29 lipca 2010 | <<< Nr 137 >>>

   W tym numerze
Do Redakcji
Wydarzenia warte odnotowania
Humor
Życzenia
Wywiad z Bożeną Pepper
FOLKLORAMA 2010
Ewa Kordalska- pożegnanie z klientkami
Whiteshell- ZADANIE WYKONANE
Nowe nagranie Hypernashion
Polska reprezentacja na uroczystej kolacji
Wiktor Księżopolski-  W BLASKU KRZYŻA POŁUDNIA
Upadek światowego systemu monetarnego cz 11
Felieton Jacka Ostrowskiego
 "Medusa"- książka Jacka Ostrowskiego
Podróże dookoła Polski- Ciechanów
Polki w świecie- Dominika Szot
Kalendarz Wydarzeń
Ogłoszenia
Polsat Centre
Kącik Nieruchomości  

  Do Redakcji

 

Młode, bardzo miłe, małżeństwo z Polski (Damian i Karolina Kruk) przyjeżdża na studia doktoranckie do U of M, 17 sierpnia 2010. Poszukuja pokoju/mieszkania/ piwnicy/stancji do wynajecia, z dostepem do autobusu który dowiózł by ich do Uniwersytetu Manitoba. Bardzo proszę o kontakt jeśli macie Państwo taką możliwość lub słyszeliście o takim locum. Podaje ich e-mail: damkru@gmail.com  oraz własny oleszkie@shaw.ca

Pozdrawia
Janek Oleszkiewicz


Szanowny Panie Bogdanie, przesyłam gazetkę "Wiadomości Polonijne" na miesiąc sierpień. Z góry dziękując za wstawienie jej do Pańkiego Biuletynu Informacyjnego jako Link, pozdrawiam serdecznie.
 
Tadeusz Michalak.
 


Witam serdecznie!

Wspólnie z moim przyjacielem, wieloletnim dziennikarzem Programu Trzeciego
Polskiego Radia stworzyłam projekt, który nazwaliśmy FilmowePowroty.pl.

Projekt jest adresowany do Polaków mieszkających za granicą, którzy tęsknią za swoimi rodzinnymi stronami i chcą zobaczyć jak aktualnie wyglądają miejscowości, z których pochodzą, ale nie mogą osobiście przyjechać do Polski.

Pomyśleliśmy, że możemy w ich imieniu odwiedzić z kamerą rodzinny dom, szkołę, miejsce pierwszej randki, ulubioną kawiarnię czy park. Jednym słowem, każde miejsce, które pragną zobaczyć i zrobić dla nich wyjątkowy film spełniający indywidualne oczekiwania. Realizujemy filmy ze wskazanych miejsc
w Polsce, na Litwie i na Ukrainie. Zamówienie filmu jest bardzo proste, wystarczy wysłać do nas
e- mail.

Jeśli nasz projekt Państwa zainteresował to serdecznie zapraszam do odwiedzenia strony www.filmowepowroty.pl

Pozdrawiam
Agnieszka Brzezińska
mobile: +48 600 353 349
e-mail: agnieszka.brzezinska@filmowepowroty.pl
www.filmowepowroty.pl


Szanowny Panie Redaktorze  miał to być jeden list, ale zdenerwowałam się protestem w tym wydaniu  Polishwinnipeg.com.  

Pałający miłością Pan Paweł Kozanecki proponuje bardzo ciekawe rozwiązania. Chce mnie , moją rodzinę, przyjaciół zamykać w obozach pracy. To wszystko w imię miłości tylko nie wiem, do kogo? Każda decyzja, każde wydarzenie niezgodne z linią polityczną, czy religijną tego pana to szwindel lub zbrodnia.  

Panie Pawle powiem jak kiedyś Kwaśniewski " nie krocz tą drogą" . Moje serce mimo, że nie jestem zwolenniczką Pis jest pełne miłości do innych ludzi.  Nie chcę zamykać Pana w więzieniu, czy obozie. Niech Panu wiedzie się jak najlepiej. Jednak Pana protest utwierdza mnie w tym, że przed Panem i Pana przyjaciółmi daleka droga do prawdy. Prawda wyzwala, a Pan bardzo zakręcił sobie dojście do niej. Idzie Pan nie w tym kierunku i dlatego poleciłabym Panu kompas lub modny dziś GPS.  Pana premier może jedynie wyprowadzić Pana na manowce, dlatego może lepiej go nie wzywać do działania. Przy jego talencie do psucia to jest w stanie zepsuć dosłownie wszystko. Panu Kaczyńskiemu też dobrze życzę. Powinien wyjechać na Tybet i przejść samooczyszczenie swojej duszy w jakimś klasztorze. Wydaje mi się, że to przydałoby się wielu politykom z PiS.

Pana partia ostatnio utworzyła jakąś lotniczą komisję w Sejmie. Robi na mnie złe wrażenie to, że komisja rozpoczęła swoje prace od postawienia tezy o zbrodni Smoleńskiej. Teraz będzie zbierać dowody na poparcie swojej hipotezy. Jednym słowem typowe naginanie faktów do swoich tez. Już samo wybranie Pana Macierewicza na przewodniczącego oznacza, że Pana Koledzy zaczynają zabawę. Przynajmniej będzie wesoło.

Odnośnie modlitwy to jestem za . Tak trzeba się wciąż modlić, żeby tacy jak Pan i Pana przyjaciele nigdy nie doszli do władzy.

Mimo to niech Panu Bóg błogosławi.

Niejaka  Irena z Warszawy.     


 

Szanowni Państwo,

Uprzejmie informujemy, że w dniu 23 sierpnia 2010 roku o godzinie 19.00 na kanale DISCOVERY CHANNEL emitowany będzie program poświęcony Polsce.

Życzymy miłych wrażeń!

Dział Polonii i Promocji

Konsulat Generalny RP w Toronto



Dear Sirs,

Please be informed that the special program devoted Poland will be presented on Discovery Channel in August 23, 2010 at 7.00 p.m.

Have a good time!

Polonia and Promotion Department

Consulate General of the Republic of Poland in Toronto

 


Szanowni Panstwo,

Zespól Szkól dla Dzieci Obywateli Polskich Czasowo Przebywajacych za Granica realizuje projekt "Otwarta szkola - system wsparcia uczniów migrujacych". Projekt jest skierowany do polskich dzieci i mlodziezy.

Poniewaz chcielibysmy dotrzec do jak najszerszej grupy Polaków przebywajacych za granica, zwracam sie z uprzejma prosba o umieszczenie na Panstwa stronach internetowych informacji o projekcie (w zalaczeniu) lub ewentualne przekazanie informacji zainteresowanym za pomoca innych kanalów komunikacji.

Bedziemy zobowiazani za pomoc.

Z wyrazami szacunku,

Justyna Pabian
Koordynator ds. e-learningu
Projekt "Otwarta szkola - system wsparcia uczniów migrujacych"
Zespól Szkól dla Dzieci Obywateli Polskich Czasowo Przebywajacych za Granica

 

Zespół Szkół dla Dzieci Obywateli Polskich Czasowo Przebywających za Granicą zaprasza do udziału w projekcie „Otwarta szkoła – system wsparcia uczniów migrujących”. Projekt jest skierowany do polskich dzieci i młodzieży przebywających za granicą.

W ramach projektu uczniowie mogą brać udział w lekcjach, konsultacjach, kursach maturalnych oraz kołach zainteresowań. Proponowane zajęcia będą odbywać się za pomocą platformy e-learningowej.

Szczegółowe informacje na temat warunków uczestnictwa znajdują się pod adresem: http://www.spzg.pl/index.php/menu-gorne/about/deklaracje-checi-uczestniczenia-w-konsultacjach-on-line/  lub http://www.polskaszkola.edu.pl/Konsultacje/default.aspx  .

Termin nadsyłania zgłoszeń upływa 30 lipca 2010 r.

Projekt jest rozszerzeniem pilotażowego programu Konsultacje on-line dla uczniów. Szczegółowe informacje na ten temat znajdą Państwo na stronie internetowej www.polskaszkola.edu.pl  lub na stronie Zespołu szkół www.spzg.pl  w zakładce: dla rodziców i dzieci wyjeżdżających.

Serdecznie zapraszamy!
 


Szanowni Państwo,

Przesyłamy link dotyczący oferty polskich uczelni wyższych w zakresie studiów w językach obcych: http://www.studyinpoland.pl/

Dział Polonii i Promocji

Konsulat Generalny RP w Toronto
 




 

 


   Wydarzenia warte odonotwania
   "Ballet in the Park"
 

28,29,30 lipca w Assiniboine park o godzinie 7:30 pm obędą się bezpłatne występy z cyklu "Ballet in the Park". Między innymi występować będzie Filip Kurlowicz z którym wywiad ukazał się w 79 wydaniu polishwinnipeg.com

 


Serdecznie wszystkich zapraszamy
 


 



 W 30-tą rocznicę powołania Niezależnych Związków Zawodowych ,,Solidarność”
 

W dniu 29 sierpnia b.r. w 30-tą rocznicę powołania Niezależnych Związków Zawodowych ,,Solidarność”.o godzinie 11:00 w kościele Św. Ducha w Winnipegu będzie odprawiona Msza Święta w intencji osób internowanych podczas stanu wojennego a obecnie zamieszkałych w Winnipegu.

Polonia z Winnipegu

 



 Opening Tenten... Kropki...Dots...
 

Opening Tenten... Kropki...Dots...
Friday July 30th at Golden City Fine Art
211 Pacific Ave.

 


 



 GARDEN PARTY AND STUDIO EVENT
 

 

You are invited to Ludwik and Ewa's GARDEN PARTY AND STUDIO EVENT
Friday August 6th 2010 at 124 Eaglemere Drive
6:30 until after midnight
tel. 204 654 3835


 



 Koncert "Chopin with friends"
 

Polskie Towarzystwo Muzyczne im I.J.Paderewskiego zaprasza na koncert galowy:
„Chopin with Friends”


Celem koncertu jest uczczenie 200-nej rocznicy urodzin Fryderyka Chopina oraz 20-to lecia działalności Towarzystwa Muzycznego.
W programie utwory fortepianowe, pieśni, transkrypcje instrumentalne i wokalne, a także choreografie tańca klasycznego i współczesnego do muzyki Fryderyka Chopina.
Wykonawcy:
Tadeusz Biernacki – fortepian
Natalia Zielińska – skrzypce
Michał Kowalik – baryton
Jennifer Welsman – Royal Winnipeg Ballet
Eric Nipp – Royal Winnipeg Ballet
Jolene Bailie – taniec współczesny
Kwartet wokalny z University of Manitoba
Muzycy z Winnipeg Symphony Orchestra

Niedziela 12 września 2010 r. godzina 19:00.
Franco –Manitoban Cultural Centre, Salle Pauline Boutal 340 Provencher Blvd.

Bilety $20 - POLSAT CENTRE 217 Selkirk Ave. lub przy wejściu.
Informacja telefoniczna 338-9510

 

 

 

   Humor

DZIAD I BABA W AMERYCE

Był sobie Dziad i Baba, stara bajka się chwali,
On się Dzianem nazywał, na nią Mery wołali.

Bardzo starzy oboje, na retajer już byl,

Filowali nie bardzo, bo lat wiele przeżyli.

Mieli hauzik maleńki, peintowany co roku,

Porć na boku i stepsy do samego sajdłoku.

Plejs na garbydż na jardzie, starą piczes co była,

Im rok rocznie piczesów parę buszli rodziła.

Kara ich była stara, Dzian fiksował ją nieraz,

Zmieniał pajpy, tajery, i dzionk służył do teraz.

Za kornerem na stricie przy Frankowej garadzi,

Mieli parking na dzionki gdzie nikomu nie wadził.

Z boku hauzu był garden na tomejty i kabydż,

Choć w markecie u Dziona Mery mogła je nabyć.

Czasem ciery i plamsy, bananusy, orendże,

Wyjeżdżała by kupić przy hajłeju na stendzie.

Miała Mery dżob ciężki, pejda też niezbyt szczodra,

Klinowała ofisy za dwa baksy i kworda.

Dzian był różnie: łaćmanem, helprem u karpentera,

Robił w majnach, na farmie, w szopie i u plombera.

Ile razy Ajrysie zatruwali mu dolę,

Przezywając go green horn, lub po polsku grinołem.

Raz on z frendem takiego się fajtując dał hela,

Że go kapy na łykend aż zamknęli do dziela.

Raz w rok - krysmus lub w ister się zjeżdżała rodzina,

Z Mejnów Stela z hazbendem, Dziejn i Łoter z Bruklina.

Był Dzian z Mery bardzo tajerd i bizy,

Nim pakiety ze storu poznosili do frizy.

A afera to wielka, boć tradycji wciąż wierni,

Polskie hemy, sosydże i porkciopsy z bucierni.



I najlepsze rostbefy i salami i stejki,

Dwa dozeny donatsów, kieny w baksach i kejki.


Butla Calvert, cygara, wszak drink musiał być z dymem,

Kidsom popkorn i soda wraz ze słodkim ajskrymem.

Często, gęsto Dzian stary prawił w swoich wspominkach,

Jak za młodu do grilu dziampnął sobie na drinka.


To tam gud tajm miał taki, że się trzymał za boki,
Gdy mu bojsy prawili fany story i dżołki.


Albo jak to w dżulaju brał sandwiczów i stejków,
Aby basem z kompanii pojechać na bicz do lejku.

Tam po kilku hajbolach zwykle było w zwyczaju,
Śpiewać stare piosenki ze starego, het kraju.

Raz ludziska zdziwieni - łot sy meter - szeptali,
Że u Dzianów na porciu, coś się balbka nie pali.

A to śmierć im do rumu przyszła dzis tego ranka,

On byl Warsiawiak stary, a ona Galicyjanka.



- autor nieznany




 

 


 

  Życzenia
     Na stronie naszego Biuletynu możesz złożyć życzenia swoim bliskim, znajomym, przyjaciołom... z różnych okazji: urodziny, ślub, narodziny dziecka, jubileuszu, świąt... Do życzeń możesz dodać zdjęcie, ale="2">Życzenia prosimy przesyłać na adres: jolamalek@onet.eu
Kto składa życzenia
np. Jan Kowalski
Z jakiej okazji składasz życzenia np. Z okazji 18 urodzin
Treść życzeń Twoje życzenia zostaną opublikowane w serwisie dopiero po akceptacji zespołu redakcyjnego w kolejnym numerze Biuletynu. 


 

   

S  P  O  N  S  O R

 

     Wywiad z Bożeną Pepper

Pani Bożena Pepper pochodzi z Polski, ale mocno już zapuściła swoje korzenie w Winnipegu gdyż mieszka tu ponad 30 lat. Wiele lat współpracowała z notariuszem Panem Romanem Baranowskim a obecnie samodzielnie pełni funkcje notariusza publicznego świadcząc usługi notarialne i służąc pomocą wszystkim, którzy jej potrzebują. Między innymi dzięki staraniom Pani Bożeny Pepper i Anny Gębczyk- właścicielki biura turystycznego Eurotravel mieszkańcy Manitoby nie musieli wybierać się w kosztowną podróż do Polski czy Toronto w celu wyrobienia nowego biometrycznego paszportu mieli taką możliwość w Winnipegu w dniach 27 i 28.06.2010 r.  Jakie sprawy można załatwić w biurze Pani Bożeny dowiemy się z dzisiejszej rozmowy.

Pani Bożeno proszę opowiedzieć o swoim życiu przed przyjazdem do Kanady?

Wyrosłam w Warszawie w dzielnicy Praga. Chodziłam do szkoły podstawowej przy ulicy Skaryszewskiej. Później rodzice wybudowali dom na przedmieściach Warszawy, w Henrykowie. Ukończyłam tam Liceum im. Stefana Czarneckiego i bardzo poważnie  myślałam o studiowaniu astronomii. Jednakże za namową koleżanki, złożyłam również dokumenty na Handel Zagraniczny. Był to wtedy szalenie modny i interesujący kierunek.

Ja zdałam i zostałam przyjęta, a koleżanka nie. Widać tak miało być.

Praktykę odbyłam w Centrali Handlu Zagranicznego “Universal” na rogu Alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej. Potem pracowałam w FSO (Fabryka Samochodów Osobowych) na Żeraniu w dziale eksportu. Polska akurat kupiła licencje Fiata i mnóstwo tych aut szło na export.

W międzyczasie było małżeństwo i dziecko. Mój mąż, przed przyjazdem na stale do Polski przez szereg lat pracował w Kanadzie, właśnie w prowincji Manitoba.

W Winnipegu miał wielu znajomych i przyjaciół, a wśród nich pana Romana Baranowskiego. Ponieważ mieszkaliśmy w Warszawie, goście z Kanady często zatrzymywali się u nas, często nocowali po przylocie albo przed odlotem, a przy okazji zwiedzili Warszawę. Tak więc, w drodze rewanżu za gościnę zostałam zaproszona przez znajomych do Winnipegu. 

Kiedy i dlaczego zamieszkała Pani w Winnipegu, jak się Pani odnajdywała w nowym kraju?

Przyleciałam we wrześniu 1973 roku na jedno- miesięczną wizytę. Była to wtedy wielka wyprawa, bo leciało się do Nowego Jorku, a potem przez Toronto do Winnipegu.

Nie byłam zachwycona Winnipegiem. Wtedy (37 lat temu) w porównaniu z Warszawą Winnipeg był małą, bardzo przeciętną mieściną, z mnóstwem komarów i przeraźliwie mroźną zimą.

Właściwie tylko przypadek sprawił, że jestem tu na stałe. Na krótko przed odlotem poszłam do biura podroży pana Baranowskiego potwierdzić swoją rezerwację.

Nie otrzymałam potwierdzenia  rezerwacji na odlot do Polski,  otrzymałam natomiast od pana Baranowskiego bardzo poważną ofertę pracy. Akurat tak się złożyło, że jedna z jego pracownic p. Krystyna pojechała do Polski i z przyczyn rodzinnych postanowiła nie wracać. Druga pracownica p. Irena miała poważną operacje i przez pół roku nie mogła pracować.


Pani Krystyna, pani Bożena Pepper i Roman Baranowski

Trochę się wahałam, ale rodzina przekonała mnie, że tych kilka miesięcy szybko zleci, a dla mnie będzie to doskonała praktyka języka angielskiego, którego nauczyłam się w czasie studiów i który w moim zawodzie był niezbędny.

Przez niemalże rok pobytu w Winnipegu miałam możliwość poznać życie tutaj i dokonać porównań z Polską.  No i stało się, wróciłam do Polski aby pozałatwiać wszystkie sprawy i 15 czerwca 1975 roku do Winnipegu przyleciałam z rodziną na stałe.

Jest Pani teraz notariuszem publicznym służącym pomocą Polonii, jak do tego doszło?

To co teraz robię, to znowu przypadek.

Z wykształcenia jestem ekonomistą handlu zagranicznego. Pracowałam w tym zawodzie przez 7 lat w Polsce. Potem przez ponad 20 lat pracowałam u pana Baranowskiego w Western Overseas Travel Agency. Było to biuro podróży, ale robiło się tam wszystko. Poza rezerwacją i aż do roku 1980, ręcznym wypisywaniem biletów, załatwialiśmy wizy, paszporty, zaproszenia, upoważnienia, pełnomocnictwa, tłumaczenia dokumentów oraz wysyłaliśmy niezliczone ilości paczek i pieniędzy przez PKO.


Pani Bożena w biurze Romana Baranowskiego

 

Pan Baranowski miał uprawnienia notariusza i z chwilą jego śmierci zaistniała pilna konieczność przejęcia i kontynuowania tego rodzaju usług. Za namową wielu dawnych klientów, a zwłaszcza pani Ireny z Polsatu zdecydowałam dowiedzieć się, czy mogę otrzymać te uprawnienia. Okazało się, że dzięki wieloletniemu doświadczeniu u boku pana Baranowskiego oraz poparciu Kongresu Polonii w grudniu 2008 roku otrzymałam licencje notariusza.

 

Gdzie jest Pani biuro i co można u Pani załatwić?

Pracuje, w tym samym miejscu gdzie prowadził swoje biuro pan Baranowski, przy 217 Selkirk Avenue, w centrum Polsat.


Pani Bożena w swoim biurze
przy 217 Selkirk Avenue

Jako notariusz mam uprawnienia do przyjmowania oświadczeń, potwierdzania własnoręczności podpisów, opracowywania upoważnień i pełnomocnictw oraz sporządzania aktów notarialnych. 

Pomagam również w wypełnianiu dokumentów na emeryturę (polską i kanadyjską), paszporty, karty stałego pobytu, przedłużenia wizy pobytowej lub aplikacje na stały pobyt w Kanadzie. Potwierdzam fotokopie dokumentów, a także robię  tłumaczenia polsko-angielskie różnego rodzaju dokumentów.

Bardzo często starsze osoby przychodzą z listami otrzymanymi z urzędów kanadyjskich z prośba o przeczytanie, przetłumaczenie i często o napisanie odpowiedzi.

Najczęściej jednak mam klientów, którzy chcą abym potwierdziła, że żyją. Wszyscy, którzy otrzymują emerytury z Polski lub Niemiec otrzymują raz na rok zadanie potwierdzenia, że jeszcze żyją. Na ogół nie słucham bicia serca i nie sprawdzam pulsu, sprawdzam natomiast dokument tożsamości (dokument z fotografią, adresem i podpisem) oraz potwierdzam, że ta osoba złożyła własnoręczny podpis w mojej obecności. 

Do zakresu czynności notariatu należy przede wszystkim sporządzanie aktów notarialnych. Notariusz sporządzając odpowiednie dokumenty musi dochować staranności, by zachowane zostały wszystkie przewidziane prawem wymogi. Prawo kanadyjskie różni się od prawa polskiego, jakie kompetencje musi posiadać notariusz taki jak Pani by sporządzać akty zgodne z obowiązującymi przepisami w dwóch rożnych krajach?

Zgadzam się z Panią, staranność jest bardzo ważna przy sporządzaniu dokumentów, na podstawie których podejmowane są akcje prawne. Na szczęście z natury jestem perfekcjonistka i mam dużo cierpliwości, a to bardzo pomaga.

Tu może wyjaśnię, że jako notariusz działający w prowincji Manitoba, mam uprawnienia do przygotowania dokumentów tutaj, według przepisów obowiązujących w miejscu ich wystawienia. Samo przygotowanie dokumentu nie jest aż tak skomplikowane. Każdy dokument musi zawierać: “kto, co i dla kogo”.  

Czy istnieją dwustronne umowy miedzy Polska i Kanada dzięki którym sporządzone w Pani biurze dokumenty notarialne są skuteczne w Polsce? 

Najważniejsze jest legalne potwierdzenie, że ten dokument został wystawiony zgodnie z prawem obowiązującym w miejscu jego wystawienia.

Wielu moich klientów twierdzi, że w Polsce są wymogi aby dokument notarialny zawierał “Apostille”.  Apostille jest to specjalne potwierdzenie, najczęściej w formie pieczęci, że dany notariusz ma uprawnienia i ważną licencje w czasie wystawienia tego dokumentu. Kanada nie jest członkiem podpisanej w Hadze w 1961 roku konwencji, dlatego też nie uznaje klauzuli Apostille.

Odpowiednikiem Apostille w Kanadzie jest dwu-stopniowy proces polegający na potwierdzeniu autentyczności oraz legalizacji. Każdy przeze mnie przygotowany oraz poświadczony dokument musi być sprawdzony pod kontem autentyczności przez Urząd Prowincji Manitoba, który potwierdza, że mam uprawnienia i ważną licencje. Następnie,  ten dokument jest wysyłany do Konsulatu Polskiego w Toronto, gdzie dokonywana jest legalizacja. Niestety jest to kosztowne i zabiera sporo czasu, ale takie są przepisy.

Oczywiście nie wszystkie dokumenty muszą mieć te poświadczenia. Dokumenty przenoszące prawo własności nieruchomości lub dóbr materialnych zawsze muszą mieć taką podwójną klauzulę. Zwykle upoważnienia do dokonania  jakiejś czynności jak wybranie aktu urodzenia, wymeldowanie itp. wystarczy gdy mają tylko potwierdzenie notarialne. 


Na zdjęciu od lewej: Anna Gębczyk, Wicekonsul Jacek Nuciński, Wicekonsul Joanna Matyjasiak, Prezes PTG Sokół Marian Jaworski, Bożena Pepper
 

Oprócz pracy zawodowej, na pewno ma Pani jakieś inne zainteresowania. Proszę o kilka słów na ten temat.

O tak, mam wiele zainteresowań, a do tego ciągły brak czasu.

Lubię robić renowacje i dekoracje wnętrz. Lubię dłubać w ogródku i upiększać otoczenie wokół domu. Lubię szyć. A najbardziej lubię pokonywać przeszkody, naprawiać to co jest nie do naprawienia, załatwiać skutecznie sprawy nie do załatwienia. Jak już wspomniałam mam cierpliwość. Czasami w pogodną noc, patrzę na gwiaździste niebo i myślę, co by to było gdybym została astronomem.

 

Dziękuję za rozmowę Jolanta Małek polishwinnipe.com

 

 
  FOLKLORAMA 2010

W dniu 3 –go lipca, w sobotę, młodzieżowi ambasadorowie Folkloramy witali królową Elżbietę spacerującą wokół Parlamentu, w czasie Jej ostatniej wizyty w Winnipegu. Ubrani w charakterystyczne stroje etniczne, reprezentujące wieloetniczny charakter przywitali Królową i Jej męża Księcia Filipa, posadzili krzew oraz dedykowali rzeźbę wykonaną przez Leon Mola. Około 1500 ludzi zebrało się aby uczcić Królową.


Książe Filip rozmawia oMundialu w Południowej Afryce z Młodzieżowymi
Ambasadorami pawilonu Warszawa.


Młodzieżowi Ambasadorowie Pawilonu Warsaw-Poland,
Alina Kowalski-Wilson i Marcin Michalak na Forks reprezentują
Fokloramę 2010.


Otwarcie Folkloramy- sponsorowane przez Manitoba Lotteries, odbędzie się przy Pawilonie Scotia Bank na Fork, w sobotę 31 lipca. Imprezy rodzinne oraz stoiska etniczne rozpoczną się o godz. 17:00 a główne pokazy etniczne i lokalne oraz Parada Ambasadorów pawilonów etnicznych rozpocznie się o godz. 18:00.
Zaproszone są całe rodziny na tę bezpłatną imprezę. Należy przynieść ze sobą krzesła.

Tegoroczna Folklorama odbędzie się od 1-go do 14-go sierpnia w 45-ciu pawilonach. Można się zaopatrzyć w informatory w róznych miejscach, aby właściwie zaplanować zwiedzanie Folkloramy. W tym roku otwarte będą nowe pawilony : Etiopski, Sudański oraz Indiański (DOTS). Wznowią ekspozycję pawilony : Argena (Tango), Chile ( Lindo), Paragwaj (Heart of South America) oraz Tamil .

Pawilon Warsaw-Poland będzie gościł zwiedzających w ciągu pierwszego tygodnia od 1-go do 7-go sierpnia. Lucy Greniuk będzie koordynatorem a Greg i Kasia Skubisz będą pełnili obowiązki starszych ambasadorów.
Z pewnością spodobają się wszystkim występy i stroje zespołu ISKRY, zadowoli polska kuchnia, po której można będzie zapoznać się z wystawą kulturalną. Zapraszamy wszystkich wraz z przyjaciółmi.
Więcej informacji można znaleźć w internecie : www.folklorama.ca 

Źródło: Tygodnik Czas

 

 
  Ewa Kordalska- pożegnanie z klientkami

 

 

Pani Ewa Kordalska prowadząca w Winnipegu już od 20 lat studio mody Glyfada Dress Design 22lipca 2010 roku na uroczystej kolacji spotkała się ze swoimi stałymi klientkami. To było spotkanie pożegnalne gdyż pani Ewa już wkrótce wyprowadza się z Winnipegu do Toronto. 
Ewa Kordalska jak dotychczas jest w Winnipegu jedyną Polką, której działalność dostrzeżono i która otrzymała wyróżnienie- Finalist 2009

 MANITOBA WOMAN ENTREPRENEUR OF THE YEAR AWARDS

Tytuł woman entrepreneur jest przyznawany od 1992 r. przedsiębiorczym kobietom prowadzącym w Manitobie własny biznes.
 

 

 

 

 

Ewa Kordalska  własny biznes prowadziła od 1989 roku projektując i szyjąc ubrania sygnowane własnym nazwiskiem. Studio mody Pani Ewy mieści się  przy 111 1/2 Marion St. tam każda kobieta jeszcze do końca sierpnia będzie mogła kupić w promocyjnej cenie niepowtarzalne ubrania najbardziej pasujące do jej sylwetki i upodobań. Wielokrotnie przygotowywane przez Panią Ewę Kordalską pokazy mody uświetniały zarówno imprezy organizowane przez Polonię jak i organizacje kanadyjskie.

Przez długie lata wiele kobiet mieszkających w Winnipegu ubierało się w studio mody Glyfada Dress Design i z pewnością jej wiernym klientkom będzie brakować pani Ewy, czego dały wyraz na uroczystym pożegnaniu obdarowując panią Ewę pamiątkami i życzeniami wszystkiego dobrego w nowym miejscu zamieszkania.

 

 

Jolanta Małek polishwinnipeg.com

 

 
  Whiteshell- ZADANIE WYKONANE


Zakończone zostały prace przy remoncie “Białego Domku” na ośrodku SPK nad jeziorem Big Whiteshell.


Dzięki wytrwałemu wysiłkowi grupy ludzi produkt końcowy wygląda wspaniale. Sosnowe i cedrowe pokrycie z zewnątrz daje domkowi wygląd jakby był zbudowany z bali. Wnętrze również ma dużo akcentów z drewna. Są dwa pokoje-sypialnie i otwarta przestrzeń na potrzeby kuchni i pokoju gościnnego.

Wartość prac społecznych szacowana jest na sumę ponad $ 30,000. Jest to bardzo znaczny wkład i osobom zaangażowanym należy się ogromna pochwała. Mam nadzieję, że wysiłek ten będzie szeroko doceniony przez członków SPK jak i całą zainteresowaną Polonię.

W imieniu inicjatorów i wykonawców projektu życzymy wszystkim użytkownikom domku miłego pobytu w czystych i wygodnych warunkach.

Tak "Biały Domek" wyglądał przed remontem:

 

a tak wygląda dziś:

 


Mirek Korkowski

 

 

  Nowe nagranie Hypernashion

Grupa Hypernashion czyli Piotr, Michał, Robert, oraz Artur właśnie skończyła  nowe nagranie, jest to utwór Dead City-


wokal - Marek Ring,

 

gitara oraz bas - Michał Cenkowski,                     klawisze - Piotr Czaplinski,

 

realizacja - Robert Paprocki oraz Artur Winogrodzki.

Piosenka została napisana oraz skomponowana przez Johna Mayalla i ukazała się na jego płycie z 1997 roku pod tytułem „Blues for the Lost Days”. Oryginalnie utwór to klasyczny blues natomiast w  wydaniu Hypernashion aranżacja została drastycznie zmieniona.

Na tym nagraniu po raz pierwszy Robert miał dużą role. To on w dużej mierze dokończył realizacje nagrania oraz był odpowiedzialny za końcowy miks. Robert poprzednio asystował przy realizacij utworu Wolny Zachód Dub. Przy nagrywaniu Dead City także po raz pierwszy współpracowaliśmy w większym stopniu z Markiem Ringiem. Przedtem Marek nam pomógł przy realizacij dźwięku podczas nagrywania utworu Wędrowiec z 2007 roku. Marek zna muzyków z wielkich Polskich zespołów blues-rockowych takich jak Breakout (Dariusz Kozakiewicz) czy SBB (Sławomir Piwowar). Uważam, że Markowi należy się miano Prawdziwego Polskiego Bluesmana!
Wokal oraz gitara akustyczna Marka zostały nagrane 22- go listopada 2007 roku. Reszta partii została nagrana i zrealizowana podczas zimy oraz wiosną 2010 roku.
Utwór został zmiksowany przez Roberta Paprockiego w okresie maj - czerwiec 2010.

Zapraszamy do odsłuchania lub ściągnięcia utworu Dead City :

www.reverbnation.com/hypernashion
 Artur Winogrodzki

 

 
  Polska reprezentacja na uroczystej kolacji
Uroczysta Kolacja dla uczczenia Judy Wasylycia-Leis odbyła się 28-go Lipca 2010 w ukrainskim klubie Labour Temple. Pani Wasylycia –Leis już wcześniej ustąpiła z swej pozycji posła federalnego z okręgu Winnipeg-North, którą piastowała z ramienia NDP od roku 1997. Kolacja była okazją spotkania przyjaciół i kolegów, z którymi pracowała w władzach miejskich, prowincjonalnych i federalnych. Była również okazją wyrażenia uznania dla jej działalności.
Judy popierała energicznie wiele lokalnych inicjatyw społecznych. Uczestniczyła w wielu polonijnych spotkaniach i imprezach i była źródłem wielu cennych inicjatyw. Kolacja była okazją do uznania jej zasług. Środowisko polonijne było reprezentowane przez Kongres Polonii Kanadyjskiej, Polskie Towarzystwo Bratniej Pomocy im. Św Jana Kantego oraz jego Klub Seniorów.

 


 Krystyna Gajda, Aneta Markiewicz, Zofia deWitt, Judy Wasylycia-Leis, Georgina Cielen i Yvonne Petrinov.

Źródło: Tygodnik Czas

 

 
  Wiktor Księżopolski- W BLASKU KRZYŻA POŁUDNIA

Nosiłem się z tym wyjazdem od marca, choć bardzo chciałem się zaszyć w słonecznej ciepłocie gdzieś pod palmami na tle lazurów morza i nieba.. Niestety stwierdziłem, że jest całkiem sympatycznie być czasem słomianym wdowcem nawet w szarej i nieobliczalnej Albercie, mając dobrze zaopatrzoną lodówkę, któremu nikt nie każe sprzątać ani robić zakupy, gdy jest mecz w telewizji, i nikt nie krytykuje przenoszenia moich prywatnych zobowiązań na nastepny dzień lub dwa. Filozofia słowa „maniana” i arabskiej sentencji o podobnym znaczeniu: „bukra ili bade bukra insh Allah” zawsze mi odpowiadała, o ile oczywiście nie paliło się w pobliżu lub ktoś gwałtownie nie umierał. Szczęśliwie paliły się w okolicy, dymiąc niemiłosiernie, jedynie nieumiejętnie przyrządzane steki lub żeberka, a wycie syren karetek świadczył, że ktoś tam jeszcze żyje. Wszystkie plany przepadły wraz z wyjazdem żony na pięć tygodni w jej białoruskie strony. Przeważyło błogie lenistwo, które przerwała dopiero katastrofa polskiego rządowego samolotu i śmierć Prezydenta Polski wraz z całą Jego świtą.

Nie mogłem, jako Polak i osoba szanująca prawdę, pozwolić sobie na obojętne przejście obok bulwersujących mnie faktów i nawet przyjazd żony nie przerwał mojego dociekania przyczyn tej tragedii.. Zrobiła się ładna pogoda, a ja pisałem, nie myśląc o kanadyjskiej wiośnie. Nadszedł wreszcie finał moich dociekań i komentarzy na temat informacji rządowych odbieranych w oficjalnej polskiej TV oraz nadsyłanych przez niezależne źródła. Gdy w końcu wylałem na papier moją prywatną oceną tej tragedii, ze wskazaniem na zamach, okazało się, że mam dość. Wiosenna pogoda się zmieniła na przedwiosenną, ptaszki przestały śpiewać i zieleń przyhamowała w rozwoju, śnieg, cholera, znów zaczął padać, a i żona stała się coś za bardzo napastliwa. Uznałem więc, że nadszedł właściwy moment, aby jednak pofrunąć pod wspaniałe rozgwieżdżone niebo, z Krzyżem Południa w pełnym blasku i odpocząć. Jadę wiec sam, znów na Kubę, w pięciogwiazdkowy kurort z bezpłatnym wyżywieniem i zabarowaniem na dwa tygodnie, aby zmienić kolor skory, pozbyć się stresu, zapomnieć o komputerze, telewizji i poczcie. Mój cel, to podziwiać błękit nieba i morza, zieleń palm i egzotyczne kwiaty, korzystać z licznych rozrywek, moczyć się w cieplej wodzie morza i basenów, grzać się na gorącym piasku i powoli nabrać złocisto-brązowego koloru ciała oraz pustostanu w mózgu. Sześć lat nad Morzem Śródziemnym, kilkakrotne wizyty w Las Vegas, Palm Springs i Laguna Miguel w Kaliforni, Meksyk, pobyt w Kostaryce i poprzednio na Kubie wyzwoliły we mnie trwałą tęsknotę za bogactwem kolorów w krajach podzwrotnikowych i wzorem Hemingway’a, chętnie bym sobie, pod taką wybraną palmą z widokiem na wodę, pożegnał ten paskudny świat. Lecz na razie jadę się grzać i rozrywać, licząc na to, że mimo 70 - tki na karku, mój czas jeszcze nie nadszedł,.

Nie zawsze jednak podzwrotnikowa aura przynosi same wspaniale doznania. Bywają i tragedie. W 1944 roku amerykański bombowiec Liberator z siedmioma członkami załogi na pokładzie, wracał od swej bazy po wykonaniu zadania. Zadanie musiało być dość skomplikowane, bo nawigator i piloci stracili kontrole nad swoim położeniem i kierunkiem lotu. Ściemniło się szybko, jak to pod zwrotnikiem i powoli ziemia przestała coko0lwiek wskazywać
i odczyty z przyrządów pokładowych pozostały jedynym źródłem informacji o trasie lotu. Amerykańska załoga, zapewne przeszczęśliwa, że zadanie wykonała wzorowo, świętowała swój powrót, racząc się pewno przemyconym na pokład piwkiem i Burbonem. Lecieli więc sobie wesoło obserwując wskazania busoli i zastanawiając się tylko chwilami, dlaczego jeszcze nie są w swej bazie. W pewnej chwili nagle i niespodziewanie silniki samolotu zaczely suchotniczo kasłać i jeden po drugim przestaly pracować. Samolot zaczął opadać i opadał tak długo, aby w końcu się zetknąć się z saharyjskim piachem pustyni i zatrzymać swój lot. Zdumienie pilotów i załogi nie miało granic. Skąd nagle się wzięła ta pustynia? Tragedia wyjaśniła się szybko. Strzałka busoli pokryła równo kierunek północ – południe, tyle, że jej niezbyt wyraźnie oznakowany północny koniec zwrócony był na południe i tak też był czytany przez pilotów. Lecieli na południe myslac, ze na północ. Samolot pozbawiony żywności i wody znalazł się w samym środku Pustyni Libijskiej, nad którą, w tym punkcie nie można się było spodziewać żadnego innego samolotu, a trasy karawan omijały to miejsce z daleka, przy czym do najbliższej oazy było około 800 km. Załoga o tym nie wiedziała. Po wielu latach przypadkowo odkryto wrak z ciałami tych, co postanowili się modlić i czekać na ratunek. Innych członków załogi, którzy postanowili szukać ratunku, pokrył na zawsze piasek burz pustynnych. Nienaruszony wrak stal się punktem orientacyjnym na libijskich mapach, jako zabytek i, mimo zagnieżdżonych w nim skorpionów i węży, stanowi do dziś rodzaj schronienia przed burzą piaskową.

Czy musiało dojść do tej katastrofy? Nie, gdyby ktokolwiek z załogi wiedział, że na rozgwieżdżonym niebie istnieje drogowskaz pokazujący dokładnie gdzie jest północ a gdzie południe. Drogowskaz ten, to Krzyż Południa uformowany przez pięć gwiazd w kształcie krzyża, którego dłuższy koniec pokazuje zawsze południe w każdej części świata. W tropikach i strefie podzwrotnikowej fascynuje swoją jasnością i wyróżniającym się kształtem wśród gwiezdnych konstelacji. Dzięki jego widokowi, pomyślałem, będzie mi dana okazja, by odreagować się wreszcie od tragedii katastrof i wyborczych podchodów w Polsce, poświęcając swój chwilowy pobyt w palmowym raju, kolejnym refleksjom nad przemijającym zbyt szybko czasem.

Polski travel agent wybrał mi kurort położony na wyspie u wybrzeży Kuby, 1.5 godziny jazdy autokarem z lotniska w Santa Clara. Organizatorem były kanadyjskie linie lotnicze Air Canada. Oczywiście mój lecący bezpośrednio na Kubę samolot, trzeba było przed odlotem odmrażać. W dniu 29 maja 2010 roku, na lotnisku w Calgary było minus 2 stopnie Celsjusza i padał śnieg. Na szczęście skrzydła wczasowego samolotu pod wpływem odmrażających chemikaliów nabrały pięknego zielonego koloru i od razu wprowadziły mnie w podpalmowy optymistyczny nastrój. Nastrój ten jednak szybko przygasł, gdy okazało się, że już nie tylko alkoholowe drinki są w samolocie za 6 CAD za sztukę, ale i za papu trzeba zapłacić. Słuchawki też darmowe nie są, aby linie przypadkiem finansowo nie padły. W końcu, tylko 1300 CAN za przelot w obie strony, wszystko za darmo, kurort nad brzegiem oceanu, codzienne występy artystyczne, jednoosobowy pokój i dwa tygodnie w 5-ciu gwiazdkach, mogłoby uszkodzić finansowo każdego organizatora wczasów. Darmowa kawa, herbata, woda i soki na pewno nie naraziły chyba jednak firmy na bankructwo, za to zjedzone przeze mnie tzw. „combo” za 13 CAD, bogate w zimne skrawki kurczaka z warzywami i buteleczkę czerwonego wina na pewno odbiłoby się zasadniczo na dochodach organizatora, gdyby było za darmo.
Podróż ciągnęła się nieco, przyspieszana przeze mnie rozwiązywaniem krzyżówek, bo przy okropnych drganiach, trzęsieniach i zawirowaniach samolotu nad Florydą i atlantyckimi głębiami, o spaniu mowy nie było. W końcu nocą, po tropikalnej ulewie tuż przed lotniskiem, samolot miękko wylądował w Santa Clara, kończąc tę nieco męcząca podróż. Okazało się zaraz, że poza lokalnymi obrońcami kubańskiego nieba nasz samolot jest jedynym cywilnym samolotem na spłukanym deszczem lotnisku. Tłum członków różnych lokalnych służb nie pozwolił nam się oddalić w nieznane i po odprawie i odszukaniu swojej własności, wypakowanej z samolotu przed halą lotniska, pozostało wsiąść do właściwego autokaru i udać się w dalszą drogę.

Autokar wyglądał sympatycznie i zachęcająco. Swoimi bocznymi lusterkami, umieszczonymi na wychodzących z dachu zagiętych długich wysięgnikach, przypominał nieco pszczółkę Maję. Był komfortowy na tyle, że podróż odbywała się wygodnie, tym bardziej, że tym razem siedziałem bez sąsiada. Niewiele było widać w mijanych miasteczkach poza wąskimi uliczkami i grupkami młodzieży wracającej do domu z dyskotek. Ruchu na ulicach nie było, poza rowerami i ani stare ani nowe samochody nie zakłócały nam jazdy. Jedyny mijany pojazd zaparkowany na naszej wąskiej uliczce okazał się polskim Maluchem. Po minięciu ostatniego miasteczka zapadła ciemność rozświetlana jedynie światłami autokaru. Zostaliśmy poinformowani, że za chwilę wjedziemy na wielokilometrową szosę zbudowaną na dnie oceanu, by połączyć „main land” z przybrzeżnymi wysepkami. Woda po obu stronach szosy, niedokończone jej elementy, wymagające zjechanie na położony niżej objazd, mosty dla morskiej komunikacji no i ulewny tropikalny deszcz zalewający przednią szybę naszego jadącego 80 km/godz. pojazdu oraz skacząca do góry adrenalina podsycana wyobraźnią, co się może zdarzyć z nami, gdy, na wciąż budowanej drodze, autokar przebije oponę, niestety nie pozwoliły na sen. Na szczescie, po wjechaniu wreszcie na stały ląd deszcz ustal. Pustkowie okolicy zakończyło się nagle widokiem zamkniętej bramy wjazdowej do oświetlonego kurortu i tak skończyła się podróż.

Palmy, ogromny hol i bar to pierwsze wrażenia po odzyskaniu bagażu. No i wreszcie gorąco i zielono. Otrzymujemy wcześniej ustalone przydziały do pokoi i oznaczone ich numerami bagaże odjeżdżają elektrycznym sześcioosobowym wózkiem na miejsca przeznaczenia razem z większością ich właścicieli. Ja, z braku miejsc w elektrycznym „expresie”, decyduję się na spacer oświetlonymi alejkami, nie sprawdzając dokładnie na załączonej mapce kurortu, jak daleko ten mój „przydział” się mieści. Po przejściu około 200 m już wiem, że obciążony lekką torbą podróżną nie osiągnę celu o własnych siłach, bo do mojego domu, sądząc po numerach mijanych obiektów, wciąż jeszcze ho ho, albo jeszcze dalej. Dotarło tez do mnie, że, jeśli mam ten dystans odbywać codziennie i do tego w tropikalnym słońcu, to napewno mój 70-letni system adaptacji, nie zgodzi się na dłuższy pobyt w tym raju. Pozostało tylko zawrócić i szukać ratunku w recepcji. Za 20 USD i dzięki argumentom, że starszy człowiek może tu umrzeć z nadmiaru spacerów i co wtedy, otrzymałem nowe lokum. Piętrowy, jak zresztą wszystkie inne, dom nr 22 z numerem pokoju 36, okazał się być najbliższym możliwym sąsiadem recepcji. Gdy sprawdziłem dla porównania na mapce lokalizacje moich obu przydziałów i dokąd doszedłem idąc do celu, ogarnęło mnie przerażenie. Ten kurort to monstrum. Jak ja bym w tym upale doszedł gdziekolwiek, jeśli z jednego końca na drugi jest co najmniej 1.5 km, a mój poprzedni dom był właśnie na jego obrzeżu? Na szczęście, dzięki zamianie, pomyślałem, że przynajmniej do baru będę miał blisko. Bagaże odbyły bez mojego udziału podróż z lokum do lokum, a ja podwieziony, abym nie zbłądził w podróży, trafiłem wreszcie spocony, po „aż” 80 metrach jazdy, do swojego zapłaconego łóżka. Była godzina 1.00 w nocy i po obejrzeniu luksusowego ogromnego apartamentu, ulokowaniu kasy i dokumentów w pokojowym sejfie, jak również sprawdzeniu, że mam pusty mini-bar i że są jednak anglojęzyczne znane mi programy w kubańskiej TV, wreszcie uznałem, że czas na relaks.

Ranek przywitali mnie słońcem za oknem. Dawali gdzieś śniadanie, więc trzeba było zdążyć się na nie załapać, jeśli się znajdzie, gdzie je dają. Za oknem było gorąco, ale nie tropikalnie. Śniadanie okazało się być w odległości 50 m od mojego domu, w ogromnej sali pełnej obsługi i głodnych. Z wyborem potraw było gorzej, zapewne z racji mojego spóźnionego w nim uczestnictwa. Głodny zresztą jakoś nie byłem, za to towarzyszące nam na sali czarne krzykliwe, chyba wiecznie głodne ptaki, dożywiały się przygotowanymi dla nas potrawami i zjadały resztki z zabranych przez obsługę talerzy. Coś tam w końcu znalazłem do jedzenia i natychmiast wybrałem się na zwiedzanie obiektu moich marzeń. Posługując się mapką w końcu zorientowałem się w ogromie kurortu. Dwa kompleksy basenowo-barowe z dziesiątkami łóżek do opalania pod palmami lub daszkami z trzciny lub bambusa, restauracje, sklepy, ośrodek rekreacyjno-sportowy, spa, obiekty na wodzie dla uczczenia młodożeńców, centrum medyczne, korty tenisowe oraz wielki hol z barami, dyskoteką, amfiteatrem widowiskowym, salką komputerową, pocztą, bankiem, recepcją i obsługą turystów (customer service) stały się moimi odkryciami. Do morza było, blisko, bo tylko 150 m, a tam znów łatwo dostępne łóżka pod trzcinowymi daszkami, katamarany, rowery wodne i atrakcje grupowe na brzegu i wodzie. Cały dzień mi zeszedł z krótkim leżakowaniem na jednym z basenów, paroma drinkami w barach i z błądzeniem włącznie, aby rozpoznać połowę kurortu. Był ogromny. Okazało się, że może się w nim zmieścić około 900 osób (o co najmniej 600 za dużo, jak na moje potrzeby) i, że w związku ze słabą frekwencją turystów z poza Kuby (ze względu na tęgie upały), kubańczycy maja tez prawo do korzystania z kurortowych luksusów. Wyjaśniono mi w barze, że głównie są to pracownicy innych kurortów wraz z rodzinami i, że przyjeżdżają oni na parę dni za stosunkowo niewielką opłatą. Kubańscy turyści muszą płacić za każdy dzień pobytu około 70 pesos (nie jestem pewien, czy CP czy kubańskich), lecz za to koszt całkowity pobytu jest dla nich dużo niższy, ze względu na minimalny koszt podroży. Biednych kubańskich turystów jakoś nie zauważyłem, za to niezbyt kulturalnych była kolekcja. Pozostawienie pampersa wraz z zawartością na brzegu basenu, była dla nich rzeczą dość naturalną. Krzykliwa rozmowa na odległość przez cały basen również.

Dzień zakończyłem obejrzeniem parkingu przy bramie, na którym, niestety, nie znalazłem ani jednego zabytku z lat sześćdziesiątych (tylko takie można na Kubie kupić lub sprzedać), ani żadnego pojazdu z dawnych KDL-ow. Były tylko zachodnie nowsze marki, bo tylko takie pojazdy kubański VIP może kupić, lub otrzymać od władz, jako służbowy pojazd. W barze włączyłem się w tłumek amatorów kubańskiego piwa, mohito, ginu, rumu i różnych koktajli. Okazało się, że nie tak znów wszystko jest za darmo, bo porządne whiskey, scotch lub burbon można było wypić, tak jak w samolocie, za 6 CP (convertable pesos = 25 kubańskich pesos), czyli za około 7 $CAD za drink. Dla orientacji tylko CP jest używane w kurortach, jako napiwki i waluta obiegowa. Kanadyjskimi dolarami w banknotach się tu tez nie gardzi, ale amerykańskie już nie są zbyt popularne, choć wymiana jest prawie tak samo paskudna. Bo jak nazwać 32 CP za 40 $CAN. Po paru „Gin & tonic” byłem w końcu gotów do snu.

Kolejne dni sprowadziły się do sprawdzenia, co się dzieje po drugiej stronie kurortu i korzystania z atrakcji klubu sportowo-rekreacyjnego w postaci strzelania z łuku, gry w „darts” i grania w ping-ponga. Pobliski basen kończył moje rozrywki w plenerze pobytem na słoneczku i kąpielami. Okazało się, że ten kompleks jest przeznaczony dla spokojnych ludzi, nie ma na nim żadnych atrakcji, muzyki i oczywiście dzieci. Nie obyło się i tym razem bez błądzenia, bo alejki krzyżowały się ze sobą lub rozchodziły w niewiadomych kierunkach. Szybko jednak odkryłem, ze na tych alejkach kursują we wszystkich kierunkach te same elektryczne pojazdy, które spotkałem w dniu przyjazdu i że wystarczy zatrzymać taki, podać cel podroży i za chwilę jest się na miejscu, choć by to było na końcu kurortu. Od tego momentu było łatwiej się poruszać, bo żar z nieba nie pozwalał nawet na myślenie. Choć temperatury były rzędu 30 C, to chyba nie upał powodował amnezję, tylko nieprawdopodobnie wysokie promieniowanie ultra fioletowe, które działało jak microwave na ciało, jeśli zbyt długo przebywało się pod gołym niebem bez odpowiedniego zabezpieczenia. Na własnym ciele stwierdziłem, że oparzenia 2 stopnia są możliwe, jeśli się nie zastosuje co najmniej 50% filtra zapobiegającemu działaniom ultra-fioletu. Liście palmowe, bambusy, ubranie i chmury na niebie niestety nie chroniły dostatecznie przed uszkodzeniem ciała. Trzeba było położyć na nie grubą warstwę nawilżaczy, jeśli zaczęło wyglądać jak pieczeń z rożna, z racji braku odpowiednich filtrów. Nawilżacze miałem, ale niestety filtry były tylko 30- to procentowe, a poza tym chciałem zbyt szybko zostać mulatem.

Po pięciu dniach zaczęły mnie boleć uszy. Zawieziono mnie na życzenie do ośrodka medycznego, gdzie za 32 PC powiedziano mi, że mam bakteryjną infekcję i zapalenie. Uszy mi wypłukano, obdarzono sześcioma pastylkami antybiotyku niewiadomej produkcji w oryginalnym opakowaniu o nazwie Azitromicina, powiedziano, że mam brać 2 dziennie, że nie ja pierwszy i że po trzech dniach mi przejdzie. No i przeszło po pięciu pastylkach. Powód? Kąpiel w basenie z moczeniem uszu w wodzie. Dotarło do mnie wtedy, że przecież kubańczycy wsadzają do tego basenu swoje gołe niemowlaki lub dzieci w pampersach i nikt nie bierze prysznicu przed wejściem do wody. Nawet nie ma napisu, żeby ten prysznic brać. Inna flora bakteryjna i brud tubylca w zetknięciu z nieodpornym na to organizmem cudzoziemca niestety może spowodować taki przykry rezultat. Miałem okazje tego doświadczyć w Libii i w Kostaryce.

Wszystko dobre, co się dobrze kończy, więc dalsze dni upłynęły mi na kąpielach słonecznych i w basenie bez moczenia głowy oraz w oceanie, jak fale chciały.
Oczywiście dalsze zwiedzanie i korzystanie z różnych barów wykazało, że w każdym znalazło się cos dużo smaczniejszego niż w ogólnej jadłodajni. Kubańskie steki z frytkami lub pizza na cienkim cieście były znakomite. Jedynie kucharze rozmieszczeni pod ścianami jadłodajni konkurowali z barami, przygotowując na rozgrzanych kuchniach liczne zamówienia jajecznic z warzywami, omletów, smażonej ryby i mięsa lub spaghetti, które można było uzupełniać ziemniakiem, ryżem, szpinakiem, papryką, ogórkiem, pomidorem lub sałatą wyłożonymi na stoiskach. Robili to znakomicie i każda osoba wkładała tego peseta do przygotowanej przez nich miseczki, by godnie okazać swoje uznanie dla ich pracy. Zup nie było, poza mleczną z cerealem, do której nie zawsze można było znaleźć słodkie mleko, za to można było zjeść żółty ser, czasem i biały, był tez do wzięcia, nawet niezły, ekwiwalent kaszanki, kiełbasa w plasterkach. Większość wytworów kubańskiej wyobraźni leząca na półmiskach niestety nie zachęcała do jedzenia. Oczywiście owoce, lody i ciasta, jak się zdążyło, dodawały kolorytu na koniec obiadu. Obsługa sali nie żałowała wody, soków, wina czy piwa i nie wymagała napiwków. A i bar był blisko.

Tak i mijały dni. Basen, morze, słońce, palmy, niebo, bar i występy. Tym razem, jak przy pierwszym wyjeździe na Kubę, żadnych konkursów z publicznymi brawami dla zwycięzców nie było. Wchodząc w dyskusje z różnymi kubańskimi pracownikami kurortu dowiedziałem się nieznanych mi a ciekawych rzeczy. Zostałem wiec uświadomiony, jak generalnie wygląda standard życia ludzi z poza grupy szczęśliwców pracujących w kurortach. A więc okazało się, że nauczyciel zarabia miesięcznie 20 wymienialnych pesos, a lekarz 25 (co daje odpowiednio 500 i 625 kubańskich pesos). Że chleb kosztuje siedem kubańskich pesos, a jajko trzy. Gdy porównałem te dane z napiwkami moich barmanów, które wg. nich samych, wahały się nieraz w granicach 15-20 CP dziennie, powiedziałem moim rozmówcom, że trafili do raju i że powinni codziennie całować wejście do baru, który ich tak hojnie obdarza. Bo chyba, poza państwowa elitą, pewno policją i armią, tylko pracownicy kurortów na Kubie są w stanie kupić sobie mieszkanie lub jeździć samochodem antykiem. Przyznali mi tu rację. I zaraz nasunęła mi się refleksja. Skoro 500 czy 625 pesos wystarcza wykształconym ludziom wraz z rodzinami na miesiąc życia, to zapewne 300-350 w innych mniej wyeksponowanych zawodach nie jest taka kompletna nędzą. Ciekawe jak żyją ci, co nie pracują, bo "polskie" protesty w tej „szczęśliwej” społeczności jakoś się nie zdarzają? Wydawałoby się, że życie Kubańczyka na Kubie nie jest aż takie tragiczne, lecz oglądając nieprawdopodobną biedę w mijanych wioskach w postaci walących się chatek i braku jakichkolwiek zwierząt domowych czy upraw, czy dość smutny wygląd domostw w mijanych miasteczkach, można było dojść do tej samej jednoznacznej konkluzji. Komunizm czy socjalizm w komunistycznym wydaniu jest tylko dla wybranych i nie wnosi niczego dobrego dla większości jego wyznawców. Istnieje on ciągle w krajach, w których wybrano go w porównaniu z kapitalizmem, jako mniejsze zło, lub potraktowano jako drogę do niezależności (Wenezuela), drogę do dyktatury (Białoruś, Kuba, Libia, Kongo), lub jako system ideologiczny (Korea Północna), a wszystko, nie wg. idei jakichś równości społecznych, lecz w myśl zasady, że każdy orze jak może, by zdobyć władzę lub pozycję i mieć układy, które trzeba umiejętnie, choćby po trupach, jak najdłużej zachować. Zresztą jakikolwiek system sprowadza się po pewnym czasie do jednego z powyższych wzorów.

I tak mój czas dobiegł końca. Słonce prażyło niemiłosiernie tak, że aż wyjść się nie chciało z pokoju. Trzy dni przed odjazdem miałem dosyć tej kubańskiej monotonnej kuchni i palącego słońca. Popalone nogi z ledwością doprowadzały mnie do niedalekiego zaprzyjaźnionego napiwkami baru, gdzie mogłem się poczuć jak ważny klient. Na koniec moja kanadyjska koszulka z nadrukiem znanego piwa została zamieniona na butelkę kubańskiego rumu kosztującego w Kanadzie 27 $ACAN i różne gesty przyjaźni z barmanami miały swoje miejsce. Szczerze mówiąc cieszyłem się już na powrót do kanadyjskiej przyrody i klimatu, bo dwa tygodnie w tropikach to zbyt długo. Cieszyłem się również, że w tej wiosennej czerwcowej zimnicy, moja tropikalna opalenizna odróżni mnie od pościeli i że będę mógł się nią cieszyć zanim jesień nadejdzie. Jestem w sumie szczęśliwy, że mogłem, choć na chwile odetchnąć od widoku kulawej kanadyjskiej wiosny i lata. Ze smutkiem muszę jednak stwierdzić, że jednej ważnej rzeczy nie udało mi się dokonać. Z nadmiaru wrażeń nie spotkałem się z Krzyżem Południa. Widać nie byłem w aż takiej potrzebie, by pytać go o drogę lub szukać u niego pomocy na stres. Zapewne mi to wybaczył.

JAKIE Z TEGO WSZYSTKIEGO SĄ ROZSĄDNE WNIOSKI I RADY DLA NOWICJUSZY W WYPRAWACH NA WCZASY W TROPIKI.

- Nie jedziemy na wczasy na tydzień, bo za krótko i nie na dwa tygodnie, bo za długo. Dziesięć dni jest akurat na tyle, by mieć dosyć. Chyba że lubimy się tylko opalać lub siedzieć w barze.
- Wybieramy kurort co do wielkości i miejsca wg. własnych potrzeb (najlepszy kameralny), zawsze co najmniej 3,5 gwiazdkowy i „all inclusive” (wszystko wliczone w cenę) i staramy się w katalogach lub w Internecie uzyskać o nim ważne informacje, tak aby pasował on do naszych potrzeb. A więc jaki ma rozmiar, jak położony, jaką ma zabudowę, jakie ma atrakcje, gdzie jest plaża, czy jest sejf i mini bar w pokoju i gdzie najbliższe miasto zanim zakupimy w nim wczasy.
- Nie robimy własnym aparatem zdjęć ładnym kobietom, choćby chciały, bo zawsze może się trafić jakiś zazdrosny idiota, który może zechcieć zrobić nam krzywdę.
- Zawsze staramy się, jeśli nam przydzielone lokum nie pasuje, wynegocjować za jedne 20 $ dogodne dla nas położenie naszego pokoju, np. na parterze, na piętrze, blisko baru, tuż obok sportowych atrakcji, jadalni, basenu lub plaży, z widokiem lub bez, aby nie był wilgotny i bez sąsiedztwa dzieci.
- Nie jeździmy w tropiki miedzy kwietniem a październikiem. Upały, tropikalne deszcze, promieniowanie i huragany mogą nam zepsuć całą przyjemność, jeśli źle trafimy.
- Zawsze w sezonie, gdy temperatury nie przekraczają 26-27C, zabieramy filtry przeciw ultrafioletowemu promieniowaniu, nie większe niż 45% osłony, a poza sezonem w wyższych temperaturach, powyżej tej wartości. Aloes w kremie i inne kremy nawilżające są tu najlepszymi środkami na złagodzenie ewentualnych oparzeń.
- Zawsze oryginalna woda do picia (zabrane z domu małe butelki, przydają się bardzo z uwagi na możliwość uzupełnienia ich wodą z dużych butli oraz ze względu na rozmiar i wagę).
- Czapeczka powinna nam zawsze towarzyszyć w tropikach na naszej mądrej główce, by mózg się nam nie zagotował.
- Pamiętajmy, że pływając w basenie z uszami w wodzie możemy mieć w nich, jak w przypadku autora, wizytę lokalnych bakterii.
- A jeśli uda się nam na dobre zbłądzić tam, gdzie żywego ducha nie znajdzie, oglądamy zachód słońca, by ustalić strony świata i udać się we właściwym kierunku. Jeśli zgubiliśmy się w nocy, szukamy na niebie Krzyża Południa. Ten pokaże nam południe bezbłędnie i reszta zależy od nas.
- I na koniec, między innymi, pamiętajmy, że dla słońca, poza dachem budynku, nie ma większych przeszkód, by nam zrobiło krzywdę, że jeśli nie ma sejfu w pokoju, należy trzymać swoje wartościowe przedmioty, dokumenty i pieniądze w walizce zamykanej na kodowaną kłódkę, aby ktoś się nie skusił na jej otwieranie wytrychem i aby nie zgubić do niej kluczyka, że nasz bagaż na lotnisku, w drodze gdzie bądź, powinien być zamknięty taką kłódką, aby służba celna była w stanie ją otworzyć, gdy zechce, bez jej zniszczenia, że nasz bagaż powinien być odpowiednio kolorowo oznakowany, by się wyróżniał od innych podobnych bagaży i był łatwy do rozpoznania przy odbiorze.

WSZYSTKO PO TO, BY PO POWROCIE DO SWOJEGO OGRÓDKA, KOTA CZY PSA, NIE POWIEDZIEC SOBIE Z ŻALEM, ŻE TAK OGÓLNIE,
TO TE WAKACJE TAKIE WSPANIAŁE NIE BYŁY,
I ŻE JEDNAK W DOMU NAJLEPIEJ.

WIKTOR KSIĘŻOPOLSKI
Calgary, lipiec 2010

 

 

 
  Upadek światowego systemu monetarnego cz. 11

Kalifornia wysyła swoich pracowników na przymusowy niepłatny urlop.


Kalifornia- ludzie mieszkają w domach bez prądu.


 

 

   

S  P  O  N  S  O R

 

   Felieton Jacka Ostrowskiego

 

 

 

Upalne majaczenie część II



Staję oto u bram miasta X i rozglądam się z lękiem wokoło. Czemu? Odpowiedź jest prosta. To miasto to taka namiastka Polski pod rządami PiS. Właściwie jest to taka miniaturka IV RP.

Tym miastem od wielu lat rządzi prezydent wybrany w powszechnych wyborach.
Nie było tu żadnego przekrętu, wygrał uczciwie. Rozejrzyjmy się zatem po
tym jednym z najstarszych miast Polski. Tu w Bazylice Katedralnej spoczywają
szczątki wielkich Polaków. Tu mieści się siedziba Firmy X , siedziba Firmy Y
To miasto jest bogatym miastem, czyli jest czym rządzić. Wjeżdżamy do
miasta wspaniałym nowym mostem z powybijaną nawierzchnią. Jest to
najsłynniejszy most w Polsce. Nie dlatego, że taki długi, czy też piękny.
Swoją sławę zawdzięcza kompletnej nieudolności władz. Kiedy skończono most
stał się on od razu najsłynniejszym mostem widmem w Europie, a może i na
Świecie. Powstał most bez dojazdów. Nie pamiętam ile czasu nie było tych
przeklętych dojazdów. Może dwa lata, a może trzy. W każdym razie w tym
czasie skończyła się gwarancja na nawierzchnię i już na wstępie asfalt
nadawał się do wymiany. Jednak nic w tej materii nie zrobiono i po wertepach
jeździ się do dziś.

Po pokonaniu mostu wjeżdżamy do miasta i mamy następny problem. Stoimy na
przejeździe kolejowym. Czekamy kilkanaście minut. Ciekawostką jest to, że w
tym mieście nie ma wiaduktów , ani tuneli pod torami kolejowymi( są dwa
wybudowane jeszcze przez komunistów, ale w najmniej obleganych punktach).
Przejazdy o gardłowym znaczeniu są trzy. Jeden z nich to prawdziwy horror.
Wciąż jest zamknięty ponieważ co i rusz są tam przetaczane wagony. Miasto
jest praktycznie sparaliżowane przez niedrożne wyjazdy. Władze zaś nic w tym
kierunku nie robią. Jedziemy dalej w kierunku centrum. Nawierzchnia ulic
jest jedną z najbardziej zniszczonych w polskich miastach o czym oficjalnie
poinformowano tuz po zimie. Wczesną wiosną praktycznie nie dało się jeździć
po mieście bez umiejętności jazdy slalomowej. Remonty ulic są paraliżowane
przez władze miasta, które mają obsesje na punkcie przekrętów. Ta polityka
doprowadziła wszystko do granic absurdu. Tak było z dojazdami do mostu, tak
jest z remontami. Przetargi są anulowane, wszystko jest rozkładane w czasie,
a przeciętny mieszkaniec jedynie klnie pod nosem. Zaglądamy do miejskich
szpitali i tu miłe zaskoczenie. Jeden z nich jest zarządzany przez miasto i
trzeba przyznać robi bardzo dobre wrażenie. Brawo! Wychodzimy ze szpitala i
spoglądamy na miasto z lotu ptaka. Szokuje jedna sprawa. Jest to poważny
zarzut . Wielkie hipermarkety i galerie są usytuowane w centrum miasta. To
przecież kładzie na łopatki mały handel. To dla mnie przestępstwo wobec
mieszkańców. Pierwszy taki market powstał bodajże za rządów lewicowego
prezydenta, ale pozostałe za obecnego. To jest czerwona kartka i to już
kolejna. Przyjrzyjmy się teraz zbrojnemu ramieniu prezydenta, czyli straży
miejskiej. To jest zupełną porażką. Cała Polska żyje ostatnio zdarzeniem,
które miało miejsce w tym mieście. Obywatel tego miasta zauważył jadący z
nieprzepisową prędkością pojazd straży. Ruszył za nim i wszystko sfilmował.
Następnie przesłał film do gazet i teraz bardzo tego żałuje. Mściwy
komendant straży wystosował list do policji, żeby ukarano tego mieszkańca.
Żeby sfilmować nieprawidłowo jadący pojazd musiał bowiem sam przekroczyć
prędkość. Sytuacja jest szokująca. Zbrojne ramię prezydenta okazuje się być
mściwe. Mściwe, to znaczy że kieruje się niskimi pobudkami przypominającymi
mi bardziej zachowania mafijne, a nie organizacji stojącej na straży
porządku publicznego. Swoją drogą straż miejska w mieście X często chowa się
po krzakach i fotografuje kierowców. Rosłe byczki zamiast łapać pijaków
zakłócających porządek publiczny , wyrostków napadających na przechodniów
obrastają w tłuszcz w swoich radiowozach. Wprawdzie ( bodajże w Przemyślu)
straż miejska chodzi z linijką i mierzy długość trawy na trawnikach później
surowo karząc mieszkańców. Kretynizm do kwadratu! Zostawmy straż miejską z
następną czerwoną kartką i spójrzmy na miasto. Piękne miasto zostało
zeszpecone nowym amfiteatrem. Stary był świetnie wkomponowany w wysokie
zbocze . Nowy drażni swoją szpetotą. Teraz mieszane uczucia wywołuje budowa
mola na rzece. Na końcu tej nieszczęsnej budowli ma powstać knajpka. Ciekawi
mnie, ilu pijanych klientów utopi się wracając do domu? Przy tylu ważnych
potrzebach prezydent dosłownie topi pieniądze i śpieszy się, żeby skończyć
przed wyborami. Prawda jest taka , wszystkie działania prezydenta są
działaniami populistycznymi. Nowy amfiteatr, molo, dziesiątki koncertów
będących utrapieniem dla wielu okolicznych mieszkańców przypominają mi
działania rzymskich cesarzy. Chleba i igrzysk trzeba dać Narodowi. Wtedy
będą na mnie głosować. Wszystkie większe inwestycje miasta są skierowane
pod masy. Teraz władze miasta budują się nową halę widowiskową. Rozumiem, że
miasto jej potrzebuje, ale są ważniejsze potrzeby. Tym bardziej, że pod
rządami tych władz sport w mieście X stoczył się na same dno. Żeby nie być
gołosłownym…. drużyna grająca w piłkę nożną spadła z ekstraklasy do drugiej
ligi ( kolejność jest następująca: ekstraklasa, pierwsza liga, druga liga i
itd.) . Drużyna grająca w piłkę ręczną walczyła o brązowy medal mistrzostw
Polski, co nie zdarzyło się od kilkunastu lat( od wielu lat była mistrzem,
lub wicemistrzem) . Jeszcze jedna kadencja tego prezydenta i skończy tak,
jak jej siostra ( piłka nożna). Wtedy i hala nie będzie miała racji bytu.
Nikomu nie będzie potrzebna, będzie obiektem widmem. Tak wyglądają rządy
PiSu w mieście X. Reasumując jest to porażka. Nie można powiedzieć, że
kompletna bo miasto się zmienia. Jednak jest bardziej zasługa
przedsiębiorców, właścicieli kamienic, niż władz. Dochodzi do takiej
paranoi, że chcąc malować, odrestaurować kamienicę trzeba jeszcze płacić
miastu. Oprócz wzorowego zarządzania szpitalem miejskim same czerwone
kartki. Te rządy cechuje nieporadność i kompletny brak pomysłów.
Doszukiwanie się w każdym przetargu przekrętu doprowadziło do
niesamowitych absurdów. To miasto wiedzie prym w unieważnianych przetargach,
a co za tym idzie w zmarnowanych funduszach unijnych( nie wykorzystane w
terminie euro trzeba zwrócić). Pieniądze są wyrzucane na bzdurne imprezy, a
nie wydawane na rozwój miasta. Na otwarcie hali widowiskowej zaproszono
Michela Jarra , a za pieniądze wydane na ten cel można byłoby wybudować nowe
przedszkole. Prezydent jednak chce przejść w następnych wyborach. Dziwi
mnie, że jeszcze nie rozdaje na mieście piwa. To małe państewko absurdu
istnieje już bodajże co najmniej dwie kadencje. Straciło tyle czasu na swój
rozwój. Zaniechano większość priorytetowych dla miasta inwestycji i
postawiono na rozwój pseudo kultury. Dla mnie nie jest kulturą całonocne
wycie aparatury nagłaśniającej w samym centrum miasta co sobota i niedziela
przez wiosnę, lato do jesieni. Niewyspani mieszkańcy rano potykają się na
mieście o sterty śmieci i butelek, oglądają porysowane przez pijanych
wandali samochody. Tłuszcza bawiła się do rana i wychwalała pana prezydenta.
Dlatego mieszkańcy miasta X w wyborach prezydenckich wybrali Komorowskiego.
Boją się przeniesienia swoich lokalnych miejskich porządków na cały kraj.
Chcą zaoszczędzić innym tej traumy.

Upał mija, będzie lepiej.

Jacek Ostrowski

  "Medusa"- książka Jacka Ostrowskiego
"MEDUSA" to książka autorstwa Jacka Ostrowskiego, którą we fragmentach publikować będziemy na stronach polishwinnipeg.com
 


ROZDZIAŁ III

- Kim są ci ludzie?? – patrzyłem na dwóch facetów stojących obok mnie.
Czułem , że są mi przyjaźni. Czułem jakąś więź z nimi i chęć wzajemnego
niesienia sobie pomocy.

Ubrani byli tak samo jak ja…. w te paskudne pomarańczowe uniformy
więzienne i tak samo jak ja z przerażeniem rozglądali się wokoło, a
trzeba przyzna, że widok był porażający. Dziedziniec był oświetlony
dopalającymi się pojazdami. Zawalone i doszczętnie zniszczone budynki
fortecy, resztki potężnego ogona Boeinga wbite w jedną z wież
strażniczych i wszędzie gdzie spojrzeć dym i smród spalenizny.

-Jestem Andrzej! – krzyknąłem do pierwszego z nich wyciągając rękę.

- Dieter! – odwzajemnił uścisk.
- A ja jestem John!

- Tylko my ? – rozglądałem się wokoło, ale nie widziałem nikogo żywego
poza nami.

- Kara boska za tę niewolę! - syknął z nutką triumfu w głosie
Amerykanin - Cholerne służby specjalne, lepiej stąd zmiatajmy, bo jak
nas namierzą, to zabawa zacznie się od nowa. Ja nie zamierzam
najfajniejszych lat mojego życia spędzić w więzieniu.

- Dlatego lepiej zmykajmy z otwartej przestrzeni żeby nie namierzył nas
satelita – podchwycił Niemiec wskazując palcem niebo i nie czekając na
nas raźno ruszył omijając dopalające się resztki helikoptera w kierunku
jedynego ocalałego budynku na wyspie, małej szopy z boku dziedzińca. My
nie zwlekając podążyliśmy za nim. Jak się później okazało uczyniliśmy to
trochę za późno, co było w niedalekiej przyszłości przyczyną naszych
dużych problemów.

Zamknięcie drzwi do budynku puściło po silnym kopniaku i znaleźliśmy się
w jego wnętrzu. Nie trzeba było latarki by zorientować się co kryje ten
niepozorny barak. Światło z pożarów wpadające przez duże okratowane okna
oświetlało stojaki z bronią, skrzynki z amunicją, leżące z boku na
półkach sterty ubrań po części wojskowych, po części cywilnych, a tuż
przy wejściu kilka walizek z nieznaną zawartością.

Teraz ukryci przed wścibskimi kamerami z kosmosu, mogliśmy zastanowić się
nad naszym położeniem. Było ono bardzo nieciekawe i co ważne, pełne wielu
znaków zapytania. Usiedliśmy na skrzynkach i nawzajem mierzyliśmy się
ciekawym wzrokiem.

- Ile czasu tu siedzicie? – spytałem moich współtowarzyszy.

- Trzy lata! – odparli chórem – A ty?

- Też! Długie trzy lata , codziennie przesłuchiwany , codziennie
psychicznie dręczony, pozbawiony rodziny i przyszłości, w obcym kraju –
głos mi zadrżał ze wzburzenia.

- Tak, tak, ja przeżyłem to samo ! – Dieter wyraźnie się ożywił –
brutalnie wyrwali mnie z mojego życia w przeddzień wyjazdu na wymarzone
wakacje. Zbiry.

- Mnie też bezczelnie porwano, ale żeby to ukryć, podstawili sobowtóra
którego następnie zabito – John nie krył wzburzenia.

- Za mnie tez kogoś podstawiono! – wydusiłem zaskoczony.

- I za mnie! – Niemiec zazgrzytał zębami – i do tego wykończyli mój
ukochany samochód, jeszcze ich dopadnę!!

- Prędzej oni dopadną nas! – zaśmiał się ironicznie Amerykanin – skoro
podstawili za nas innych ludzi to świadczy o tym, że nie zamierzali nas
nigdy nie wypuścić. Mieliśmy tu gnić aż do śmierci, lub czekały nas
bezimienne groby na dnie oceanu. Nie przypuszczam, że chciałoby się im
kuć dziur w tej skale.

- Co zatem proponujecie? – spytałem wstając z miejsca . Podszedłem do
okna i zacząłem wypatrywać jakiś oznak życia .

- Teraz musimy zwiewać z tego przeklętego miejsca. – usłyszałem zza
pleców głos Niemca. Odwróciłem się. Zobaczyłem Dietera wybierającego
jakieś ciuchy na przebranie

Cały czas mówił jak nakręcony – musimy zniknąć z tego świata tak by nas
nikt nie wytropił, a to będzie bardzo trudne. Po pierwsze musimy
sprawdzić, czy nie umieścili w nas jakiś nadajników GPS. Jeśli tak, to
trzeba to będzie usunąć. Następnie trzeba zdobyć jakieś papiery,
paszporty, prawa jazdy, tak byśmy mogli swobodnie poruszać się po
Europie. Jednak według mnie tu nie będziemy mieć spokoju, musimy zwiać
gdzieś w tropiki, o np. na Jamajkę!

- Ja tam miałem jechać! – westchnąłem z rozmarzeniem.

- Ja też! - John wyraźnie był podekscytowany – porwali mnie w drodze na
lotnisko.
- Kim my jesteśmy? – spytałem przyglądając się moim towarzyszom -
Porwano nas jednocześnie w różnych krajach, trzymano w tym samym miejscu,
mamy jak przypuszczam tyle samo lat, wszyscy mieliśmy jechać na Jamajkę.
Co nas łączy? Dlaczego nic nie wiemy?

- Faktycznie! – Niemiec pokręcił głową – Dziwne.

Spojrzał na nas, uśmiechnął się – raczej na rodzeństwo nie wyglądamy, za
bardzo różnimy się wyglądem.
- Kto to wie! – westchnąłem – Ale zanim gdzieś znikniemy muszę odzyskać
żonę i syna.

- A ja swoją dziewczynę! – oświadczył stanowczo Dieter. – muszę zobaczyć
co się z nią dzieje, czy nie ma problemów przez tych bandytów.
- Aż wam zazdroszczę! – Amerykanin pokiwał głową – ja jestem właściwie
sam jak palec. Wprawdzie była taka jedna w Paryżu. – na chwilę
rzerwał. - ale pewnie mnie już zapomniała. Wiem, że nasz los jest
zależny od naszej współpracy i pomogę wam. Teraz spadajmy stąd, bo zaraz
tu będzie tłoczno . Lepiej, żeby nas tu nie zastali.

Przebraliśmy się w jakieś dżinsy i koszulki w szarych nie rzucających się
kolorach, a Niemiec przy pomocy jakiegoś dziwnego urządzenia, które
znalazł w jednej z walizek sprawdził nas na obecność ukrytych nadajników.
Na szczęście nic nie znalazł. Uzbrojeni w krótką broń stanęliśmy jeden
za drugim, zarzuciliśmy na siebie jedną wielką płachtę i ostrożnie
opuściliśmy magazynek.

Wolno skierowaliśmy się w kierunku brzegu w poszukiwaniu łódki, czy
motorówki. Cała ta maskarada miała utrudnić rozpoznanie nas z satelity,
ale niestety była to „musztarda po obiedzie”, już byliśmy namierzeni .

Pożary dogasały, ciężko było w ciemności dojrzeć cokolwiek, ale szczęście
ponownie nam sprzyjało. Pierwsze zejście było drogą do małej przystani,
gdzie przycumowano dużą motorówkę.

Wzburzony ocean miotał łodzią na wszystkie strony, ale cumy trzymały
mocno. Widok był jak z horroru. Trzech uciekinierów próbowało dostać się
na pokład przy łunie od pożogi twierdzy położonej na wysokim klifowym
urwisku. Doszczętnie przemoczeni dostaliśmy się na pokład. Kluczyk był w
stacyjce i bez problemu uruchomiłem silnik. Łódź skierowałem w stronę
małych światek nadmorskich zabudowań. Tam był brzeg, tam była wolność.

W połowie drogi minęliśmy trzy helikoptery zmierzające na wyspę.
Zdążyliśmy, uciekliśmy w ostatnim momencie. Został za nami koszmar
ostatnich lat, trzy zmarnowane lata, a przed nami…. jedna wielka
niewiadoma, ale niewiadoma na którą mogliśmy wpłynąć w mniejszym, lub
większym stopniu.
W tym samym czasie pokój 490 w Langley.

Skromne wyposażony z jednym wielkim biurkiem na samym środku za którym
siedział krępy może czterdziestoletni mężczyzna. Ciemne włosy, lekka
siwizna na skroniach , twarz pociągła , mocno zarysowane kości policzkowe
świadczyły o domieszce krwi indiańskiej. W skupieniu wpatrywał się w
przyniesione przed chwilą zdjęcia satelitarne. Wyciągnięto go z domu w
środku nocy, alarm najwyższego stopnia. Najpierw spalony kolega, a teraz
ma trójkę uciekinierów z najbardziej strzeżonego, najbardziej tajnego
więzienia CIA. Ci ludzie muszą być pojmani i zabici, oni nie mogą żyć.

Drzwi otworzyły się z hukiem , stanął w nich sam szef wydziału.

- No i ?-s pytał nie kryjąc zdenerwowania.

- Uciekli z wyspy, są na lądzie!

- Trzeba obstawić dworce, lotniska, oraz namówić Francuzów na
wprowadzenie kontroli na przejściach granicznych . – zadecydował.

- Może opublikować ich zdjęcia w telewizji? – spytał podwładny.

- Nie, broń Boże! Gdyby ktoś to skojarzył z wydarzeniami sprzed trzech
lat, to wtedy byłaby katastrofa.. Wszystko ściśle tajne! – szef nerwowo
przechadzał się po pokoju – o wszystkim meldować na bieżąco i jeszcze raz
powtarzam….. ściśle tajna operacja i bez względu na koszty finansowe,
czy ludzkie zbiegów należy zlikwidować, a zwłoki zniszczyć, żeby nikt
nie mógł ich zidentyfikować. Będą starali się dostać do swoich domów i
dlatego należy zarządzić dyskretną obserwację ich rodzinnych
miejscowości, oraz rodzin.

Zwrócił się w kierunku swojego pracownika i dodał – Pan za to wszystko
odpowiada głową, oni muszą zniknąć!

Po czym obrócił się na pięcie i wyszedł.

Ostrożnie dobiliśmy do brzegu, a musieliśmy bardzo uważać. Fale znosiły
nas na skały i w każdej chwili mogliśmy się rozbić. Kiedy wreszcie udało
nam się opuścić pokład, ustawiłem motorówkę dziobem w kierunku morza.
Toporkiem znalezionym w kabinie przebiłem burtę poniżej linii zanurzenia,
zablokowałem dźwignię gazu i błyskawicznie wskoczyłem do wody. Łódź
szarpnęła i z zawrotną szybkością pomknęła do przodu. Wiedziałem że to
kwestia kilku minut, żeby nabrała wody i wszelki ślad po niej zaginął.

Staliśmy u podnóża wysokiego nabrzeża nie wiedząc nawet jaki to kraj.
Jednego byliśmy pewni, byliśmy w Europie, ale gdzie?

- No Panowie, w drogę! – Dieter jako pierwszy ruszył do przodu. My
gęsiego podążyliśmy za nim.

Wolno, w całkowitej ciszy pokonywaliśmy urwisko i po godzinie
niesamowicie umorusani , podrapani stanęliśmy na samej górze. Hen daleko
w morzu widać było przygasający pożar, z tej odległości wyglądający jak
jakieś ognisko, a w powietrzu słychać było pomruk silników ciężkich
śmigłowców transportowych co chwilę przemykających nad naszymi głowami.
Nie było na co czekać. Szybko skierowaliśmy się w głąb lądu.
Przedzieraliśmy się przez niedostępne chaszcze , dzikie wyludnione tereny
coraz bardziej oddalając od niebezpiecznego dla nas wybrzeża. Czuliśmy,
że im dalej od morza tym większe nasze szanse. Po następnej godzinie
dotarliśmy do jakiejś asfaltowej drogi. To nie była jakaś podrzędna
- W lewo, czy w prawo? – John spojrzał na nas pytająco.
- Nie ma znaczenia kierunek dotąd, dokąd nie ustalimy gdzie jesteśmy –
wtrąciłem.
- Słusznie , masz rację! – Amerykaninowi spodobało się moje
stwierdzenie – Jedziemy pierwszym zatrzymanym samochodem. Żeby tylko
jakiś chciał się zatrzymać.

- Spokojnie! – zaśmiał się Dieter – ja jeszcze w akademii wojskowej siłą
woli potrafiłem zmienić decyzje egzaminatorów i sam nie wiem jakim cudem
to mi się udawało.

- Szkoda że nie zmusiłeś tych drani żeby nas wypuścili! – mruknąłem
ironicznie.

- Nie mogę wpłynąć naraz na tyle osób – odparł nie speszony moją kpiną. –
to działa na jednostki, a tam była cała armia strażników.

- Coś jedzie! – John przerwał naszą rozmowę.

Faktycznie z prawej strony dochodził niski pomruk silnika ciężarówki.
Silny snop światła oświetlił teren, dwa wielkie reflektory zbliżały się z
dużą szybkością. Dieter wyskoczył na drogę i podniósł prawą rękę dziwnie
wykrzywiając dłoń w kierunku pojazdu. Usłyszeliśmy pisk opon i stalowy
kolos po chwili znieruchomiał.

- Chodźcie! – machnął do nas, a sam jako pierwszy podbiegł do szoferki,
otworzył drzwi i zniknął we wnętrzu kabiny. Kierowca drobny, o śniadej,
ale mocno zniszczonej twarzy mężczyzna mówił po francusku. Byliśmy we
Francji, a co za tym idzie kształt wybrzeża sugerował zachodnią część
tego kraju.

John znał nieźle francuski. Jakoś udało mu się wyjaśnić, że
odłączyliśmy się od wycieczki i zgubiliśmy w terenie.

- Turyści, turyści! – śmiał się przyjaźnie do nas, a na prośbę
Amerykanina wyciągnął z bocznej kieszeni mapę i mu ją podał. Ten
rozłożył papier dosłownie na chwilę. Spojrzał, złożył i oddał Francuzowi.

- Już wszystko widziałeś? – nie kryłem zdziwienia.

Uśmiechnął się zagadkowo – Mam pamięć fotograficzną , wystarczy jedno
spojrzenie i pamiętam każdy szczegół.

- To niesamowite!

- Czy ja wiem, potrafię to od dziecka.- wzruszył ramionami i zaraz
dodał – Jedziemy w kierunku Bordeaux. Po pierwsze trzeba zdobyć dobre
papiery, ale to mogę załatwić dopiero w Paryżu. Miałem tam swoje kontakty
i myślę, że nic do tej pory nie zmieniło się. Najpierw potrzeba nam forsy
i tu jest duży kłopot. Macie jakiś pomysł?
 

Tekst umieszczony na stronie jest objety ochroną praw autorskich i nie może być wykorzystany bez zgody autora.

 

 

   Polki w świecie-  Dominika Szot

Współpraca Polishwinnipeg.com z  czasopismem
Polki w Świecie”.

Kwartalnik „Polki w Świecie” ma na celu promocję Polek działających na świecie, Polek mieszkających z dala od ojczyzny. Magazyn ten kreuje nowy wizerunek Polki-emigrantki, wyzwolonej z dotychczasowych stereotypów. Kwartalnik „POLKI w świecie” ma także za zadanie uświadomić Polakom mieszkającym nad Wisłą rangę osiągnięć, jakimi dzisiaj legitymują się Polki żyjące i działające poza Polską. Czasopismo w formie drukowanej jest dostępne w całej Polsce i USA. Redaktor naczelna magazynu Anna Barauskas-Makowska zainteresowała się naszym Polonijnym Biuletynem Informacyjnym w Winnipegu, odnalazła kontakt z naszą redakcją proponując współpracę.

Nasza współpraca polega na publikowaniu wywiadów z kwartalnika „Polki w Świecie w polishwinnipeg.com  a wywiady z kobietami, które ukazały się w naszym biuletynie zostaną opublikowane w kwartalniku ”Polki w Świecie”.
 


 

Gdzie cisza panuje



Dominika Szot

Jest taki dowcip o powodzi w prowincjonalnym miasteczku. W czasie ewakuacji wojsko puka do kaplicy i namawia księdza do ucieczki. Ten, pewien swoich zasług i uczciwości, odpowiada, że nigdzie nie idzie, bo wierzy w boską opatrzność, która go na pewno uratuje. Po trzech godzinach ksiądz siedzi na ostatnim piętrze parafii. Podpływa motorówka, a ksiądz to samo, że na pewno opatrzność i tak dalej... Minęły kolejne godziny, ksiądz na szczycie dzwonnicy. Podpływa trzecia łódź. Ksiądz kolejny raz odmawia i już po piętnastu minutach stoi w pretensjach na sądzie bożym.
– Jak mogłeś Boże mnie tak ...



– Jak mogłeś Boże mnie tak zostawić ? – mówi oburzony. – Całe życie wiernie Ci służyłem!!!
Pan Bóg spojrzał na niego chmurnym wzrokiem i rzekł: – Ty się Bolek ode mnie odczep, trzy łodzie po Ciebie wysłałem!
Dwa lata temu byłam niemal standardowym warszawskim szczurem. Niemal – bo sama wychowywałam 5-letniego syna. Miałam pracę w polskim oddziale amerykańskiej korporacji przeżywającej rozkwit, służbowe auto i mieszkanie w Wilanowie. Ważyłam trochę więcej niż indyk, miewałam regularne migreny, widywałam dziecko godzinę dziennie. W oczach tliło się szaleństwo i rozedrganie, a w piersi kołatało mocno nadwyrężone serce. Baterie życiowe na ciemnożółtym – samotna matka w polskiej walce o lepiej i więcej. Czekałam na zmianę. Marzyłam o niej, aż przyszła w środku czarnej zimy. Powiedzieli mi, że będę pracować w siedzibie głównej Nokii i że sama będę odbierać swoje dziecko z przedszkola, bo tak robią wszyscy. Wprost ze szczytu dzwonnicy wskoczyłam do łodzi. Sama z dzieckiem.


BIAŁO TU JAKOŚ I CICHO
Biało tu jakoś.... Aż chciało się powiedzieć za pingwinami, które po długich bojach przedostały się z Madagaskaru na Antarktydę. Jadąc z lotniska około 23ej widziałam opustoszałe, wymarłe ulice. I ta świdrująca uszy i duszę cisza. Kojąca i irytująca jakoś. Powymierali tu, czy co?
Cisza i wszechobecny architektoniczny „późny Gierek”. Pierwszy dzień w pracy pani menadżer rozpocząła w podartych dżinsach podróżnych, z przekrwionymi oczami od przyschniętych soczewek i fryzem zmierzwionym. Tak przywitałam wszystkich. Bagaż doleciał kilka dni później.


W WALCE Z BIUROKRACJĄ
Początkowo nic nie udało mi sie załatwić. Pani urzędniczka na komisariacie była miła, ale charakteryzowała ją właściwa dla urzedników małostkowość, ośli upór i ogólna niechęć do kłopotliwych petentów. Okazało sie że, aby zarejestrować syna, musi być razem ze mną osobiście, a żeby dostać przedszkole musi być zarejestrowany oczywiście. Tyle, że przedszkola nie dostaje się od ręki i sprawa się zapętla. Jak w Hollywood. Ponadto konieczna jest poświadczona notarialnie zgoda ojca na wyjazd i pobyt stały dziecka w Finlandii oraz odpis aktu urodzenia. Negocjacje nie pomogły, więc wycofałam papiery i wściekła poszłam precz. W urzędach na wybrzeżu nie byłam już taka głupia, zaczęłam inaczej – po polsku i wjechałam z gotowym adresem zameldowania. Moja firma wyszukała mi dobry adres i pomogła w negocjacjach. Inaczej byłoby ciężko. Problem w szukaniu mieszkania był tylko jeden. Wszystkie strony z nieruchomościami są po fińsku, czyli tak, jak po chińsku.


TO NIE JEST MOJA ŻONA!
W hotelu w Tallinie rozeźlony Anioł znowu wyrzykiwał wskazując na mnie ku radości gawiedzi.
- To nie jest moja żona!!! - tak jakby nikt nie widział tych cholernych, poszarpanych skrzydeł plączących się bez ustanku między bagażami... Rany boskie! Dotarliśmy w Wielkanoc. Po 12 godzinach i 1000 kilometrach w moim „nowym” Citroenie załadowanym zabawkami dziecka, rowerami i innymi bagażami pod sufit. Przez zadymy śnieżne Łotwy i Estonii, słoneczną i uroczą Litwę i tłoczną Polskę - kłócąc się i dyskutując na temat krzywdy, sumienia, zemsty i przebaczenia - jak to z Aniołem. Słabo widzieliśmy drogę, bo wysiadły spryskiwacze do szyb... No i nie zdążyliśmy na ostatni prom. W Lany Poniedziałek musieliśmy walczyć o miejsce, bo wszystko było zajęte na kilka dni naprzód. Ja, na „Rumuna”, na moje piękne oczy błagam tego miłego pana i przekonuję, mówie o tym samolocie, co Anioł ma następnego dnia... Niewesoło, bo nagle okazało się, że odcięcie Finlandii od świata to prosta sprawa. Anioł nie wierzył, ale udało sie. Docisnęli samochód kolanem i dwie godziny później byliśmy w Helsinkach.


TAŃCZĄCA ZE SZTANGAMI
W ciągu pierwszego miesięca osadziłam się formalnie. Zauważyłam, że nie używają gotówki, dzieci biegają po deszczu, a kobiety w ósmym miesiącu ciąży podrzucają sztangi na siłowni. Zgadywałam również, że musi istnieć relacja między jakością telefonów, bliskością przystani jachtowej i obecnością wielkich żagli w głównym lobby. Jestem żeglarzem i wiem, że „NAVIGARE NECESSE EST vivere non est necesse”, czyli z grubsza - trzeba wiedzieć dokąd się płynie, a cel nie musi być widoczny. Doświadczyłam siły fińskiego niżu atmosferycznego, który przygniatał wszystkich do biurek ciężarem swojego wielkiego, szarego zadka. Zauważyłam, że nic tak nie irytuje Finów jak arogancja i spóźniająca się wiosna. Mają wtedy w oczach kamienie. Zachwyciłam się moją nową pracą i rzuciłam się w wir nauki. Nie wierzyłam jeszcze wówczas, że nikt mi tutaj nic nie ukradnie, że wszyscy mogą być uprzejmi i że las może być właściciwie wszędzie – nie trzeba jechać na Mazury. Czułam, że pasuję do tego miejsca, ale były ciche zgrzyty w duszy, które wkrótce miały się stać coraz to głośniejsze. Zgrzytała moja polskość, która zderzała się z materią obcej kultury. Poznawałam jej kontur, kształt i smak. To trwa cały czas. Wydawało mi się wówczas również, że nie tęsknię za domem ani nikim, bo zawsze byłam nomadem. Czas pokazał mi jak sromotnie byłam w błędzie. Bardzo brakowało mi dziecka. Pewnego dnia, gdzieś w południowej Polsce, padał marcowy śnieg. Mój synek stwierdził: „To mama przysłała nam ten śnieg z Finlandii”!


ZESTAW PRZETRWANIA
Odwiedziła mnie wówczas przyjaciółka i zarejestrowałyśmy naszą rozmowę.
Co słychać?
- Wieje jak dzikie. Właśnie byłam pogapić sie na morze. Jest granatowosine, a szkwały „chodzą” co parę metrów. Tańczą jak szalone. Cała ta szklana buda (Nokia House), aż się trzęsie.
- No dobrze. To w pracy... dlaczego nie piszesz?
- Nie wiem. Coś mnie ogarnęło… marazm, brak chęci, weny, zobojętnienie. Banał mnie zatkał.
- Zacznijmy od przedszkola. Co się działo w tej sprawie?
- Kilka dni temu zdecydowałam, że zaatakuję również fińskie przedszkola. W okolicy jest ich kilka. Przeraziłam się, jak okazało się, że żadna z pań nie mówi po angielsku i zastanawiałam się, czy nie wyrzucą mojego podania do kosza. Na szczęście tego nie zrobiły. To jest tutaj bardzo dobre. Słowo Fina nie potrzebuje podpisu. To powoduje, że ludzie nie żyją w tak okropnym stresie i w niepewności tysiąca niemiłych niespodzianek niesionych przez codzienność. Jak ktoś powie, że coś się zdarzy, to się zdarzy, a jakby się miało nie zdarzyć, to uprzedza Cię o tym na pewno odpowiednio wcześniej. Doceniam to bardzo. Dziś właśnie rozmawiałam z panią dyrektor tego małego przedszkola. Jej angielski był straszny, ale naprawdę bardzo chciała sie porozumieć i oczywiście udało się. Zebrała cały wywiad dotyczący mojego synka. Wszystko ją interesowało. Pierwszy raz ktoś z przedszkola publicznego ze mną tak rozmawiał o moim dziecku i pytał się mnie o zdanie.
- To chyba dobrze... przejdźmy więc do tego pierwszego miesiąca pobytu tutaj... Co się udało?
- W zasadzie wszystko, co konieczne, żeby tutaj być. Po miesiącu właściwie mogę powiedzieć, że jestem osadzona w sensie formalnym. Zarejestrowana jako rezydent, mam ubezpieczenie, mieszkanie, konto w banku, karty, samochód, który wprawdzie trochę cieknie, ale zakleję silikonem to skubany przestanie, pracę i ustalony w niej rytm, no i właściwie sprawa przedszkola też wydaje się już zamknięta, ponieważ jak powiedziałam „słowo Fina nie wymaga podpisu”, więc jakieś miejsce się znajdzie. Teraz pozostaje tylko żyć.
- Co się nie udało?
- Nie zakończyłam sprawy swojego warszawskiego mieszkania, które pilnie muszę wynająć. Ale zanim wynajmę to muszę dokończyć wykańczanie go. I to sie jeszcze ciągnie.
- Jakieś chwile grozy, dreszcze? Nie bądź taka nudna.
- A były dreszcze. I groza. I magia. W dniu urodzin mojego syna (27.03) wyjechałam w podróż do Tampere. Nigdy wcześniej w życiu nie miałam wrażenia takiej bliskości śmierci. Wszystkie drogi były kompletnie zasypane śniegiem, śliskie, niczym nie posypane. Hamowanie praktycznie nie wychodziło, a każdy zakręt był rosyjską ruletką. Najgorzej jednak było na autostradzie, gdzie huraganowy wiatr raz po raz uderzał w auto, które natychmiast wpadało w śliczny poślizg. W rezultacie przez trzy godziny jazdy walczyłam o życie. Dlaczego? Tutejsze „zimowe” opony mają takie specjalne kuleczki, które powodują, że wszelkie manewry są dużo bardziej skuteczne, a i jazda po śniegu bezpieczna. Na północy ponadto można spokojnie przez parę miesięcy jeździć z łańcuchami. Kiedy przyjechałam do miejsca przeznaczenia ledwo stałam na nogach i słabo mi było na myśl o drodze powrotnej.
- A magia?
No magia była właśnie w drodze powrotnej. Wprawdzie tutejsze służby drogowe pracowały non stop, zawierucha wciąż była okropna, a droga nadal przypominała bardziej lodowisko niż drogę. Oni niczym nie sypią tych autostrad. Nikomu do głowy nie przyjdzie solenie czy coś w tym guście. Jedyny uznawany materiał to żwir. Jechałam, więc, tak sobie ciemną nocą, na polskich zimówkach, po prawej i lewej stronie olbrzymie ściany granitowych wąwozów, ślisko jak diabli. Każdy drobny ruch kierownicą groził kolejnym poślizgiem. Śnieg walił jak szalony, samochód tańczył na lodzie w rytm huraganowych podmuchów wiatru, wycieraczki zamarznięte już nie chciały go odgarniać. Zła byłam, że nie zostawiłam testamentu. Włączyłam radio... i nagle w środku fińskiego czarnego i strasznego „nigdzie” usłyszałam cały koncert fortepianowy f-moll Szopena... Absolutnie najpiękniejszy. Raźniej mi sie zrobiło.
Pomyślałam. – Boże, jeśli to ma być na koniec – to doskonały wybór.
- Ale przeżyłaś.
- Tak, i spałam potem jakieś 12 godzin.
- Powiedz mi, wobec tego – 5 najważniejszych rzeczy potrzebnych do przeżycia w Finlandii pierwszego miesiąca. Taki „zestaw przetrwania”...
- Jest takich kilka rzeczy. Znajomość angielskiego, życzliwi ludzie i umiejętność ich rozpoznawania i pytania, pytania, pytania, uśmiech, jakieś 1500 euro, niezawodna nawigacja samochodowa lub czytanie mapy i orientacja w terenie. W zimie ICH opony zimowe. Prostownik do akumulatora. Buty trekingowe i ciepła puchówka. Przydaje się dostęp do neta. Najpotrzebniejsi są jednak aniołowie. Ale jak się ich załatwia to nie powiem, bo nie wiem. Albo są albo ich nie ma.
Trzeba być przygotowanemu na samotność. Dużo samotności. Trzeba się równocześnie otworzyć. Pogodzić z tym, że wisi się w próżni, a los rzuca nami w różnych kierunkach. I nie stresować się, jak coś pójdzie nie tak. Wybierać nieskomplikowane rozwiązania.
- Największy „wnerw”... ?
- ...złapałam pewnego dnia, jak wkroczyłam na ten kołchozowy „open space”, gdzie nikt nie ma swojego biurka, powiedziałam głośno „Dzień dobry”, a żaden z okolicznych „człowieków” mi nie odpowiedział. Wtedy mi ciśnienie skoczyło. Popatrzyłam na jednego z nożem w spojrzeniu i zobaczyłam bezbrzeżne zdziwienie... Rozmawiałam potem o tym zdarzeniu z moimi niefińskimi współpracownikami. Wytłumaczyli mi, że to tutaj „normalne”, bo to ich przestrzeń, a oni pracują... I że muszę się przyzwyczaić. W biurze prawie nikt z nikim nie rozmawia. Nie wspomnę o śmiechu. Ostatnio odezwały się do mnie dwie osoby. Jeden Francuz, który desperacko poszukiwał mojego zasilacza do laptopa i pewien Fin!, który po półgodzinnej pogawędce podsumował, że to dziwne, ale tu nikt z nikim nie rozmawia... Popatrzyłam na niego z rozdziawioną buzią i myślałam, że się przesłyszałam. Ale, ale ... podobno to wszystko mija w sobotni wieczór...
- Z kim więc rozmawiasz?
- Z moją nawigacją samochodową... Czekam na synka i na mamę.
Synka przywiozłam z mamą dwa tygodnie później. Gdy, jak wyszliśmy do rękawa prosto z kabiny pilota, do której wpuszczono go, jako tego „co pierwszy raz”. Wrzasnął wtedy na cały głos – Maaamoooo!!! Te Heeelsiiinkiii sąąąąą pięęęęęękneeeee!!!!!!
Była ciemna noc i siedzieliśmy w wielkiej blaszanej rurze.


UCZTA BOGÓW U WIELKIEGO RENIFERA
Igor Newerly w swojej najlepszej książce napisał „Szczęśliwy, kto ogląda świat w chwilach przemiany i przełomu. Bogowie go do swego domu wezwali, by do uczty z nimi siadł”. No, więc, ja ucztuję już od kilku lat, świat się zmienia i końca nie widać. Zajmuję się globalnym programem testowania internetu mobilnego na urządzeniach i widzę, że znowu mam szczęście obserwować początek ważnego początku. Tajemnicą odwieczną było i nadal chyba jest, jak to możliwe, że fabryka gumowców zdołała stać tym, czym jest dziś. Liderem technologii mobilnych. Wszystkie współczesne telefony zawierają rozwiązania opatentowane przez Nokię. Cały czas staram się znaleźć odpowiedź na to pytanie. Od początku traktowałam tę pracę jako niesamowitą intelektualną przygodę i w rzeczy samej takową jest. Poznałam ludzi, którzy wytrącili moje myślenie z torów „żabiej perspektywy” i pokazali, jak różnorodny jest świat i nauczyli, jak to zrobić, żeby sie udało. Wiem , że kiedyś będę uważała ten okres za jeden z najciekawszych i najbardziej inspirujących zawodowo w moim życiu. Zajęło mi niemal dwa lata, żeby oswoić się i zdobyć zaufanie Finów, z którymi pracuję (o co chyba najtrudniej), ale było warto.


FLOWER POWER
Prezydent to kobieta, wielu ministrów to kobiety, dyrektor to kobieta, szef to kobieta – mogłabym tak długo. Pewnego razu znajomy, który cierpliwie wysłuchiwał historii z pracy, zwrócił mi uwagę, że w mojej opowieści ciągle obecne są kobiety, a pracuję przecież w branży telekomunikacyjnej. Zdziwiłam się, że on się zdziwił. Dla mnie to było oczywiste. Po chwili refleksji zrozumiałam, że ta „oczywistość” jest wynikiem zmiany, która się we mnie dokonała. Otoczona tutaj przez liczne grono mądrych, silnych, kompetentnych kobiet na wysokich stanowiskach, dla których każde wyzwanie jest tylko wyzwaniem, nabrałam siły i pewności siebie. Przesiąknęłam „jawnym, zaimplementowanym feminizmem”, że ja mogę i potrafię i nie porównuję się. No i tyle samo zarabiam. Ważna jest merytokracja, a zachowania szowinistyczne i dyskryminacyjne są niemal nieobecne. Szczególnie mocno skontrastowało to z czasami, gdy pracowałam jako lekarz w jednej z warszawskich klinik.
Słynnym skandalem niedawno była wypowiedź szefa sprzedaży fińskiego przedstawicielstwa jednego z niemieckich koncernów motoryzacyjnych o „miejscu kobiet w kuchni” opublikowana na łamach świątecznego dodatku dla panów. Ów pan, kilka dni później z żalem zawiadamiał opinię publiczną o swojej dymisji. Coś podobnego, obawiam się, byłoby w Polsce przemilczane i publicznie zaakceptowane… podobnie, jak „małpa w czerwonym” czy inne tego kolorytu wypowiedzi.
Niewiele we mnie zostało z „grzecznej dziewczynki”, na którą mnie wychowywano w polskiej tradycji. Wewnętrznie polubiłam i zaakceptowałam fakt, że mogę wiele. Serce mi rośnie, że jest wokół coraz więcej wspaniałych i wpływowych kobiet, które działają i realizują się jako matki i odnoszą sukcesy w swoich dziedzinach. Nasze matki jeszcze nie śmiały tego robić, my próbujemy, a założę się, że nasze córki przebiją nas o głowę. W Finlandii możliwe jest, by mama sama wychowująca dzieci lub matka ciężko i przewlekle chorego dziecka piastowała wysokie stanowisko państwowe czy też menadżerskie. Znam wiele takich przykładów. Nie jest to proste, ale wykonalne. Przypomniała mi się pewna historia z rodzaju tych „definiujących”. Pewnego razu, pewien młody, bezdzietny menadżer expat zwołał nieopatrznie spotkanie o dość późnej godzinie. W gronie zaproszonych właściwie w większości ojcowie i matki. O 16:30 spotkanie nawet nie zbliżało się do punktu kulminacyjnego, gdy większość z Finów cicho wstała, spakowała się, przeprosiła i udała się do przedszkoli po swoje dzieci. Nie zmieścił się jego problem. Ogromnie zadowolona do nich dołączyłam. Pan miał dziwną minę.

DZIECI SŁOŃCA I CIEMNOŚCI
Mój syn, który nie cierpi robactwa twierdzi, że „przyroda musi czasem ukąsić”. Co jednak, gdy kąsa przez pół roku bez przerwy? Jak opisać ten czas, gdy dni stają się tak zauważalnie krótsze, że ma się wrażenie nadciągającego końca świata, a już końcem października wszystko pogrąża się w czarno szarej magmie? Jak opisać to uczucie zapadania się w tej ciemności, znikania i rozpływania się myśli, nadciągającej senności i codziennej walki, by jednak funkcjonować normalnie? Doprawdy, nie wiem. Jak w dzbanuszku, z którego wycieka życie, w ludziach jest coraz to mniej słów, śmiechu, myśli, chęci na spotkania i woli czynienia czegokolwiek. Wszystko się rozmywa. Taką niezwykłą moc ma właśnie ciemność. Poranek bez podwójnej kawy i napoju energetycznego jest raczej niemożliwy. Pierwszej zimy postanowiłam zignorować ciemność, ale sęk w tym, że ciemność postanowiła nie zignorować mnie i przydarzyło mi się wszystko, co najgorsze. Zupełnie nie miałam świadomości, co się ze mną dzieje. Szukałam pomocy tubylców. Polecili kupić lampkę z luksami do naświetlania się, regularne uczestnictwo w imprezach, czyli bawić się i pić. Trochę pomogło. Drugiej zimy poleciałam w listopadzie na tydzień do Egiptu. Dostałam energię, która mi pomagała aż do stycznia, ale to wciąż było za mało. W marcu dopadła mnie druga fala „złego mzimu” zwana wiosennym syndromem SAD.
Niemniej potężną moc ma światło, z tym, że „świetlny haj” pokrywa się z sezonem urlopowym, więc jest dużo łatwiej. Dopóki jednak normalnie chodzi sie do pracy, problematyczna staje się kwestia snu – własnego i dzieci. Córeczka przyjaciół, którzy spędzili z nami poprzednie wakacje, zapytała mamę, która o 22ej kładła ich do łóżeczek: – Mamusiu, dlaczego w dzień ubierasz nas w piżamki?
Od maja obowiązkowo czarne rolety w oknach.


ODKOPANY NEANDERTALCZYK
Jest taki mit, że dzieci wrzucone w obcojęzyczne otoczenie po krótkim czasie zaczynają się nowym językiem sprawnie posługiwać. Możliwe, że małe dziewczyńskie gaduły tak – ale mojemu synowi zajęło to dwa lata, a długa droga jeszcze przed nami z pełnym wsparciem edukacyjnym. Przez długi czas był traktowany jako „inny”, „dziwny”, „niezbyt rozgarnięty”. Bardzo tęsknił za domem i rodziną. Tylko jego wrodzona odwaga i charakter pozwoliły na pokonanie tych trudności. Otrzymałam również ogromne wsparcie i życzliwość ze strony nauczycieli przedszkolnych i państwowych władz edukacyjnych. Ani przez chwilę nie czułam, że zostałam zostawiona sama sobie i że dziecko jest jedynie moim prywatnym problemem. Razem toczyliśmy walkę o niego. Nigdy nie zapomnę narady w sprawie mojego syna, gdy 6 osób zastanawiało się, jak najbardziej optymalnie zorganizować dla niego okres przejściowy między przedszkolem a zerówką. Mój syn zupełnie nie był obciążony nauką – to nie jest najważniejsze dla zerówkowiczów. Większość czasu spędzał na dworze bez względu na aurę. Dzieciom, ubranym w gumowe kombinezony, ani deszcz ani śnieg szczególnie nie przeszkadza. Wspinał się za to z kolegami z przedszkola po okolicznych skałkach, biegał po lesie, jeździł na nartach biegowych, łyżwach, lepił w glinie, piłował drewno i wbijał gwoździe (o zgrozo!), malował i robił doświadczenia w centrum naukowym dla dzieci Heureka. Fantastyczne i spokojne nauczycielki razem z dziećmi pomagały mu lepiej rozumieć język fiński i adaptować się z otoczeniem. Jeśli na taki cel wydawane są moje podatki – to ja nie mam nic przeciwko ich wysokości.


TO MNIE EGZOTYCZNIE WKURZA
Nie byłabym prawdziwą Polką, gdybym nie skrytykowała. Mamy to we krwi. Jest w Finlandii parę rzeczy, które mnie wkurzają. Pierwszą z nich jest „zamiatanie pod dywan” – swego rodzaju sport narodowy, podobny do hokeja. Unikanie konfrontacji z problemem i często drugim człowiekiem. Wygląda to tak, że wszyscy wiedzą jaki jest problem, ale nikt nie powie tego na głos, bo ktoś inny mógłby się może obrazić. Niestety, nie wszystkie kultury mają wbudowaną tego typu kurtuazję w stosunku do innych i wielokrotnie widziałam, jak ich przedstawiciele nadużywali podle tego fińskiego założenia o powszechnej dobrej woli i wynikającego z niego braku otwartej krytyki. Efekt był taki, że wszyscy wiedzą, że jest problem, wszyscy o nim myślą, czasem nawet coś sarkastycznie stwierdzą, ale ogólnie cisza jak makiem zasiał. Uważam za swój osobisty polski obowiązek niedopuszczanie do tego procederu na tyle, na ile jest to w mojej mocy.
Powszechna akceptacja wszechogarninającego niskiego poziomu estetyki wkurza mnie bardzo, chociaż wszystko jest czyste i poukładane. Nigdy nie chcę do niej przywyknąć, chociaż przestała mnie tak razić jak na początku. Fiński design jest słynny tylko za granicą, zaś na miejscu liczy się jedynie to, co ma zastosowanie praktycznie. Wszystko niepraktyczne powinno iść do piachu, bo szkoda na to energii. Tęsknię za polskimi sklepami. Wszystko jest drogie, a każda ponadstandardowa rzecz kosztuje kosmiczne pieniądze – zupełnie nie wiadomo, dlaczego. Chociaż w przypadku ubrań to może wiadomo. Ostatniej zimy jak wskoczyłam w trepy, kurtkę puchówkę i dżinsy/spodnie zimowe to nie wyskoczyłam z nich niemal do marca. Co więcej, po ciemku mało widać, więc po co ta cała garderoba? Nie ma gdzie i po co sie ubierać – szczególnie w zimie.


CICHA WALKA O POLSKOŚĆ
Jeżeli ktoś mnie kiedyś zapyta, jaką wartość edukacyjną wnoszą do narodu matki Polki, to powiem zawsze – język, tożsamość narodową i kulturę. Z Koliberkowymi rodzicami spotkaliśmy się po półrocznym pobycie w Finlandii. I tam właśnie zobaczyłam jak niesamowitą i cichą walkę o polskość i obecność języka polskiego w życiu ich dzieci prowadzą polskie mamy, których dzieci są już tylko w połowie Polakami i nie mieszkają w Polsce. To ogromne wyzwanie. Po raz pierwszy od wielu lat miałam możliwość i trochę czasu w zaangażowanie się w działalność „nonprofit”, zostałam więc koordynatorem sobotniego Klubu Przedszkolaka „Koliberek”. Prowadzenie zajęć w języku polskim na wszystkie możliwe tematy, informacje o polskiej kulturze, teatrzyki, konkursy z zagadkami i mnóstwo zajęć plastycznych pomaga dzieciom uważać ten język za język żywy, a nie jedynie język mamy i babci. Zawsze lubiłam prowadzić szkolenia, z dziećmi to podwójna frajda, a rodzice, którzy kolejno przygotowują zajęcia mają okazję pokazania się swoim dzieciom z innej strony. W Koliberku spotkałam Polki i Polaków, których mogę bez przesady nazwać moimi przyjaciółmi i bez których życzliwości, poczucia humoru i rad - trudno by mi było wyobrazić sobie życie w tym kraju. Czasem się nawet zastanawiam, kto bardziej potrzebuje Koliberka – dzieci czy ich rodzice?


„ZIMNI” FINOWIE
Mówi się, że są chłodni i bez emocji. Można to i tak powierzchownie postrzegać, ale to tylko powierzchnia. To ta cisza, ciemność, izolacja i zimno spowodowały, że w ciągu tysięcy lat pobytu tutaj, nauczyli się kierować w głąb siebie samych i koncentrować na przetrwaniu. Pewna Finka zapytała mnie kiedyś „Czy rozumiesz już co mówimy, kiedy nic nie mówimy”? Odpowiedziałam, że powoli zaczynam.
W Finlandii, jeśli nie chcesz, to nikt Cię nie znajdzie i co więcej, nikt nie będzie Cię szukał i na nikogo się nie natkniesz. Jeśli komuś na tym zależy, może tu założyć prywatną pustelnię ze stuprocentową gwarancją nienaruszalności spokoju. Po pewnym czasie, prawdziwym wyzwaniem i zadaniem nie jest odnalezienie odosobnienia – lecz ludzi właśnie. Trzeba się konkretnie napracować, żeby się spotkać i zsocjalizować. Obecność kogoś wokół nie jest ani naturalna ani oczywista. Pewnie dlatego Finowie tak bardzo nauczyli się być sami ze sobą i nie potrzebują tłumu kibiców wokół. Trudno jest po jakimś czasie wydostać się z takiej samowystarczalnej pojedynczości – stąd również wielu ludzi cierpi z powodu samotności, z której nie potrafią się wydostać. Często mają najwyżej kilku starych przyjaciół, których nie zmieniają i rzadko dodają nowych. Dla przybysza takiego, jak ja – mieszczucha z hałaśliwej aglomeracji - taka ilość czasu ze sobą była zupełną nowością. Dla niektórych sytuacja alienacji i samobytności bez ludzi jest zupełnie nie do zniesienia. Boją się tego, co być może dociera do nich w tej ciszy. I wówczas uciekają. Dla mnie na początku była wybawieniem, schronieniem, lekarstwem na skołatane nerwy, możliwością usłyszenia własnych myśli. Nauczyłam się spokoju wewnętrznego, analizy i koncentracji , a sytuacja samotnej mamy, która nie ma wielu możliwości rozwoju życia towarzyskiego, znakomicie to ułatwiała. W moim blogu napisałam, że zostanę „grubą, spokojną Finką”. Nie jestem ani grubą ani spokojną ani Finką, ale znam siebie lepiej. Bywało, jednak, czasami tak strasznie, że albo spałam, siedziałam godzinami na skypie albo kupowałam bilet do Warszawy. Wiedziałam już wtedy, że fińska cisza ma moc tworzenia i niszczenia.


SAMA? AKURAT...
Wiele osób zwraca się do mnie i mówi. „Jak to możliwe, że ty sama, w obcym kraju, bez języka i dałaś radę, z dzieckiem?”
Nic bardziej mylnego. Sam to się człowiek może najwyżej po głowie podrapać. Od początku mojej przygody z Suomi w moich działaniach, planach i zamierzeniach pomagał mi, jakby tak zsumować, cały sztab ludzi. Rodzina, przyjaciele, znajomi i nieznajomi. BYłam sama, ale jakoś zawsze zdarzał się ktoś, kto mi pomagał. Poczynając od pomocy przy wykończeniu warszawskiego mieszkania, opiece nad synem, doradztwie w kupnie auta, pomocy w przeprowadzce do Finlandii, poszukiwaniu lokum i kończywszy na dziesiątkach innych drobnych spraw, które przekraczały moje kompetencje. Bez ich wsparcia i pomocy, nic by się nie udało i nie mogłabybm przeżywać tej niezwykłej przygody. Wszystkim jestem ogromnie wdzięczna i każdemu z osobna mówię wielkie „Dziękuję”.
 

 

   Podróże dookoła Polski- Ciechanów

W cyklu Podróż dookoła Polski - ciekawe miejsca... przybliżamy najpiękniejsze miejsca w Polsce- te znane i mniej znane. Opowiadamy historię pięknych polskich miejsc, ale ponieważ Polska to nie porośnięty puszczą skansen lecz rozwijający się dynamicznie, nowoczesny kraj to pokazujemy też jak wyglądają różne zakątki Polski dziś.
 

 

 

 


 



 

 

 

Dzieje

Założycielem Ciechanowa był legendarny Ciechan, który w prasłowiańskich czasach szukał dogodnego miejsca na założenie rodziny. Trafił na dobrze usytuowany wzgórek wśród rozległych, pełnych grubego zwierza borów, otoczony z trzech stron rozlewiskami rzeki i urodzajnymi glebami. Zbudował na nim szałas i spłodził ze swoją żoną Dobrogniewą dziesięciu synów, z którymi, gdy dorośli, wzniósł drewniany, obszerny gród.

Przeprowadzone badania archeologiczne na ciechanowskim grodzisku dowiodły, że już w VII w. istniało tu bogate życie. Pierwsza pisana wzmianka o Ciechanowie pochodzi z 1065r. Był to dokument wystawiony przez Bolesława Śmiałego dla Benedyktynów mogileńskich, mocą którego mogli stąd pobierać daniny i opłaty. Można przypuszczać, że było to osiedle dobrze już rozwinięte i zagospodarowane, skoro zakonnikom z odległego Mogilna opłacało się ściągać stąd ówczesne podatki.

 

Rozwojowi osiedla sprzyjały warunki topograficzne. Przebiegał bowiem tędy znany od zamierzchłych czasów szlak bursztynowy, wiodący z północy na południe. Krzyżował się on ze szlakiem handlowym, biegnącym z zachodu na wschód Europy. Te uwarunkowania i pracowitość mieszkańców spowodowały, że Ciechanów wysunął się na czoło północno-mazowieckich grodów i przejął rolę centrum administracyjnego i obronnego regionu. Pełnemu rozwojowi osady przeszkadzały zakusy sąsiadów z północy i ich łupieskie najazdy. Od 1180r. napadali na Ciechanów Pomorzanie, Prusowie i Jadźwingowie. W 1337r. straszliwego spustoszenia dokonali Litwini pod wodzą księcia Olgierda.

Spłonął wówczas „Wysoki Gród” i domostwa znajdujące się na podgrodziu wokół „Zielonego rynku” (obecnie Pl. Kościuszki). Mimo tych tragedii gród stał się stolicą kasztelana, a nawet na pewien czas księstwem. W drugiej połowie XIV w. najazdy plemion z północy ustały i zaczął się złoty okres w dziejach Ciechanowa. Ks. Siemowit III nadał Ciechanowowi prawa miejskie, co podtrzymał jego syn Janusz I. Miasto zostało przeniesione w pobliże nowo pobudowanego zamku i zostało skoncentrowane wokół wówczas utworzonego drugiego rynku. Gospodarka miasta rozwijała się, wzrósł popyt na płody rolne, kwitło rzemiosło, a dobrobyt mieszkańców podwoił się.

Dalej...

 

 

   Ogłoszenia

Roadshow Polska wraz z Krajową Izbą Gospodarczą, Prezydentem Miasta
Gdańska, Gdańską Agencją Rozwoju Gospodarczego Invest GDA oraz we
współpracy z PAIiIZ zapraszają na POLISH INVESTFORUM 2010, którego
kolejna edycja odbędzie się w dniach 4-6 listopada 2010r. w Gdańsku.

Polish Investforum to pierwszy w Polsce cykl konferencji prezentujących
zagranicznym podmiotom możliwości inwestycyjne w Polsce oraz w
poszczególnych regionach kraju. Głównym celem Forum jest promocja
wizerunku Polski oraz pokazanie jej atrakcyjności dla lokalizacji
inwestycji zagranicznych.

W programie forum:
• 3 dniowy program
• Imprezy towarzyszące – koktajle, imprezy kulturalne i networkingowe,
specjalnie przygotowany przez Urząd Miasta Gdańska, program study tour
• Usługi doradcze w zakresie: prawodawstwo polskie, finansowanie
inwestycji, spotkania indywidualne z przedstawicielami miast polskich i
specjalnych stref ekonomicznych
• Paneliści- przedstawiciele rządu, samorządów, agencji rządowych,
instytucji finansowych, eksperci polscy i międzynarodowi
• Forum interaktywne- dające możliwości dyskusji i wymiany
doświadczeń

Główne tematy forum:
• Finansowanie inwestycji zagranicznych
• Sytuacja inwestorów zagranicznych w Polsce- Debata inwestorów z
rządem, samorządami, konsultantami
• Chiny i Indie – Doświadczenia inwestorów chińskich i hinduskich na
rynku Polskim, uwarunkowanie i perspektywy rozwoju
• Infrastruktura, budownictwo, rynek nieruchomości
• Outsourcing BPO/KPO, nowe technologie
• Energetyka i odnawialne źródła energii

Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości objęła patronat nad Polish
Investforum 2010.

Więcej informacji:
www.roadshowpolska.pl

Proszę nie odpowiadać na ten e-mail.

Jeśli nie chcesz otrzymywać więcej wiadomości:
http://archiwum.parp.gov.pl/lists/?p=unsubscribe&uid=f254b80399c652e0b7e5049cea27ee82

Aby zaktualizować swoje preferencje:
http://archiwum.parp.gov.pl/lists/?p=preferences&uid=f254b80399c652e0b7e5049cea27ee82

Przekaż wiadomość do kogoś:
http://archiwum.parp.gov.pl/lists/?p=forward&uid=f254b80399c652e0b7e5049cea27ee82&mid=28

Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości
ul. Pańska 81/83,
00-834 Warszawa,
tel.: (22) 432 80 80
fax: (22) 432 86 20, 432 84 04
 


Szanowni Państwo,

Przesyłamy link dotyczący oferty polskich uczelni wyższych w zakresie studiów w językach obcych: http://www.studyinpoland.pl/

Poniższe uczelnie oferują naukę na różnych wydziałach :

· Academy of Fine Arts in Poznan

· Adam Mickiewicz University

· AGH University of Science and Technology

· Andrzej Frycz Modrzewski Krakow University

· Bronisław Markiewicz State School of Higher Vocational Education In Jaroslaw

· Cardinal Stefan Wyszyński University in Warsaw

· Cracow University of Economics

· Cracow University of Technology

· Częstochowa University of Technology

· Eugeniusz Piasecki University of Physical Education in Poznan

· Gdansk University of Technology

· Jagiellonian University

· Karol Adamiecki University of Economics in Katowice

· Kazimierz Wielki University

· Kielce University of Technology

· Kozminski University

· Lazarski University

· Maria Curie-Sklodowska University

· Maria Grzegorzewska Academy of Special Education

· Medical University of Lodz

· Medical University of Lublin

· Opole University of Technology

· Poznan University of Economics

· Poznan University of Medical Sciences

· Poznan University of Technology

· Pultusk Akademy of Humanities

· Technical University of Lodz

· University of Silesia in Katowice

· University of Agriculture in Krakow

· University of Lodz

· University of Warmia and Mazury in Olsztyn

· University of Warsaw

· University of Wroclaw

· University School of Physical Education in Wroclaw

· Warsaw School of Economics

· Warsaw School of Social Sciences and Humanities (SWPS)

· Warsaw University od Life Sciences - SGGW (WULS - SGGW)

· Warsaw University of Technology

· Wroclaw Medical University

· Wroclaw University of Economics

· Wroclaw University of Technology

Na wskazanej stronie internetowej znajdziecie Państwo również odpowiedzi na pytania:

Why choose Poland?
Do I have to speak Polish?
How can I find a course of my interest?
What are the tuition fees at Polish institutions?
What are the living expenses in Poland?
Am I allowed to work in Poland?
Is health insurance necessary?
How will i find housing?
How do I legalize my stay in Poland?
Are any scholarships available?

Dział Polonii i Promocji

Konsulat Generalny RP w Toronto


 

 


 

 


 


www.mbvolunteer.ca

Need to recruit volunteers? Post opportunities on Volunteer Manitoba's free recruitment website free of charge! Current listings

are sent to media, universities, colleges, high schools, trade schools, and selected agencies on a weekly basis.
We see an increase in “website traffic” each January, so post your positions in time for the New Year!

Step 1: Log on to mbvolunteer.ca and click on Create an Account link.
Step 2: Fill in the form provided and click Send Registration when complete.
Step 3: Activate your new account. An activation email will be sent to you.
Step 4: Go to mbvolunteer.ca and click on Login in the menu. Enter your user name and password.
Step 5: Click on the Post a Position link in the menu (or on the homepage). The Posting Form will appear.
You can choose to have your opportunity appear on both of our websites!
Step 6: Click Submit when form is completed. It will be posted on our site within 2 business days.

www.myvop.ca

Need to recruit youth volunteers? Manitoba Youth Volunteer Opportunities  (MYVOP) is also a free recruitment tool for organizations.  Visit www.myvop.ca or en français www.myvop.ca/fr and follow the steps above to recruit youth volunteers ages 13-30.

Please do not hesitate to contact us for further information!

Cheers,
Noreen Mian
Program Manager
Volunteer Manitoba 
Suite 410 - 5 Donald Street S.
Winnipeg
, MB Canada R3L 2T4
Ph: 204.477.5180 Ext. 230
Toll Free: 1.888.922.4545
Fax: 204.284.5200
www.myvop.ca

Hello:

I am the Program Assistant of the University of Winnipeg's English for Specific Purposes Program. Please find attached a poster for our upcoming Winter session of courses for internationally educated professionals or for immigrants who would like to improve their English and academic skills to enter university. We would be very grateful if you would  place this poster in an area where members of your ethnic community will see it. Our courses are free to qualifying immigrants.

If you have any further questions, please do not hesitate to contact me.

With gratitude,
Carolynn

Carolynn Smallwood, M.A.
Program Assistant
English for Specific Purposes Program
515 Portage Avenue, Room 4C34
(4th floor, Centennial Hall, Room 34)
 

Mailing Address:
English Language Programs
English for Specific Purposes
515 Portage Avenue
Winnipeg, Manitoba  R3B 2E9
p: 204.982.1818
c.smallwood@uwinnipeg.ca
 

If you are delivering an application in-person, please drop it off at the English Language Programs offices at 491 Portage Avenue in the Rice Building (Lobby), and mark it "Attention: Carolynn Smallwood--English for Specific Purposes."

If you are delivering an application in-person, please drop it off at the English Language Programs offices at 491 Portage Avenue in the Rice Building (Lobby), and mark it "Attention: Carolynn Smallwood--English for Specific Purposes."

Szczegóły


 


Translate this page - Note, this is automated translation meant to give you sense about this document.
 
Kalendarz wydarzeń
<<< lipiec >>> 2010
Ni Po Wt Śr Cz Pi So
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zapisz się na naszą listę
Email
Imie i nazwisko

 

 

Spis Książek Biblioteki SPK
Polsat Centre
Człowiek Roku 2008


Kliknij tutaj aby zobaczyć ofertę



 


 

Irena Dudek zaprasza na zakupy do Polsat Centre Moje motto: duży wybór, ceny dostępne dla każdego, miła obsługa. Polsat Centre217 Selkirk Ave Winnipeg, MB R2W 2L5, tel. (204) 582-2884

Kliknij tutaj aby zobaczyć ofertę
 

 

Polskie programy telewizyjne w Twoim domu 16 kanałów

TVP1, TVP2, TVN, TVN24, TVN7, Polsat, Polsat2 ,TV Polonia, TVPuls, Eurosport, Polsatsport, Nsport, AXN/Discovery, Boomerang, TV4,

Viva IPMG to system który umożliwi Ci stały odbiór tych programów To nie jest Slingbox czy Hava Potrzebny Telewizor, IPMG box, Router i internet
Box kosztuje 200CDN, miesięczna opłata 50CDN i jednorazowa opłata za aktywacje 50CDN Dzwoń na
282-2090 do Janusza

 

 



189 Leila Ave
WINNIPEG, MB R2V 1L3
PH: (204) 338-9510

 



Kliknij tutaj, aby wejść na stronę gdzie można ściągnąć nagrania HYPERNASHION za darmo!!!
 


 

Royal Canadian Legion
Winnipeg Polish Canadian Branch 246
1335 Main St.
WINNIPEG, MB R2W 3T7
Tel. (204) 589-m5493


 



“Klub 13”
Polish Combatants Association Branch #13
Stowarzyszenie Polskich Kombatantów Koło #13
1364 Main Street, Winnipeg, Manitoba R2W 3T8
Phone/Fax 204-589-7638
E-mail: club13@mts.net
www.PCAclub13.com


Zapisz się…
*Harcerstwo
*Szkoła Taneczna S.P.K. Iskry
*Zespół Taneczny S.P.K. Iskry
*Klub Wędkarski “Big Whiteshell”
*Polonijny Klub Sportowo-Rekreacyjny