze decyzje będą najważniejsze - mówiła Jolanta Chełmińska.

Tomasz Sadzyński jest radnym PO, choć formalnie do partii nie należy. Wystąpił z niej kiedy objął stanowisko sekretarza Urzędu Marszałkowskiego, tego wymagały przepisy. Nadal jest radnym klubu Platformy Obywatelskiej w łódzkiej Radzie Miejskiej, ale przed objęciem nowej funkcji będzie musiał zrzec się mandatu radnego, bo tego wymagają przepisy. Zrobi to prawdopodobnie na najbliższej sesji Rady Miejskiej, zaplanowanej na 10 lutego.

T. Sadzyński skończył wydział administracji UŁ, ma 34 lata i dwóch synów.

Oficjalne wydanie internetowe www.polskatimes.pl/DziennikLodzki 
(Naszemiasto.pl)

Czwartek, 2010-01-28

Saperzy uratowali przed zalaniem polski kurort

Saperzy z 7. Brygady Obrony Wybrzeża zakończyli kruszenie lodowego zatoru w porcie w Ustce w woj. pomorskim - poinformowała rzeczniczka jednostki kapitan Agnieszka Sirant. Zator trzeba było zlikwidować, bo przy niskim stanie Bałtyku, nanoszącej nowe kawałki kry rzece Słupi oraz spodziewanym sztormie - w porcie mogło dojść do spiętrzenia wód i tzw. cofki, która groziła zalaniem przyportowej części miasta.

- Lód skruszono wcześniej, niż zakładano. Przewidywania były takie, że zator będziemy likwidować jeszcze w piątek - dodała kpt. Sirant.

Kruszenie zatoru o długości ok. 150 m i grubości lodu ok. 60 cm trwało dwa dni. Zator powstał w głębi portu przy ujściu rzeki Słupia do Bałtyku. Wojsko o pomoc poprosił burmistrz Ustki Jan Olech. Skorzystanie z pomocy saperów było uzależnione od zgody ministra obrony narodowej. Taką zgodę MON wydał we wtorek późnym wieczorem.

Przy kruszeniu lodu pracowało 15 saperów. Żołnierze ubrani w tzw. suche skafandry wchodzili na lód, drążyli w nim otwory, po czym wkładali w nie kostki trotylu o wadze od 200 g do 5 kg, a następnie je detonowali. Zużyto wówczas 12 kg materiału wybuchowego.

Później saperzy zmienili technikę kruszenia zatoru. Trotyl o wadze od 400 do 800 g rzucano z nabrzeża na lód. Ta metoda okazała się szybsza. Saperom przy likwidacji zatoru pomagał statek "Marzenka" z Urzędu Morskiego w Słupsku. Jednostka dodatkowo rozdrabniała skruszony denotacjami lód.

Kapitan portu w Ustce Andrzej Rączka powiedział, że zablokowany dotychczas odcinek jest już wolny od lodu i obecnie nie ma zagrożenia podtopieniem terenów przyportowych. Jednak z powodu północnego wiatru lód spływa do morza bardzo powoli.

Natomiast rzecznik usteckiego ratusza Jacek Cegła poinformował, że w czasie kruszenia lodu w porcie nie doszło do żadnych przypadkowych zniszczeń.

Cegła dodał, że koszty saperskiej akcji będą dla miasta symboliczne. - Zapłacimy jedynie za zużyty przez wojsko trotyl - powiedział rzecznik ratusza.
(PAP)

Tusk podjął decyzję ws. wyborów prezydenckich

- Nie będę kandydował do fotela prezydenckiego - powiedział premier Donald Tusk podczas wystąpienia na Giełdzie Papierów Wartościowych. - Wybory są ważne, ale stawką jest tylko prestiż i zaszczyt, a nie instrumenty do właściwego rządzenia. Za bardzo cenię skuteczność. Rząd musi być jak skała, stabilny jak fundament. Chcę mieć ten instrument w ręku - powiedział premier.

- Chcę być poważnym partnerem dla Polaków. Dla mnie największym marzeniem jest sukces Polski. Wierzę w swoje siły. Dobry scenariusz dla Polski wymaga mojej obecności. Moja obecność w rządzie jest konieczna, bo "ja jeden, a ich jest dwóch". Więcej trudnych zadań zrealizuję w rządzie - powiedział premier. Podkreślił, że nadal będzie przewodniczącym PO.

Ciężka praca rządu, a nie "mieszkanie w pałacu"

Donald Tusk podkreślił, że musi trwać na tym stanowisku (premiera). - Chcę, aby rząd pod moim kierownictwem ciężko i skutecznie pracował w czasie obu kampanii (wyborczych). Więcej dobrych rzeczy, trudnych zadań zrealizuję mając w ręku instrumenty rządzenia, a nie mieszkając w pałacu - oświadczył Tusk na Giełdzie Papierów Wartościowych. - Nie chcę uczestniczyć w wyścigu, którego celem jest pałac i zaszczyt. Chcę brać udział w wielkiej batalii o wygraną Polski w wyścigu cywilizacyjnym w Europie i na świecie - dodał premier.

Obecna decyzja Donalda Tuska oznacza, że nie zmierzy się on w pierwszej turze z: Lechem Kaczyńskim, Jerzym Szmajdzińskim i Andrzejem Olechowskim.

Szef klubu PO Grzegorz Schetyna powiedział, że Platforma przedstawi w ciągu kilku tygodni kilku kandydatów do prezydentury. - Decyzja ostateczna zapadnie 16 maja podczas konwencji PO. Radosław Sikorski i Bronisław Komorowski to moim osobistym zdaniem dwaj mocni kandydaci. Zrobimy wszystko, by nie doprowadzić do reelekcji prezydenta Lecha Kaczyńskiego, złego prezydenta - podkreślił Schetyna.

"Decyzję podjąłem rok temu"

Premier zapowiedział, że rząd skupi się teraz na wzroście gospodarczym, ograniczaniu deficytu i długu publicznego.

Jak poinformował Tusk, już rok temu podjął decyzję, aby nie kandydować w wyborach prezydenckich, a późną wiosną 2009 roku poinformował swoich najbliższych współpracowników, że zamierza utrzymać "władzę, skuteczność i instrumenty" będące w ręku szefa rządu. Tusk mówił o swoim planie politycznym, że jest związany bezpośrednio z "szansami Polski na utrzymanie wzrostu gospodarczego" i na "poprawę bytu ludzi".

- Niektórzy sądzą, że żegnam się z istotnym marzeniem. Dla mnie naprawdę największym marzeniem jest to, żebyśmy osiągnęli sukces na wiele, wiele lat. Ja też będę miał wtedy osobistą satysfakcję - powiedział szef rządu.

Przekonywał, że - aby Polska odniosła sukces w "pościgu cywilizacyjnym" za najbardziej rozwiniętymi krajami świata, musi po pierwsze utrzymać - a w perspektywie zwiększyć - wzrost gospodarczy, a także ograniczać deficyt budżetowy i dług publiczny. W czwartek GUS podał szacunkowe dane dotyczące PKB w 2009 r. Wzrost PKB ocenił na 1,7%. Tusk podkreślił, że jesteśmy jedyną gospodarką w UE, która jest na plusie za cały rok 2009.

- Chcemy jutro przedstawić propozycje dla wszystkich partnerów politycznych i społecznych, jak ograniczyć rosnące zadłużenie i jak zmniejszyć deficyt, aby Polska stała się najbardziej atrakcyjnym miejscem w Europie do inwestowania. Abyśmy powiedzieli Polakom: to jest prosta droga, prosta nie znaczy łatwa, aby w Polsce było coraz więcej dobrze płatnych miejsc pracy. Chcę być poważnym, odpowiedzialnym partnerem także dla Polaków. Jeżeli ogłaszam jutro taki plan, to muszę trwać na tym stanowisku - zaznaczył szef rządu.

Inni konkurenci do fotela prezydenckiego

Jak do tej pory wyraźną deklarację startu w wyborach ogłosił Jerzy Szmajdziński jako kandydat SLD i Unii Pracy. - Jesteśmy w stanie iść do wyborów i je wygrać - mówił Szmajdziński. Szefem jego sztabu wyborczego będzie Aleksander Kwaśniewski.

Drugim kandydatem, który zgłosił swój udział w wyborach jest Andrzej Olechowski. Ogłosił to 21 grudnia i wtedy stwierdził, że po raz drugi będzie kandydował w wyborach prezydenckich. - Stanę do tych wyborów jako kandydat obywatelski - zapowiedział. Zyskał poparcie Stronnictwa Demokratycznego. - Jest potrzebny projekt prezydentury niezależnej. Widziałem taką potrzebę wśród Polaków stworzenia alternatywy dla tandemu Tusk - Kaczyński. Tej alternatywy nie stworzą kolejni kandydaci partyjni - powiedział Olechowski na specjalnie zorganizowanej konferencji prasowej.

Andrzej Olechowski ma jednak kłopot z wyłonieniem szefa swojego sztabu wyborczego, po tym, jak Paweł Piskorski zrezygnował z tej roli po zarzutach prokuratury. Poszukiwania nowego szefa trwają, rozpatrywanych jest kilka kandydatur, w tym także ze Stronnictwa Demokratycznego.

Kandydatem prezydenta Partii Demokratycznej oraz Socjaldemokracji Polskiej jest prof. Tomasz Nałęcz. Uważa on, że decyzja premiera Donalda Tuska o niebraniu udziału w tegorocznych wyborach prezydenckich, w obliczu wielu ważnych wyzwań stojących przed rządem, "wydaje się krokiem dobrym i odpowiedzialnym".

Nałęcz podkreślił, że "w obecnej sytuacji Polski, znaczących kompetencjach i możliwościach, jakie daje urząd Prezesa Rady Ministrów, oraz przy jednoczesnym, ogromnym osobistym poparciu obywateli, którym cieszy się Donald Tusk, rezygnacja z realnych kompetencji premiera na rzecz uprawnień w dużej mierze reprezentacyjnych, wydawała się marnotrawstwem i ucieczką od odpowiedzialności".
(wp.pl)

"Nie załatwiałem pracy córce Sobiesiaka u siebie"

Mirosław Drzewiecki, pomimo zwolnienia lekarskiego do 31 stycznia, stawił się na przesłuchanie hazardowej komisji śledczej. - Córkę Ryszarda Sobiesiaka poznałem w czasie wyjazdu do Stanów Zjednoczonych - przyznał się w czasie przesłuchania. Drzewieckiego podejrzewano o załatwienie jej pracy. Były minister sportu na pytanie posłanki Beaty Kempy, czy czyta dokumenty, które podpisuje, odpowiedział, że niektóre. Drzewiecki oskarżył Kamińskiego o przeprowadzenie prowokacji. - On jest autorem przecieku - dodał.

Mirosław Drzewiecki potwierdził, że Ryszard Sobiesiak zwrócił się do niego, aby załatwił pracę jego córce. Drzewiecki powiedział też, że sprawą zajmował się jego asystent Marcin Rosół, a on sam szczegółowo się nią nie interesował.

"Asystentowi podobało się CV Magdy Sobiesiak"

- Jak Rosół przeczytał to CV, to powiedział, że takiego człowieka nam trzeba. Moja odpowiedź była natychmiastowa: ponieważ to jest córka mojego znajomego, to tylko z tego tytułu nie wchodzi w grę, żebyśmy mogli zaproponować jej pracę u siebie" - dodał. Drzewiecki. Zauważył, że takich ludzi jak Magdalena Sobiesiak "w ogóle potrzeba", bo - jak mówił - ukończyła ona prawo na Uniwersytecie Wrocławskim, studiowała prawo w USA i zrobiła studia MBA.

Były minister sportu zeznał, że gdy pan Rosół przekazał mu, że Magdalena Sobiesiak złożyła aplikację w konkursie do Totalizatora, to odpowiedział, że to głupi pomysł.

- W Totalizatorze, mimo że to jest kompletnie niezależna od nas spółka skarbu państwa, mamy przedstawiciela w postaci jednego członka rady nadzorczej. W związku z tym uważałem, że nie powinna startować w takim konkursie, bo to by nas stawiało w złym świetle - dodał.

- Czy zna pan Ricardo? Czy zna pan język włoski? Czy spotykał się pan z premierem Berlusconim? - zapytała Beata Kempa z PiS. Te pytania zdenerwowały przewodniczącego komisji, który uważał, że nie mają one związku z aferą hazardową. Innego zdania była Beata Kempa. "Kamiński dostał rozkaz"

Były minister sportu Mirosław Drzewiecki oskarżył, zeznając przed hazardową komisją śledczą, byłego szefa CBA Mariusza Kamińskiego, że wykorzystał Biuro do "przeprowadzenia przemyślanej i zrealizowanej z bezwzględną konsekwencją prowokacji politycznej". Dowodem tego - zdaniem Drzewieckiego - jest to, że on sam był podsłuchiwany.

Drzewiecki przywołał artykuł w "Rzeczpospolitej" z 20 listopada 2009, w którym - jak mówił - pojawiła się informacja o treści jego rozmowy telefonicznej z żoną. Wyjaśnił, że chodzi o rozmowę, jaką odbył z żoną tuż po spotkaniu 22 września w hotelu Radisson (spotkanie z udziałem Ryszarda Sobiesiaka). - Oznacza to, że albo mi albo mojej żonie założono podsłuch, w tym czasie byłem nie tylko posłem, ale też konstytucyjnym ministrem. Fakt, że byłem podsłuchiwany nie pozostawia najmniejszych wątpliwości co do tego, że Mariusz Kamiński wykorzystał CBA do przeprowadzenia przemyślanej i zrealizowanej z bezwzględną konsekwencją prowokacji politycznej - powiedział Drzewiecki.

Dodał, że miał nadzieję, iż komisja wyjaśni tę sprawę.

O Kamińskim mówił, że "jest fanatycznie oddany partii i obsesyjnie nienawidzący przeciwników politycznych, chorobliwie ambitny i niebezpieczny".

Ocenił też, że Kamiński "dostał rozkaz" przeprowadzenia przecieku o działaniach CBA w sprawie nieprawidłowości przy pracach nad zmianami w ustawie hazardowej. Mówił, że Kamiński "wiedział, że musi zaaranżować przeciek sam", bo "panowie z CBA nie mieli żadnych atutów". - Ponieważ pan premier zachował tajemnicę, CBA samo przekazało informację o trwającym postępowaniu, proponując możliwość rzucenia oskarżeń pod adresem premiera i nie tylko. Wiedzieli, że będzie można bezkarnie formułować oskarżenia, które choć nie zamienią się w zarzuty karne, oznaczają faktyczną śmierć polityczną - mówił.

Dodał, że ma nadzieję, iż komisja wyjaśni, czy Kamiński mógł być źródłem przecieku, choć jednocześnie - zastrzegł - że jego wersja przecieku "jest absurdalna, tak samo jak wersja przedstawiona przez Kamińskiego, nie opiera się o żadne dowody, a jedynie o przekonania".

Przesłuchanie byłego ministra sportu Mirosława Drzewieckiego może mieć kluczowe znaczenie dla wyjaśnienia kulis afery hazardowej. Drzewiecki stawił się na przesłuchanie, chociaż ma zwolnienie lekarskie do 31 stycznia. - Nie wpływałem na kształt ustawy hazardowej, nie jestem "załatwiaczem" - powiedział w pierwszych słowach Drzewiecki. Dodał, że według jego wersji wydarzeń, przeciek wyszedł od szefa CBA Mariusza Kamińskiego.

Drzewiecki powiedział przed komisją śledczą, że nigdy nie rozmawiał z byłym szefem klubu PO Zbigniewem Chlebowskim na temat prac nad zmianami w ustawie hazardowej. Jak zaznaczył, w przeciwieństwie do Chlebowskiego, hazard nie interesował go w ogóle od momentu, gdy został posłem. Według materiałów CBA Drzewiecki oraz były szef klubu PO Zbigniew Chlebowski lobbowali na rzecz biznesmenów z branży hazardowej, przede wszystkim Ryszarda Sobiesiaka. Obaj temu zaprzeczają. Były minister sportu miał też - jak zeznał przed komisją śledczą były szef CBA Mariusz Kamiński - pomagać w załatwieniu córce Sobiesiaka, Magdalenie, posady w zarządzie Totalizatora Sportowego. Według byłego szefa Biura, Drzewiecki mógł być również jednym z ogniw w łańcuchu przecieku o akcji CBA dotyczącej kontaktów biznesmenów z branży hazardowej z politykami PO.

"Przeciek wyszedł od Kamińskiego"

- Wbrew temu, co mówił były szef CBA Mariusz Kamiński, nie jestem "załatwiaczem", nie lobbowałem na rzecz hazardu, nie ingerowałem w kształt ustawy hazardowej - powiedział w pierwszych słowach swoich zeznań przed komisją hazardową Drzewiecki. - W myśl propagandowej zasady, że kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą, podjęto próbę uznania mnie za jednego z głównych bohaterów tego widowiska - powiedział Drzewiecki.

Dodał, że posłem jest od 1991 roku i od tego czasu nigdy nie składał żadnych wniosków, interpelacji czy propozycji dotyczących tzw. ustaw hazardowych. - W głosowaniach zawsze zajmowałem stanowisko zgodne ze stanowiskiem mojego klubu. Nie wpływałem na kształt tych ustaw ani w rozmowach, ani w korespondencji, ani podczas spotkań, ani w jakikolwiek inny sposób - powiedział.

- Wszelkie moje działania były zdeterminowane koniecznością nadrobienia zaległości w organizacji Euro 2012 - powiedział podczas swobodnej wypowiedzi były minister sportu. Jak mówił, gdy objął stanowisko szefa resortu, jego najważniejszym zadaniem było zabezpieczenie finansowania przygotowań mistrzostw Europy w piłce nożnej. Dodał, że aby skutecznie zrealizować to zadanie, skupił się "na rzeczy kluczowej, czyli na zagwarantowaniu pewnego, bezpiecznego i stabilnego finansowania inwestycji, bez których nie byłoby Euro2012 w Polsce", czyli stadionów dostosowanych do wymogów UEFA. W jego ocenie takim pewnym źródłem mógł być tylko budżet państwa.

Tymczasem - mówił Drzewiecki - na początku 2008 roku "poza wirtualnym miliardem złotych obiecanym przez wicepremier, minister finansów Zytę Gilowską na Stadion Narodowy" nie było żadnych środków na inwestycje w ramach Euro2012. Ów miliard złotych był - zdaniem Drzewieckiego - wirtualny, bo "opierał się na projekcie ustawy (noweli ustawy hazardowej), która nie wiadomo kiedy i w jakim kształcie weszłaby w życie". - Każdy kto twierdzi, że środki pochodzące z nieistniejącej jeszcze i nieprzewidywalnej w skutkach ustawy miałyby zagwarantować realizację inwestycji na Euro, wykazuje brak elementarnej wiedzy o procesach inwestycyjnych - oświadczył Drzewiecki.

Drzewiecki podkreślał, że nie mógłby liczyć na pieniądze z dopłat, bo po pierwsze nie był znany termin ewentualnego wejścia w życie noweli ustawy hazardowej, a po drugie - jego zdaniem - nikt nie był w stanie wskazać wiarygodnych wyliczeń, jakiej wysokości byłyby wpływy z dopłat.

Jak powiedział, w notatkach CBA jest mowa o kwocie 469 mln złotych (zdaniem CBA tyle miał stracić budżet państwa, gdyby dopłat nie było w noweli ustawy hazardowej), ale - dodał Drzewiecki - CBA opierało się w tej sprawie na materiałach prasowych. - Jak na raport specjalistycznej służby, materiał prasowy to mało miarodajne źródło - ocenił polityk PO.

Były minister dodał, że były szef CBA próbował go oczernić przedstawiając przed komisją śledczą fałszywe dowody rzekomej winy Drzewieckiego. Według niego CBA mogło świadomie przygotowywać grunt pod próbę ataku na rząd i premiera.

Według Drzewieckiego, cała afera hazardowa i przeciek (w sprawie zainteresowania CBA hazardem) jest wymysłem, kłamstwem i mistyfikacją byłego szefa CBA Mariusza Kamińskiego, które były potrzebne, aby uderzyć w rząd. Zdaniem Drzewieckiego, Kamiński barwnie i sugestywnie przedstawił komisji śledczej scenariusz wymyślonych wydarzeń. - Problem w tym, że działy się one jedynie w jego głowie. Uczynił to, nie mając cienia dowodów, bo też nie ma żadnych dowodów - ocenił były minister sportu, odnosząc się do wersji dotyczącej przecieku w tzw. aferze hazardowej, przedstawionej przez Kamińskiego podczas przesłuchania przed komisją. - Ja nie byłem źródłem żadnego przecieku. Ale tak jak Mariusz Kamiński przedstawił swoją wersję domniemanego przecieku na podstawie domysłów, tak i ja na takich samych podstawach mogę przedstawić moją wersję przecieku. I to równie absurdalną, jak wersja CBA - powiedział Drzewiecki. Wyjaśnił, że według jego wersji, autorem przecieku był sam szef CBA Mariusz Kamiński. Zrobił to na zlecenie partii, której "jest wiernym sługą".

Dowody winy Drzewieckiego

Z materiałów CBA wynika, że w związku z pracami nad projektem nowelizacji ustawy hazardowej biznesmenom z branży hazardowej zależało, aby nie został rozszerzony katalog gier objętych dopłatami (chodziło o gry spoza monopolu państwowego, czyli np. na automatach). Pieniądze z dopłat miały być przeznaczone na inwestycje sportowe, m.in. przygotowania do Euro2012.

W sprawie dopłat Drzewiecki - jako minister sportu - wysłał cztery pisma do resortu finansów (który przygotowywał projekt zmian w ustawie hazardowej). Dwa w 2008 r. - w jednym z nich (z kwietnia) stwierdził niecelowość wprowadzenia rozszerzenia katalogu gier objętych dopłatami, w drugim (z maja) opowiedział się jednak za ich wprowadzeniem. Również w 2009 r. Drzewiecki napisał dwa razy do Ministerstwa Finansów w sprawie dopłat: 30 czerwca w sprawie wykreślenia dopłat z projektu i 2 września, kiedy to zmienił stanowisko, wycofał się z wcześniejszych uwag i sprawę dopłat pozostawił do decyzji ministra finansów.

Sam Drzewiecki na konferencji prasowej w październiku 2009 r. - dwa dni po wybuchu afery hazardowej - powiedział, że nie było jego intencją, by z projektu ustawy o grach i zakładach wzajemnych usunięty został przepis o dopłatach do gier. Przyznał, że zna Ryszarda Sobiesiaka, ale nie rozmawiał z nim o tej sprawie.

Odnosząc się do swego pisma z 30 czerwca, w którym rezygnuje z dopłat, Drzewiecki mówił wtedy, że nie czyta w całości wszystkich dokumentów, które trafiają na jego biurko. Dodał, że musiał poinformować resort finansów, że nie będzie mógł skorzystać ze środków z dopłat, bo - według niego - miały one iść wyłącznie na budowę obiektów Narodowego Centrum Sportu, a nie inne cele resortu, tymczasem zapadła decyzja, że nie będzie budowany kompleks NCS. Zmianę stanowiska, która nastąpiła 2 września, Drzewiecki tłumaczył wówczas tym, że po 13 sierpnia 2009 r., gdy okazało się, że konieczne będą kolejne cięcia w budżecie, resort zdecydował, że środki z dopłat do gier mogłyby - jeśli zgodzi się na to resort finansów - być wykorzystane na inny cel niż realizacja NCS.

Na październikowej konferencji Drzewiecki przyznał też, że chciał pomóc w załatwieniu pracy dla córki Sobiesiaka. Jak mówił, biznesmen zwrócił się do niego z taką prośbą, a on sprawę polecił swojemu asystentowi Marcinowi Rosołowi. - I dalej się nią w ogóle nie interesowałem - zaznaczył. Dodał, że gdy Rosół powiedział mu o przychodzących do ministerstwa donosach, że w Totalizatorze Sportowym panuje nepotyzm, uznał, iż "byłoby niecelowe", by Magdalena Sobiesiak dalej kandydowała na stanowisko członka zarządu Totalizatora.

Drzewiecki zeznał przed hazardową komisją śledczą, że 18 sierpnia 2009 r., po posiedzeniu Rady Ministrów, premier Donald Tusk polecił mu przygotowanie informacji na temat toku prac w resorcie sportu nad projektem nowelizacji ustawy o grach i zakładach wzajemnych.

12 sierpnia 2009 roku CBA przekazało premierowi materiał dotyczący nieprawidłowości przy pracach nad projektem zmian w ustawie hazardowej.

- Skontaktowałem się z dyrektor generalną resortu Moniką Rolnik i poprosiłem, by następnego dnia na godz. 9.00 zwołała zebranie dyrektorów departamentów merytorycznych odpowiedzialnych za prowadzenie nowelizacji ustawy - powiedział

Jak zeznał, 19 sierpnia odbyło się spotkanie, w którym poza nim uczestniczyli dyrektor generalna Monika Rolnik, dyrektor departamentu ekonomiczno-finansowego Bożena Pleczeluk, dyrektor departamentu prawno-kontrolnego Rafał Wosik oraz szef gabinetu politycznego ministra sportu Marcin Rosół. Relacjonował, że podczas spotkania urzędnicy przedstawili mu szczegółowe kalendarium prac nad projektem, a także tryb przygotowania pisma z 30 czerwca (dotyczącego rezygnacji z dopłat). Wokół tego pisma - jak przekonywał Drzewiecki - narosło nieporozumienie.

Drzewiecki dodał, że 19 sierpnia kalendarium oraz wszelkie ustalenia i dane otrzymane od urzędników przekazał premierowi. Jak mówił, premier przyjął jego sprawozdanie do wiadomości, a on tę sprawę uznał za zakończoną. Gospodarzem projektu zmian w ustawie hazardowej i inicjatorem wprowadzenia dopłat do gier od początku było ministerstwo finansów, a nie ministerstwo sportu - mówił w czwartek przed hazardową komisją śledczą były minister sportu Mirosław Drzewiecki.

Inwestycje na Euro 2012

Drzewiecki zeznał, że 8 maja 2008 r. w trakcie debaty nad założeniami budżetu państwa na 2009 rok na prośbę ministra finansów Jacka Rostowskiego odbyło się spotkanie w ministerstwie finansów. Wzięli w nim udział, oprócz niego i Rostowskiego, m.in. ówczesny szef gabinetu politycznego ministra sportu Adam Giersz (obecnie minister sportu) oraz wiceminister finansów Elżbieta Suchocka-Roguska.

- Rozmawialiśmy głównie o finansowaniu inwestycji związanych z Euro 2012. Minister finansów przekonywał mój resort do zmiany stanowiska, to znaczy do poparcia koncepcji finansowania tych inwestycji z dopłat do gier. My stanowczo podtrzymywaliśmy nasze stanowisko, że w grę wchodzi jedynie finansowanie budżetowe, jeżeli projekt Euro 2012 ma być zrealizowany na czas - powiedział Drzewiecki.

- W toku dyskusji minister Rostowski zaakceptował konieczność finansowania inwestycji stadionowych Euro 2012 z budżetu państwa. Wspólnie ustaliliśmy, że środki z dopłat do gier gromadzone w Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej będą przeznaczone na inwestycje sportowe wokół stadionu narodowego (m.in. hali sportowej i pływalni) - relacjonował.

Drzewiecki dodał, że wysłał do ministerstwa finansów pismo z potwierdzeniem tych ustaleń. - Drugi etap inwestycyjny będzie realizowany jako zadanie inwestycyjne ministerstwa sportu i turystyki i finansowany ze środków kultury fizycznej. Niezbędna jest jednak w tym zakresie zmiana ustawy o grach i zakładach wzajemnych, która pozwoli na zasilenie funduszu dodatkowymi środkami finansowymi. (...) Proszę o rozważenie możliwości dokonania stosownej nowelizacji ustawy (...) - cytował pismo Drzewiecki.

- Prawda jest taka. Zawsze uważałem, że inwestycje najważniejsze na Euro 2012 muszą być finansowane z budżetu. Takie stanowisko prezentowałem od początku, od stycznia 2008 roku. Takie stanowisko uzyskało poparcie premiera i rządu - zaznaczył.

Z Sobiesiakiem na golfa

Mirosław Drzewiecki zeznał, że mimo iż na podstawie stenogramów rozmów podsłuchanych przez CBA jego znajomość z biznesmenem Ryszardem Sobiesiakiem może sprawiać wrażenie "dużej zażyłości", naprawdę sprowadzała się do spotkań na turniejach golfa i innych imprezach sportowych.

Drzewiecki powiedział w swojej swobodnej wypowiedzi, że nie bywał u Sobiesiaka w domu, ani w jego pensjonacie. - Nie rozmawialiśmy na temat jego interesów, także tych związanych z hazardem. Nie pomagałem mu w sprawach związanych z jego działalnością gospodarczą - powiedział.

Były minister sportu odniósł się też do artykułu z 19 listopada 2009 r. w "Rzeczpospolitej", w którym - jak mówił - nazwano go "kłamcą, ponieważ podczas konferencji 3 października 2009 r. podał inną niż faktyczna datę ostatniego spotkania z Sobiesiakiem.

Drzewiecki mówił w czwartek, że "prawdą jest, że ostatni raz widział Sobiesiaka 22 września 2009 roku w hotelu Radisson", ale też - jak przekonywał - prawdą jest, że w czasie konferencji jako punkt odniesienia przyjął daty pism wysyłanych do wiceministra finansów Jacka Kapicy, "o które przede wszystkim pytali dziennikarze i na którym przede wszystkim koncentrowała się ich uwaga" i w odniesieniu do tego okresu "próbował błyskawicznie przypomnieć sobie daty spotkań" z Sobiesiakiem. Chodzi o pisma z 30 czerwca 2009 roku i 2 września 2009 roku w sprawie dopłat do gier hazardowych. Jak wyjaśnił, spotkanie z 22 września było zaplanowane tydzień wcześniej i Sobiesiak nie miał w nim uczestniczyć. - Uczestników było czterech i pan Sobiesiak dołączył dosłownie na kilka minut, zaproszony w trakcie tego spotkania (...) nie przeze mnie, jak skłamał po raz kolejny pan Kamiński - zeznał Drzewiecki.

Dodał, że ma czterech świadków na to, że do spotkania z Sobiesiakiem doszło przypadkowo. Jak wyjaśnił, znajomy, który zaprosił Sobiesiaka na to spotkanie, był sponsorem turnieju golfowego mającego się odbyć następnego dnia i miał nadzieję, że wspólnie z Sobiesiakiem namówią go do udziału w tym turnieju, bo mieli nadzieję, że "obecność ministra sportu podniesie rangę zawodów".

Dodał również,że nie spotkał się z Sobiesiakiem ani 24, ani 25 sierpnia 2009 r.

- Potwierdzam fakt, że pan Sobiesiak prosił mnie o pomoc w znalezieniu pracy dla jego córki. Dał mi jej życiorys, z którego wynikało, że jest osobą bardzo kompetentną i świetnie wykształconą. Przekazałem go dyrektorowi mojego gabinetu politycznego, panu Marcinowi Rosołowi. Ani przez moment nie zakładałem, aby pani Sobiesiak mogła pracować w jakiejkolwiek instytucji podległej mi bądź powiązanej z kierowanym przeze mnie resortem - powiedział. Dodał, że nie wpływał na sposób ani miejsce zatrudnienia Magdaleny Sobiesiak. - Po przekazaniu jej życiorysu panu Rosołowi nie zajmowałem się ta sprawą - powiedział.

- Od lat mój telefon komórkowy jest znany w Łodzi, ale nie tylko w Łodzi i wielu wyborców dzwoni do mnie z różnymi prośbami. Staram się pomóc tak często, jak to jest możliwe - podkreślił.

Jak napisał czwartkowy dziennik "Polska", przesłuchanie Drzewieckiego może być kluczowe dla rozwiązania afery hazardowej. Nie może on bowiem przyjąć linii obrony Zbigniewa Chlebowskiego, który swoje rozmowy z Ryszardem Sobiesiakiem i zapewnienia o blokowaniu dopłat tłumaczył brakiem asertywności oraz rozsądku. I choć stenogramy z podsłuchów jego rozmów z Sobiesiakiem stawiają go w złym świetle, to jednak trudno znaleźć przeciwko niemu takie dowody, jakie obciążają Drzewieckiego.

W tej sytuacji Drzewiecki może więc próbować się uwolnić się od całej odpowiedzialności i zechcieć ujawnić część kulis afery hazardowej.

Drzewiecki miał zeznawać już w zeszłym tygodniu, przysłał jednak do komisji prośbę o przełożenie przesłuchania ze względu na problemy z gardłem. Wówczas nowy termin komisja wyznaczyła na 28 stycznia.
(wp.pl)

INDEX

Powrót..


Copyright © Polonijny Link Winnipegu
Kopiowanie w całości jest dozwolone bez zgody redakcji pod warunkiem nie dokonywania zmian w dokumencie.

23-845 Dakota Street, Suite 332
Winnipeg, Manitoba
R2M 5M3
Canada
Phone: (204)254-7228
Toll Free US and Canada: 1-866-254-7228