23 grudzień 2010 | <<< Nr 158 >>>

   W tym numerze
 

  • Życzenia Świąteczne i Noworoczne
    od Polonii dla Polonii

    Chcesz być naszym korespondentem, autorem napisz do nas
    Chciałbyś/aś umieścić bezpłatne prywatne ogłoszenie kliknij tutaj
    Poleć nam ciekawą stronę
    Chcesz złożyć komuś życzenia
    Masz ciekawe zdjęcie - prześlij do nas
Życzenia świąteczne
Do Redakcji
Wydarzenia warte odnotowania
Wiadomości z Polski
Zdjęcia od czytelników
Tworzenie się nowego porządku świata cz 10
Colin Sisson
Felieton Jacka Ostrowskiego
Humor
Upadek światowego systemu monetarnego cz 32
Ciekawostki
Manitoba - Grudzień w fotografii
"Koniec?"- książka Jacka Ostrowskiego
Polki w świecie-Aleksandra Alex Skalska
Kalendarz Wydarzeń
Polsat Centre
Kącik Nieruchomości  

 

  Życzenia świąteczne
 


      Życzenia Świąteczne dla Polonii od Polonii

 

 

 

 


Szanowni Państwo,

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia oraz zbliżającego się Nowego Roku 2011 życzymy Państwu wszelkiej pomyślności.
Polonikom, rozrzuconym po świecie, od szczytów Andów po głusze Syberii, życzymy dalszych lat przetrwania.
Powstają wciąż nowe pomniki polskości, odsłaniane są nowe tablice pamiątkowe, stawiane są obeliski, ale pamiętajmy, iż równocześnie setki starych znaków pamięci polonijnej niszczeją w zapomnieniu. Polonicum za priorytet przyjmuje ewidencję tych okruchów polskości rozsianych po świecie.

To smutne, że Polonica są tak mało odwiedzane... Gdy spotkamy kogoś, gdzieś w świecie, przy grobie polskiego poety, bez wahania się zapytajmy : "… mówi pani/pan po polsku, wahrscheinlich, je crois, don’t you?”

W celu rozpropagowania idei ewidencji polskich znaków pamięci narodowej, Polonicum wydało w kilkudziesięciotysięcznym nakładzie kartkę pocztową z fotografią pomnika Ignacego Paderewskiego w szwajcarskim Morges.

Z przyjemnością wyślemy Państwu większą ilość egzemplarzy na zwykłe zapytanie. 

Z wyrazami szacunku –
Edyta & Stan MACH & grono osób z kręgu Polonicum

Polonicum Machindex ® Institut
case  postale  1182   
CH-1701 Fribourg,
Szwajcaria     



 

Już się światło Betlejemskiej Gwiazdy rozprasza w oczach szczęśliwych dzieci, już  się śmiech i wzruszenie miesza ze śnieżnym puchem a w sercach ludzi budzi nowa nadzieja, już się Bóg rodzi w zagubionych duszach, złamanych  obietnicach, nieudalnych człowieczych próbach... Już się Bóg spieszy na ludzkie drogi by służyć...

Niech ten niezwykły czas w którym boskość miesza się z człowieczeństwem, dobro pokonuje zło a światłość ciemność będzie dla Was czasem prawdziwie błogosławionym....

Małgosia z Rodziną

 

 

Z okazji zbliżających się

Świąt Bożego Narodzenia oraz Nowego 2011  Roku,

w imieniu Redakcji 

 Lwowskiej Fali

 Polskiego Radia Katowice

 

Zwiazku Wypedzonych z Kresow Wschodnich RP Swiatowego Kongresu Kresowian 

Towarzystwa Miłosnikow Lwowa w Bytomiu

 

składamy serdeczne życzenia Wiernym Słuchaczom

Miłośnikom, Sympatykom i Przyjaciołom

 

Niech nadchodzące Swięta będą pełne radosnych chwil

w gronie Rodziny i Przyjaciół.

Niech trudny rok, który dobiega końca, pozostawi pamięć, ale stanie się  już tylko historią...
 

Łamiąc się z Wami opłatkiem, z lwowskim  "Daj Boże zdrowie"

                                                      Danuta i Jan  Skalscy

 

 

           Zapraszamy do świątecznych programów 26 grudnia 2010 o godz. 8.10 

i w poniedziałek o 1.00 czasu polskiego

oraz w każdą następną niedzielę

w paśmie 102,2 MHz UKF  i w internecie www.radio.katowice.pl

 i www.kresowianie.com



Gorące i serdeczne życzenia radosnych i rodzinnyh świąt Bożego Narodzenia życzą Sławek i Marysia Roch z Glasgow ze Szkocji. Prosimy dziś przychodzącego maleńkiego, nagusieńkiego Boga, prosimy w tajemnicy Betlejemskiej Stajenki o Boże łaski, o Boże dary dla Was wszystkich, tak bardzo nam drogich. W klimacie pachnącego, leśnego drzewka, bombek, pysznych cukierków i przedziwnych lampek, niech płynie z naszych serc cudownie kojąca kolęda. Tradycyjne potrawy wigilijne niech ubogacą nasz polski stół, niech zgromadzi się przy nim cała rodzina i niech nie zabraknie dziś miejsca dla jeszcze jednego Gościa. Kolędnicy zapukają do naszych drzwi, a Boże Błogosławieństwo zagości w naszych domach, rodzinach i pozostanie na cały następny, nowy i daj Boże lepszy rok.

Slawek i Marysia Roch

 

P.S.

Drogi panie Bogdanie goraco dziekuje za materialy, ktore przychodza do mnie i do mojej zony Marii, czytamy i interesujemy sie losami naszej Polonii w Kanadzie. W zalaczniku przesylam takze Listy, ktore serdecznie polecam.

Slawek

 


  Do Redakcji

Szanowni Państwo,
 


 

Uprzejmie proszę o zapoznanie się z pierwszym numerem Newslettera na temat działalności Zespołu Szkół dla Dzieci Obywateli Polskich Czasowo Przebywających za Granicą oraz prowadzonych przez nas inicjatyw i programów.

    Widzimy potrzebę większej integracji naszych działań i komunikowania ich na zewnątrz. Chcemy dotrzeć zwłaszcza do osób, które są bezpośrednimi odbiorcami oferty Zespołu Szkół czyli do rodziców i ich dzieci. W następnych numerach będziemy starali się zadbać również o dzieci i młodzież i przekazywać im nie tylko wiedzę o sprawach formalnych, ale także o tym, co bezpośrednio ich dotyczy czyli o nauczaniu on-line. 

W listopadzie uruchomiliśmy naszą stronę na Facebooku: Otwarta Szkoła i tam na bieżąco zamieszczamy linki do ciekawych materiałów edukacyjnych i zachęcamy do kontaktu z nauczycielami i pracownikami Zespołu Szkół oraz pomiędzy uczniami i rodzicami uczestniczącymi w działaniach edukacyjnych. Zachęcamy do "polubienia" strony OTWARTA SZKOŁA na Facebooku i czynnego uczestniczenia w jej tworzeniu - myślę, że perspektywa organizacji polonijnych jest bardzo interesująca dla osób uczestniczących w tym projekcie.
 

 Chcemy też Państwa informować o działaniach i pracach legislacyjnych dotyczących oświaty polskiej za granicą, a które zmierzają do budowy systemu wsparcia tej oświaty. Polecamy szczególnej uwadze tekst o powołaniu „Ośrodka Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą ”ORPEG” i o zmianach, które w związku z tym nastąpią w Zespole Szkół oraz w Polonijnym Centrum Nauczycielskim w Lublinie, które zostanie włączone do Zespołu Szkół z dniem 1 stycznia 2011.

Mam nadzieję, że informacje będą przydatne, zwłaszcza w okresie dużych zmian, które mają właśnie nastąpić. Zachęcam do lektury i proszę o kontakt bezpośredni lub na Facebooku
 

Z poważaniem

Małgorzata Krukowska
Koordynator ds. promocji
Projekt "Otwarta Szkoła - System Wsparcia Uczniów Migrujących"
 
Zespół Szkół dla Dzieci Obywateli Polskich Czasowo Przebywających za Granicą
ul. Rolna 175 D 
02-729 Warszawa       
tel. (22)  622 37 92/93 wew. 210
fax. (22)  853 87 02/03
 www.polskaszkola.edu.pl

 


Szanowni Państwo.

Już za kilka tygodni  wystartuje
WIELKA ORKIESTRA ŚWIĄTECZNEJ POMOCY.   
Wzorem lat ubiegłych, XIX Finałowy Koncert odbywa się pod honorowym patronatem Konsulatu Generalnego RP

w Toronto.

Zapraszamy 9 stycznia 2011 roku

wszystkich ludzi dobrej woli i wielkich serc

na Finałowy Koncert, który odbędzie się w Anapilis Christian Community Centre

2185 Stavebank Road w Mississauga.

Do tej pory Orkiestra zbierała pieniądze między innymi dla:
Kardiochirurgii dziecięcej

Chirurgii urazowej i ortopedii dziecięcej

Neonatologii

Pediatrii

Nefrologii dziecięcej

Chirurgii noworodka

Nowoczesnej diagnostyki w neonatologii i pediatrii

Laryngologii dziecięcej

Wczesnej diagnostyki onkologicznej dzieci.

W tym roku pomagamy dzieciom z chorobami urologicznymi

i nefrologicznymi.

 

Do akcji dołączyło się  kilkadziesiąt sztabów zagranicznych ,

w tym m.in. z Kanady,  Austrii, Belgii, Francji, Grecji, Hiszpanii, Holandii, Irlandii, Niemiec,  Szwecji , USA oraz Wielkiej Brytanii.

Szczegóły znajdziecie Państwo na oficjalnej stronie XIX Finału WOŚP http://www.wosp.org.pl/final/o_xix_finale_wosp

 

ZRÓBMY TO DLA NASZYCH MALUCHÓW,

WSPIERAJMY POLSKA MEDYCYNĘ DZIECIĘCĄ
I  GRAJMY DO KOŃCA ŚWIATA I JEDEN DZIEŃ DŁUŻEJ !

Dział Polonii i Promocji

Konsulat Generalny RP w Toronto


 

 

 


   Wydarzenia warte odonotwania

 



Sylwester 2010

 

 

 



A Christmas Opus

 

 

 

   Wiadomości z Polski
Przygotwane przez Tadeusza Michalaka

 

 

 

Prezydent

Objeżdżał grudniowe rocznice: pacyfikacji kopalni "Wujek" i masakry 1970 na Wybrzeżu. Manifestanci podczas uroczystości wypominali mu zaproszenie gen. Jaruzelskiego na obrady Rady Bezpieczeństwa Narodowego.

 

Sejm

Uchwalił budżet. Maksymalny przewidywany w nim deficyt to 40.2 mld zł, przy dochodach 273.3 mld.

Przyjął nowele ustawy o stosunku państwa do Kościoła katolickiego, likwidującą Komisję Majątkową. Pozostałe sprawy o zwrot majątku odebranego Kościołowi mają załatwić sądy. Przeciw była tylko lewica, zaskakująco trochę - ale ma dobry powód. W TK leżą jej wnioski o zbadanie konstytucyjności tej komisji, po jej rozwiązaniu staną się bezprzedmiotowe.

Przyjął senacką poprawkę obniżającą o połowę subwencje budżetowe dla partii politycznych. Minimalną większością, głosami PO i PJN. W wielu mediach to była główna wiadomość, ale znaczenie ma raczej populistyczno-symboliczne, budżet oszczędzi ledwie 50 mln.

 

Minister Infrastruktury

Tłumaczył się w mediach i w Sejmie z ostatniego bałaganu na kolei. Zapowiedział cofnięcie rocznych nagród prezesom wszystkich kolejowych spółek. Premier domaga się głów (dokładniej "decyzji personalnych na najwyższych szczeblach"). I pewnie będą, tak zasugerował minister po dzisiejszym spotkaniu z premierem. Opozycja złożyła wniosek o wotum nieufności dla ministra.

Kolej zamieściła 16 grudnia w głównych dziennikach całostronicowe przeprosiny dla pasażerów. A w piątek 17 grudnia znów miała serię poważnych opóźnień.

 

Lekarze

Z Porozumienia Zielonogórskiego znów w sporze z rządem, domagają się podwyżki stawek za porady lekarskie. Minister Ewa Kopacz twierdzi, że pieniędzy na takie podwyżki nie ma.

Do dymisji podał się wiceminister zdrowia, Marek Twardowski. Powodem jest właśnie brak porozumienia z PZ (sam był kiedyś jego członkiem) oraz opóźnienie wprowadzenia nowej listy lęków refundowanych.

 

Spadną ceny gazu

Zatwierdzony już cennik PGNiG przewiduje obniżkę cen o 3.2%. Nie zmieniają się opłaty stałe, za przyłączenie i przesył. Do tego rośnie VAT, więc obniżka będzie w rzeczywistości bardzo niewielka.

 

"Badanie katastrofy Tu-154 zakończyło się skandalem"

 

Międzynarodowym skandalem zakończyło się badanie katastrofy polskiego samolotu prezydenckiego, do której doszło wiosną tego roku pod Smoleńskiem - ocenia rosyjski dziennik "Kommiersant".

Gazeta wyjaśnia, że w czwartek (16 grudnia) rząd Polski zwrócił rosyjskiemu Międzypaństwowemu Komitetowi Lotniczemu (MAK) jego raport o przyczynach katastrofy, a polski premier Donald Tusk wytłumaczył, że raport nie może zostać przyjęty z powodu niedbalstwa, błędów i bezpodstawności niektórych wniosków rosyjskich ekspertów.

Według "Kommiersanta", w ten sposób badanie, które MAK prowadził przez pół roku, najpewniej trzeba będzie zacząć od nowa. Dziennik podkreśla, że do 210-stronicowego raportu Polska przysłała 148 stron uwag.

"Kommiersant" zauważa, że techniczne szczegóły "polskiego raportu" nie są na razie znane, jednak ogólny sens pretensji wystarczająco szczegółowo i publicznie przedstawił premier Polski
Donald Tusk.


Wrak rozbitego Tupolewa na lotnisku w Smoleńsku.

 

 

 

Jeszcze o budżecie

Powstał przy założeniu, że w przyszłym roku PKB zwiększy się o 3.5% (w tym roku planowano 3%). Stopa bezrobocia ma spaść do 9.9% (na ten rok prognozowane 12.3%). Średnioroczna przewidziana inflacja - 2.3%. Płace w budżetówce zamrożone. Nie dotyczy to nauczycieli: mają dostać 7% podwyżki we wrześniu 2011 r. Ustawa budżetowa musi teraz przejść przez Senat.

 

Mikołaj Dowgielewicz, minister ds. europejskich

Mówi, że `o sprawie oszczędności w przyszłym wieloletnim budżecie Unii nie dyskutowano, i nie zostało to uwzględnione we wnioskach końcowych' [unijnego szczytu w Brukseli]. A było takie realne zagrożenie [dla Polski], nam najbardziej chodzi o program spójności.

 

Marek Belka, szef Narodowego Banku Polskiego

Mówi, że oczywiście wejście do strefy euro jest wciąż strategicznym celem Polski, ale pośpiech byłby nieuzasadniony, zwłaszcza teraz. `Obecnie więcej czynników ryzyka wiąże się z przebywaniem w strefie euro niz. z byciem poza nią'.

 

Podrożeje prąd

Od nowego roku opłaty za elektryczność rosną o 4 do 7% ( rożnie w rożnych regionach kraju). Spółki sprzedające energię chciały podwyżek 13-20%. Jak zwykle, mamy się cieszyć, że Urząd Regulacji Energetyki tego nie zatwierdził.

 

ExxonMobil

Zaczyna wiercić w Polsce. Szuka gazu łupkowego. W całej Polsce udzielono już różnym firmom (także, oczywiście, polskim) 70 koncesji na poszukiwania. Wśród polskich już zaczynających poszukiwania jest PGNiG oraz Petrolinvest (kontrolowana przez Ryszarda Krauze).

 

Sprawa protestów lekarzy

Nie jest taka prosta. O ile rozumiem, chodzi o to, że w NFZ pieniędzmi rządzą punkty. Za zwykłego pacjenta jest mniej punktów. A np. za cukrzyka - więcej. I przychodnie chętnie wpisują ludzi do cukrzyków, nie dbając zbytnio o specjalistów (nie żeby oszukiwali, tylko `nie trzymają się procedur'. Teraz lekarze z Porozumienia Zielonogórskiego chcą po prostu wyższych stawek dla `zwykłych' lekarzy rodzinnych.

 

Kino z tym parytetem

Jak wiadomo, sejm uchwalił parytety. Na listach wyborczych ma być nie mniej niż 35% kobiet i 35% mężczyzn. Teraz Senat wprowadził arcyważną poprawkę: na listach liczących trzy osoby musi być, co najmniej jedna kobieta i jeden mężczyzna.

 

Andrzej Mleczko w `Polityce'

Na rysunku smutny błazen żali się: `Nigdy nie wiem, czy śmieją się ze mnie, bo jestem zabawny, czy dlatego, ze popieram PiS'.

 

Coś do czytania

W sobotniej Rz fascynująca historia jak to wileński Żyd, Eliasz Baran, żołnierz AK, pomagał młodemu wówczas stryjowi obecnego Prezydenta, żołnierzowi polskiej konspiracji. Chłopca rozstrzelali Niemcy. Wkrótce potem zginął też na Ponarach Baran. A syn Barana, Zeev, wzięty izraelski architekt, (dziś - konsul honorowy Rzeczypospolitej w Jerozolimie) dopiero niedawno spotkał się z Bronisławem Komorowskim - nie wiedzieli o sobie.

 

 

 

 

  Zdjęcia od czytelników
Pani Bożena Kalinowski przesłała nam kilka zdjęć z Saskachewan.

Poniżej dwa zdjęcia ze zjawiskiem zwanym Sun Dog.



 


 

 


 

  Tworzenie się nowego porządku świata cz 10.          Index
 Fizyka kwantowa a realizacja marzeń

    

 Dzisiaj naszym gościem jest Colin Sisson a tematem dzisiejszych rozważań będzie jego książka "Podróż w głąb siebie".

A o to co napisano o Colinie i jego książce.
Książka ta stanowi odpowiedź na pytanie: jak świadomie tworzyć bardziej pozytywną rzeczywistość? Sisson krok po kroku wyjaśnia, czym jest samoświadomość i dlaczego jest tak ważna; sugeruje, co można zrobić, by podnieść jej poziom; proponuje ćwiczenia do pracy wewnętrznej; uczy konkretnych umiejętności efektywnego funkcjonowania oraz praktyk nieodzownych dla zdrowego umysłu, ciała, emocji i ducha. Właściwie jest to PODRĘCZNIK ĆWICZEŃ pełen informacji inspirującej do zmiany wiedzy. Rzetelne wykonywanie tych ćwiczeń będzie oznaczać koniec z usprawiedliwieniami, koniec z odgrywaniem roli ofiary. Da Ci początek nowej drogi życiowej, bo, jak twierdzi Sisson, „każdy z nas posiada gdzieś w środku wiedzę. Jak stworzyć życie. Jakiego chce".
Książka ta jest wezwaniem do działania, do wzięcia odpowiedzialności za własne życie i do dokonywania świadomych wyborów. Po jej uważnym przeczytaniu może się okazać, że uda Ci się osiągnąć naturalny stan zadowolenia, szczęścia i harmonii oraz z entuzjazmem brać udział w pięknej przygodzie, jaką jest życie. ZA-RYZYKUJ! To może mieć wielkie znaczenie dla Ciebie, dla Twoich najbliższych, dla wszystkich ludzi, których spotykasz, dla jakości życia na naszej planecie...
To podręcznik dla wszystkich, którzy dokonali pewnego podstawowego wyboru: że chcą świadomie uczestniczyć w procesie własnej ewolucji. Także dla doradców, konsultantów, rebirtherów (terapeutów odradzania oddechem), psychologów, nauczycieli, rodziców.

 

 

Colin Sisson, "Podróż w głąb siebie"


 

FIZYKA KWANTOWA

Na początku XX wieku dokonano odkryć, które całkowicie zmieniły sposób, w jaki wielu ludzi postrzegało tajemnicze zjawiska tego świata. Były to odkrycia Alberta Einsteina oraz odkrycia w dziedzinie fizyki kwantowej. Pokazywały one, że fizyczny wszechświat złożony jest z czystej energii, której nie można zniszczyć, można ją jedynie zamienić na inną formę energii czy materii, bez żadnych strat podczas transformacji.
Weźmy na przykład kawałek drewna, który jest materią. Przy zetknięciu z bardzo wysoką temperaturą spala się, tworząc ogień. Popiół pozostały po spaleniu to materia, a reszta drewna ulega transformacji w gazy, które ulatują gdzieś w świat, aby przydać się w innym miejscu. Podczas tej transformacji nie ginie ani jedna cząstka  następuje jedynie zmiana formy istnienia.

WIBRACJE

Energię, z której składa się wszechświat, można zmierzyć metodami naukowymi, przez określenie częstotliwości, z jaką każda cząsteczka energii wibruje. Fizyka atomowa odkryła, że energia ta złożona jest z atomów i cząsteczek, poruszających się z niewiarygodną prędkością.

Na przykład kolory różnią się między sobą częstotliwością wibracji cząsteczek. Dlaczego i czym różnią się od siebie kreda, szkło, woda i plastik? Są to tylko pozornie różne substancje, gdyż ich cząsteczki wibrują z różnymi częstotliwościami. Różnica w prędkości wibracji powoduje inną strukturę molekularną i inną gęstość. Częstotliwość wibracji można zmienić, poddając te substancje działaniu innej formy energii, na przykład bardzo wysokiej lub niskiej temperatury. W ten sposób woda zmienia się w parę lub lód.

Zjawiska te uznaje nawet materialistyczna koncepcja świata. Materialiści jednak nie mogą sobie poradzić z bardziej subtelnymi formami energii, których istnienia nie można udowodnić za pomocą eksperymentów. Koncepcja materialistyczna oddzieliła od reszty stworzenia i zaakceptowała tylko materialną część świata Chociaż sfera świadomości i myśli rządzi się takimi samymi prawami fizyki, materialiści nie mają sposobu, aby zbadać te bardziej subtelne rejony.
Nie da się jednak zaprzeczyć, że każdy człowiek myśli. Twierdzimy, iż jakość naszego życia całkowicie zależy od jakości naszych myśli.
Stwierdzenie to nie będzie miało żadnego znaczenia, jeżeli nie odniesiemy go do własnego doświadczenia i nie zastanowimy się, jaki ma ono związek z naszym osobistym szczęściem.


 Kontynuacja...

 

 

   Felieton Jacka Ostrowskiego

 

Dziwne spotkanie


        Zbliżają się Święta i dlatego na przekór wszystkiemu chcę opowiedzieć o moim spotkaniu z bardzo dziwnym człowiekiem. W lecie spotkałem księdza ( tu pozwolę sobie nie wstawiać nazwiska, bo nie wiem, czy mój rozmówca życzyłby sobie tego i będę umownie nazywał go X.) X. Ten mężczyzna postanowił odejść z pewnego Kościoła, gdzie od wielu lat wykonywał posługi kapłańskie. Czemu odszedł? Czemu na stare lata przekreślił całe swoje życie? Przyczyna jest prosta, stracił wiarę. Zwątpił we wszystko to, w co do tej pory święcie wierzył i teraz stojąc prawie nad grobem chce się oczyścić duchowo. Nie ukrywam, że zaciekawiła mnie jego postawa. Pierwszy raz spotkałem człowieka tak mocno związanego swoim życiorysem z Kościołem , który decyduje się na takie odwrócenie biegunów. Spytałem- dlaczego?

- Przestałem wierzyć- oznajmił mi i dziwnie uśmiechnął się.

- Ksiądz nie wierzy w Boga? – zdziwiłem się. – Przecież to jest niemożliwe!

- Dlaczego? – jakoś dziwnie spojrzał na mnie. – Czy księdzu nie wolno myśleć? Czy ksiądz nie ma prawa do wyciągania wniosków?

- Nie no, ok. – przytaknąłem mu niezbyt przekonany co do jego słów.

Zauważył to.

- Proszę tak na mnie nie patrzeć, nie zwariowałem. Kiedyś mój brat kupił mi w prezencie komputer, taki zwykły z dużym monitorem, wielkim pudłem i klawiaturą. Byłem zaskoczony tym niespodziewanym prezentem, ale nie było wyjścia, przyjąłem go.

Stał u mnie bezużytecznie chyba z rok. Jednak w końcu przemogłem się i ostrożnie , jak pies do jeża podszedłem do tej tajemniczej maszyny. Kupiłem sobie kilka grubych podręczników, syn gosposi ( notabene uczeń trzeciej klasy szkoły podstawowej) podszkolił mnie z podstawowych czynności i nie wiadomo kiedy połknąłem komputerowego bakcyla.

Im bardziej wgryzałem się w to wszystko tym więcej zauważałem podobieństw maszyny do człowieka.

- Maszyny do człowieka? – zdziwiłem się. On tylko uśmiechnął się i skinął głową.

- Nie rozumiem? – starałem się coś wyczytać z jego twarzy, ale była nieprzenikniona. X wpatrywał się we mnie z wielka uwagą.

- Tak – odezwał się po chwili milczenia. - Przez wiele lat odwiedzałem pobliski dom spokojnej starości, zaglądałem do hospicjum , jak i często byłem z posługą w szpitalu. Przez całe życie wysłuchiwałem wiernych, byłem pocieszycielem chorych i starałem się nawrócić tych co zbłądzili. Całe życie słuchałem innych i dopiero teraz zauważyłem, że cały czas byłem głuchy i ślepy. Wiem, że to zabrzmi strasznie w ustach duchownego, ale zauważyłem, że my tak jak te komputery jesteśmy tylko maszynami. Jesteśmy takimi biologicznymi komputerami. Nasza dusza to procesor, pamięć to dysk twardy, narządy są niczym innym tylko płytą główną. Zasilaczem zaś jest układ pokarmowy.

Zatkało mnie z wrażenia. Patrzyłem uważnie na duchownego i zastanawiałem się, czy aby nie zwariował? Wyglądał jednak normalnie, nie widziałem dzikiego szaleńczego błysku w jego oczach. Ten człowiek wierzył w to., co mówił.

- Jeżeli w to uwierzymy – kontynuował. – wszystko staje się jasne. Wtedy łatwo jest zrozumieć staruszkę z zanikami pamięci( zepsuł jej się dysk twardy), dziadka z chroniczną sraczką( ma uszkodzony zasilacz), czy maniakalnego mordercę( wysiadła mu pamięć RAM).



Patrzyłem na niego z coraz większym zaciekawieniem. Dziwna była jego teoria, ale trzeba przyznać, że nie pozbawiona logiki, trzymała się kupy.

- Czyli ksiądz nie wierzy w Boga? – ponowiłem moje pytanie.

- Wierzę. – zaśmiał się jakimś dziwnym głosem. – Przecież ktoś musiał to wszystko stworzyć. Musi istnieć Bóg, a kim on naprawdę jest tego nie wie Papież , ani nikt inny. Tak jak jest pokazane w Biblii, Bóg jest wielkim konstruktorem. Stworzenie Świata to przecież wielka rzecz.

- No tak – skinąłem głową. – a Chrystus, przecież był.

- Chrystus? No pewnie- przyznał. – Bóg przysłał serwisanta do naprawy zepsutych komputerów. Chrystus jest serwisantem, którego zabiła maszyna, którą naprawiał.

- Czyli wracamy do początku- zaśmiałem się.

- Niezupełnie. – pokręcił głową. – Według Kościoła jesteśmy wybrani, jesteśmy wyjątkowi, jesteśmy najlepsi, najwybitniejsi, a tak naprawdę jesteśmy zwykłymi maszynami i do tego nie modernizowanymi od wielu tysięcy lat. Jesteśmy przestarzałym modelem.

- Niemożliwe? – nie dotarł do mnie swoimi wywodami.

- Tak? Wystarczy włączyć telewizję, pójść na mecz piłki nożnej, wystarczy posłuchać polityków. To są dowody, że nie zrobiliśmy żadnego kroku do przodu od czasu Wandali, starożytnego Rzymu, czy nawet pierwotnych ludów mieszkających w buszu. Otoczka tylko się zmienia, my nie. W dalszym ciągu jest w nas wirus nienawiści, złości, zawiści i zbrodni. Teraz jest tylko to wszystko ładniej opakowane.

- Jak wspomniał Ksiądz o opakowaniu to od razu przychodzą mi na myśl Święta Bożego Narodzenia. To nie ma Świętego Mikołaja?

- Jak to nie ma? – spojrzał na mnie z niepokojem. – Święty Mikołaj był, jest i będzie. Od dziecka przychodzi do mnie 24 grudnia i w tym roku również będę go niecierpliwie oczekiwał.

Cdn.


Jacek Ostrowski

 

 

   Humor

Kilka wykersów


 


 


 

 


 
 

 

S  P  O  N  S  O R

 

 

  Upadek światowego systemu monetarnego cz. 32

  Czy upadek Wspólnoty Europejskiej jest już faktem?
  Chiny oferują bail-out dla pogrążonych gospodarczo krajów Europejskich

 

Inwestorzy stawiają na szybką śmierć ubezpieczonego na życie

 

Pierwszy automat do wydawania złota na Florydzie

Człowiek rzuca się z drugiego piętra w Rumuni na znak protestu
przeciwko cięciom


 

 

 

   Ciekawostki

Wspaniałe zdjęcia z powietrza wykonane przez Yann Arthus-Bertrand
Więcej zdjęć można obejrzeć tutaj.



 


 


 

S  P  O  N  S  O R

 

 

 

  Manitoba- Grudzień w fotografii

 


Fot. Bogdan Fiedur

 

 


  "Koniec?"- książka Jacka Ostrowskiego - Część III
Książka „Koniec?” powstała trzydzieści lat temu, kiedy Polska znajdowała się  za żelazną kurtyną i w każdej chwili groził nam wybuch wojny o globalnym  zasięgu. Teraz wprowadziłem tylko poprawki kosmetyczne ( inne daty ).  Czarnoskóry prezydent USA był w wersji oryginalnej, pomyliłem się tylko o
kilka lat. J

Powieść „Koniec?” zapoczątkował moją przygodę z pisaniem. Jednym słowem
zacząłem od końca.

Jacek Ostrowski


 
 
- Wejdź, stary - zaprosił mnie do środka - Napijemy się czegoś dobrego ze starych przedwojennych zapasów. Oczywiście mam na myśli tę wczorajszą wojnę.- zarechotał cynicznie.

Ostrożnie wspięliśmy się na górę. Nie było to łatwe, ponieważ kabina pilotów znajdowała się na wysokości co najmniej kilkunastu metrów, a luźno umocowana drabinka latała na wszystkie strony. Po chwili dotarłem do kabiny pilotów. Była pusta, wszyscy siedzieli w przedziale pasażerskim jeszcze niedawno zajmowanym przez moją ekipę. Fotele wyrwane z zawiasów leżały w kącie a na środku ustawiono prowizoryczny stolik. Przykryty białą płachtą( przypuszczalnie spadochron) uginał się od jedzenia, a co najważniejsze, od picia.

Ted, widząc moje zdziwienie, wyjaśnił szeptem

- Powiedziałem chłopakom o wszystkim dopiero teraz. Radio uszkodziłem w momencie star­tu bo takie były rozkazy. Może i słusznie, dzięki temu mogli się skupić na zadaniu. Wiesz ! - po­tarł nerwowo ręką czoło - oni też zastawili w kraju rodziny, przyjaciół. To tylko zwykli piloci, a nawet my zaprawieni w różnych sytuacjach nie możemy sobie z tym poradzić. Jeszcze teraz to wszystko do nich nie dociera. Spójrz na ten stół, to przecież ich pomysł. Po co im to? Ekstremalne sytuacje wywołują nieraz dziwaczne reakcje i to chyba tego przykład. Siadaj, trzeba się z nimi napić – pociągnął mnie za rękę, żebym usiadł.

Zająłem miejsce na jakiejś metalowej skrzynce. Strasznie ziębiła mnie w tyłek, ale trudno, musiałem wytrzymać. Lotnicy faktycznie byli mocno przybici sytuacją. Młode chłopaki, przecież w normalnej sytuacji całe życie było przed nimi, a tu taki beznadziejny koniec. Szkoda! Nie mogłem ich tu zatrzymać, musieli usunąć maszynę. Nawigacja tego giganta wymagała minimum dwóch pilotów. Nie wiedzieli, czemu tu przylecieliśmy i tak miało pozostać.

Kapitan za pazuchy wyciągnął pokaźną butlę.

Spojrzał na nią z uwielbieniem.

- Patrz, Jack, to już ostatnia „Rakija”. Pamiętasz, jak odbiliśmy zakładników w ambasadzie w Zagrzebiu? –westchnął z rozrzewnieniem. Hola, hola – pomyślałem , to było trochę inaczej.

- Oj, moment! – zaoponowałem – zakładników to ja odbijałem. Ty tylko lądowałeś helikopterem na dziedzińcu i to już po wszystkim.

- Może i tak – zaśmiał się – ale zdążyłem wyrwać stamtąd skrzynkę wyśmienitego trunku, a ty, o ile dobrze pamiętam, postrzał w rękę.

Niestety , to prawda. Oberwałem paskudnie, kula uszkodziła ścięgno i przed długi czas lekarze walczyli o to, żebym mógł wrócić do służby.

Johnson rozlał ostrożnie zdobyczny napój w plastikowe kubki ( coś strasznego! Jak można pić z czegoś takiego! ). Ale co tam, można spróbować. Wzięliśmy je w ręce. Popatrzyliśmy po sobie, bo właściwie nie było za co wznosić toastu. To był właściwie toast żałobny, koszmar!

- Co postanowiliście ? - zwróciłem się do lotników.

- Mój Boże, nie wiemy – odparł jeden z nich. – Tak myśleliśmy, że polecimy do kraju, a właściwie nad kraj. Lądować nie ma po co, bo śmierć od choroby popromiennej jest straszna. Nie dość, że okrutna, to do tego w samotności - głosu mu się łamał, ale kontynuował dalej. – Mamy w samolocie skrzynkę plastiku i chyba go odpowiednio wykorzystamy.

Dreszcz przeszedł mi przez plecy. Pomysł zaskoczył mnie. W pierwszym momencie zamierzałem się przeciwstawić, lecz po krótkim zastanowieniu doszedłem do wniosku, że bardziej honorowa dla żołnierza jest śmierć w katastrofie lotniczej niż od wyniszczającej choroby. Piliśmy w milczeniu

Czas naglił i musiałem się zbierać.

Wolno odstawiłem kubek i podniosłem się. Inni też wstali.

- Panowie, dziękuję za służbę i niech Bóg będzie z wami – głos mi zadrżał. Wyciągnąłem rękę, by uściskać ich dłonie, dłonie naprawdę odważnych ludzi.

Nie mogłem dłużej tego przeciągać. Paskudna sytuacja. Spojrzałem po raz ostatni na załogę i nie odwracając się już więcej, zacząłem zsuwać się po drabince. W tę stronę szło mi wyraźnie lepiej i po chwili zmierzałem w kierunku hangaru. Nie odwracałem się, nie mogłem!

W połowie drogi spotkałem Gotfryda.

- Wszystko w porządku ? – spytał.

- Jak cholera! wszystko w porządku! – warknąłem.

- A co z tymi? –wskazał ręką na samolot.

- Jak co? Już po nich! – ruszyłem dalej, nie patrząc na niego.

Zagrzmiały silniki. Huk zaczął narastać, przechodząc w potężny

warkot. Spojrzałem przez ramię. Gigantyczny transportowiec, do dziś duma amerykańskiej armii, wolno odrywał się od gruntu. Potężne silniki pionowego startu wytworzyły lokalne tornado. Nawet drzewa oddalone o około sto metrów od lądowiska gięły się do ziemi jakby były z gumy. Dobrze że stałem już obok hali, gdyż miałem się czego przytrzymać, w innym wypadku nie utrzymałbym się na nogach. Wszyscy wybiegli na dwór, żeby zobaczyć, co się dzieje, i z wielką uwagą w milczeniu obserwowali start. Nie upłynęły dwie minuty, kiedy samolot nabrał wysokości i po chwili zniknął za horyzontem.

Jeszcze jakiś czas było słychać pomruk silników, aż nagle wszystko ucichło.

- Chodźmy ! - szarpnąłem Gotfryda za ramię – jesteśmy zmęczeni i trzeba się wyspać, a o tamtych musimy na razie zapomnieć, jak i o wszystkich, którzy gdzieś tam –pokazałem ręką na zachód - gdzieś tam zostali.

Przytaknął mi głową i w milczeniu skierowaliśmy się do naszego obozu. Tuż za nami wracali fizycy i Thomson. Gorąco dyskutowali, lecz na jaki temat, nie mam pojęcia, ponieważ widząc mnie, przerwali rozmowę. Po chwili dotarliśmy do kontenerów.

-Panowie - zwróciłem się do nich - idźcie się trochę przespać, a ja obejmuję pierwszą wartę. Sierżant zmieni mnie za trzy godziny.

Rozeszli się w milczeniu , a ja wziąłem gruby koc i poszedłem do wyjścia. Stanąłem przy bramie i zacząłem się rozglądać. Z boku leżała jakaś stara drewniana skrzynia. Chwyciłem ją i obróciłem do góry dnem. Mam stołek – pomyślałem – i ostrożnie się na niej ulokowałem. Odetchnąłem z ulgą - wytrzymała mój ciężar! Oparłem się plecami o ścianę i bezmyślnie zapatrzyłem przed siebie. Zaśnięcie na pewno mi nie groziło, ponieważ natłok wydarzeń nie pozwalał na to. Powróciłem pamięcią do domu rodzinnego .Czy jeszcze żyją ? Oby nie , umieranie od choroby popromiennej było procesem powolnym , a jednocześnie okrutnym. Przypominało cho­robę nowotworową, drążyło organizm z wyjątkową zaciekłością. Człowiek żył bez żadnej nadziei, czekał z niecierpliwością na śmierć, bo tylko ona była wybawieniem. Czy musiało tak się stać ? Czy musiało dojść do tej zwariowanej wojny, którą i tak wszyscy przegrali, paranoja człowieczeństwa. To śmieszne, ale setki pokoleń pracowały skrzętnie po to, żeby się w końcu zniszczyć. Te śmiercionośne wynalazki były efektem postępu i myśli twórczej człowieka. To, z czego byliśmy dumni było naszą zgubą. No cóż, zwierzę na zmysł samozachowawczy, a człowiek ? Stwórca zabrał nam go chyba już w momencie stworzenia. Zwierzę widząc ogień, podejdzie blisko, by się ogrzać, natomiast człowiek wsadzi rękę w ognisko. Zwierzę, dysponując dużo mniejszym mózgiem, walczy o zachowanie gatunku, gdy my perfidnie dążyliśmy do samounicest­wienia. Nie zaletą, lecz wadą, był ten mocno rozwinię­ty organ, bo może gdyby był dużo mniejszy, nikt nigdy nie wymyśliłby broni masowego rażenia — największego wroga ludzkości. Byli jednak tacy, którym funkcjonował zupełnie prawidłowo, którzy dorośli do posiadania tego skarbu, ale oni nie mieli wpływu na bieg wydarzeń, oni się nie liczyli.



Ciche brzęczenie zegarka sygnalizujące pełną godzinę przerwało moje rozmyślania. Spojrzałem na wyświetlacz. Minęły trzy godziny od startu transportowca. Właśnie teraz gdzieś tam hen nad Ameryką dzielni piloci zakończyli życie. Mimo, że obiecywałem sobie, że nie będę o nich myślał, to jednak obrazy z pożegnania wróciły w tym momencie. Pamiętam, że mieli krzyżyki na piersiach, byli katolikami. Tak, na pewno wiara dała im więcej siły, żeby dumnie stawić czoła śmierci i ona jak matka była razem z nimi w tych tragicznych chwilach. Mimo, że uważaliśmy się za taki cud natury, nie potrafiliśmy bez wiary żyć. Każdy z nas wierzył w coś: czy to w Boga , czy w reinkarnację, czy też w jakiś inny sposób na przedłużenie swojego życia. Jednoczesna śmierć ducha i ciała — to teoria bardzo niepopularna. Bezsprzecznie byli tacy, co ją głosili, ale czy w to wierzyli?? Przypuszczam, że był to jeden ze sposobów na zdobycie popularności. Ja również wierzę w życie po śmierci. W jakiej formie, nie wiem, lecz myślę, że istnieje. Brak wiary przekreśla motywacje naszego istnienia, a przecież coś musi nas nakręcać, musi coś być, co zmusi nas do pracy, co ułagodzi gorycz porażek i przygotuje do poznania nieuchronnej śmierci.

Ponownie zabrzęczał zegarek.

- Czas budzić sierżanta – wstałem ociężale ze skrzyni i przeciągnąłem się. Nie musiałem jednak tego czynić, ponieważ Thomson sprężystym krokiem zmierzał w moim kierunku.

- Nie spał pan ? - spytałem.

- Nie, nie mogłem, zresztą wątpię, żeby ktoś tu zasnął. To wszystko tak nagle, tak z zasko­czenia. W głowie mi się nie mieści, że tam w kraju te­raz nie ma nic.- zaczął podnosić głos. - Przecież jeszcze wczoraj wszyscy żyli normalnie. Żeby garstka nieodpowiedzialnych mogła decydować o życiu , czy też śmierci całego narodu... Jak my, społeczeńs­two mogliśmy do tego dopuścić ? Co za bezgraniczna głupota. - wyciągnął papierosa i nerwowo przypalił.

- Niestety, nic na to nie poradzimy – odparłem. - To już musztarda po obiedzie. Musimy skupić się na przyszłości.
- Poruczniku ! – spojrzał na mnie badawczo - skoro fizycy mają budować aparat służący do przeniesienia w czasie , to lećmy nim w tył , a nie do przodu. Wróćmy się dziesięć, czy piętnaście lat i ostrzeżmy ich, a uratujemy miliardy ludzi.

- Nie ! - zaprzeczyłem stanowczo - To jest niemożliwe i to z kilku powodów. Po pierwsze, musimy się trzymać rozkazów, po drugie, nie wiem, czy ten aparat może przenieść do tyłu, a po trzecie, to ilu ostrzegało przed tym, ilu przewidywało taki koniec, i co ? Byłoby ich o dwóch więcej, a skutek ten sam, czyli żaden. Błąd leżał w początkach cywilizacji, a to najlepiej naprawić budując wszystko od nowa. Taki jest rozkaz i musimy go wykonać!

- O.K., ma pan rację - Thomson wypuścił chmurę dymu i pokiwał smutno głową. –Teraz niech pan spróbuje się przespać.

Wolno poszedłem do kontenera i w ubraniu rzuciłem się na pryczę.

- Ten Gotfryd ma żelazne nerwy – pomyślałem, zawijając się
w koc. Dochodził bowiem do mnie miarowy oddech śpiącego kolegi. Wkrótce, jednak wprawdzie tylko na chwilkę i ja zasnąłem.

Nagle coś raptownie przerwało mój sen. Otworzyłem oczy i przez moment nie wiedziałem gdzie jestem i w ogóle co jest snem, a co jawą. Rzeczywistość była tak nieprawdopodobna, że przez moment czułem się naprawdę zagubiony. Rozejrzałem się wokoło, sąsiednie prycze były puste. Wolno podszedłem do umywalki. Chwyciłem mocno jej brzegi i spojrzałem w lustro. Ujrzałem w odbiciu człowieka, którego do tej pory znałem, ale i kogoś zupełnie innego. Ten facet był jakby starszy, jakby poważniejszy, jakiś mi jednak obcy. Od tego faceta zależało wszystko, widać było, że czuje ciężar odpowiedzialności. Obmyłem twarz i niezbyt rześki wygramoliłem się na zewnątrz.





Na hali panował wielki ruch. Naukowcy kończyli montować urządzenia, a Gotfryd i Thomson dzielnie im w tym po­magali. Teraz mogłem się uważniej przyjrzeć budynko­wi. Mierzył on blisko dwieście metrów długości i pięćdzie­siąt szerokości. Jego konstrukcja była lekka , głównie meta­lowa. Wysoko przy suficie ( wysokość około dziesięć metrów) umieszczono rząd wielkich okien. Były to zwykłe przepuszczające światło szyby , a skoro prze­puszczały w jedną stronę, to i w drugą. To w pierwszej ko­lejności należało wyeliminować. Nie zwlekając długo podszedłem do pracującej grupki. Spojrzeli się na mnie.

— Sierżancie ! - zwróciłem się do Thomsona - weźmie pan przenośny kompresor i kilka baniaków farby, trzeba zamalować

szyby w hangarze .Wejdzie pan do góry a ja tymcza­sem pana tu zastąpię.

- Tak jest! – odparł i ruszył po sprzęt.

Pracowaliśmy non stop bez jakiejkolwiek przerwy i około godziny osiemnastej zakończyliśmy montaż i dzięki temu jeszcze tego samego dnia badania ruszyły całą parą.

Późnym wieczorem po dosyć skromnej kolacji położyliśmy się spać. Obowiązek nocnych dyżurów spoczął na trzech wojskowych : Gotfrydzie, Thomsonie i mnie. Ustaliłem grafik według którego zmienialiśmy się co cztery godziny. Fizyków pominęliśmy , mało przydatni, a prócz tego mieli pracować po szesnaście godzin dziennie.

Musieli zdążyć. Zaczął się już szaleńczy wyścig z czasem.

Każda godzina, jak i każda minuta opóźnienia, mogła być katastrofalna w skutkach.

Następnego dnia postanowiłem rozejrzeć się po okolicy. Należało ustalić sąsiedztwo oraz zorientować się w nastrojach ludności. Nie mieliśmy żadnego punktu orientacyjnego i kierunek wymarszu był właściwie obojętny. Wyciągnąłem mapę i rozłożyłem na ścianie hangaru. Tak, chyba kierunek zachodni będzie najkorzystniejszy .

- Idziemy na zachód – zadecydowałem, po czym złożyłem ją i wolno razem z Thomsonem ruszyliśmy w kierunku lasu. W milczeniu przedzieraliśmy się przez chaszcze, by po półgodzinnym marszu dotrzeć na drugą stronę. W oddali , w odległości może jednego kilometra widać było jakieś zabudowania.

- Musimy tam zajrzeć – wskazałem gospodarstwo.

- Szefie, ale pan zapomniał, że ja ni w ząb nie znam polskiego. Od razu kapną się, że jestem obcokrajowcem. – Thomson wyraźnie był zmartwiony.

- Nie martw się - pocieszyłem go. — W ogóle się nie odzywaj. Będziesz udawał głuchoniemego. Obserwuj tylko, czy nic nie będą kombinować. Ja zajmę się resztą.

- Może jednak tu poczekać ? – wyraźnie nie miał ochoty na ten wypad.

- Nie, pójdziesz ze mną - zadecydowałem - Przecież ktoś mo­że ciebie tu spotkać i co wtedy ? A tak ja będę miał ciebie na oku a ty ich. Tak to dobry układ.

- Zgoda, idę - burknął zrezygnowany. - Rozkaz jest rozkazem.

- To nie jest rozkaz — zaprzeczyłem – to jedyne mądre rozwiązanie. Musimy chronić siebie nawzajem, bo tylko wtedy mamy szansę przetrwać. Był pan na niejednej akcji i wie pan o tym dobrze. Mój błąd naprawia pan i na odwrót. Chcemy dalej żyć i musimy zrobić wszystko, by tego dopiąć. Idziemy? – spojrzałem wyczekująco na sierżanta.

Potarł z namysłem czoło i kiwnął głową.

— Idziemy ! Mimo że nie jestem aktorem a jedynie żołnierzem.

Poprzez podmokłe pola ruszyliśmy w kierunku zagrody. Brnęliśmy w błocie po kostki cały czas uważając, by się na nim nie poślizgnąć. Nareszcie po jakichś dziesięciu minutach nieludzko ubabrani stanęliśmy przed starą drewnianą furtką. Od razu było widać, że to bardzo biedne gospodarstwo. Thomson przypatrywał się ciekawie, gdyż nie znał tego rodzaju zabudowy. Ja, będąc w Polsce wcześniej, widywałem podobne.



Było to biedne, ale schludne gospodarstwo. W obejściu czyściutko, aż przyjemnie było popatrzeć. Kilka metrów od furtki stał nieduży murowany z czerwonej cegły domek przykryty dwu-spadzistym dachem. Drzwi zajmowały centralne miejsce w ścianie, a po bokach usytuowane były dwa duże okna. Za domem widać było malutkie budynki gospodarcze. Całość ogradzał stary, ale zadbany drewniany płot. Kiedy weszliśmy na podwórze, z budy stojącej tuż za domem wyskoczył nieduży łaciaty burek. Z gło­śnym jazgotem szarpał się na łańcuchu, starając się chwycić któregoś z nas za nogawkę. Byliśmy jednak poza jego zasięgiem. Drgnęły drzwi od garażu umiejscowionego w podwórzu i uka­zał się w nich młody atletycznie zbudowany mężczyzna. Zmierzył nas badawczym wzrokiem.

- Panowie do kogo ? – zawołał, patrząc się na nas dość nachalnie.

- Zabłądziliśmy – odpowiedziałem, uśmiechając się.

Widzi pan – kontynuowałem – brat mój – wskazałem na Thomsona – jest chory i chciałem mu zrobić wycieczkę. Na co dzień przebywa w specjalnym ośrodku i postanowiłem przejechać się z nim do lasu, ażeby trochę pooddychał sobie wiejskim powietrzem. Wie pan, ponoć już niedługo koniec świata, to trzeba być człowiekiem i okazać serce rodzinie. Nie zaszkodzi mieć trochę dodatkowych zasług, jak się stanie przed św. Piotrem.

W tym momencie Thomson, jakby rozumiejąc moją przemowę, za­czął niezrozumiale bełkotać. Robił przy tym takie miny, że sam prawie uwierzyłem w to, co mówię . Pohamowałem ogarniającą mnie wesołość i wyjaśniałem dalej.

— Długo chodziliśmy po lesie, aż zabłądziliśmy. Nastał wieczór a my wciąż nie mogliśmy dojść do jakichkolwiek zabudowań. W końcu zrezygnowani położyliśmy się na ziemi i zasnęliśmy. Chłód poranka nas przebudził i ruszyliśmy dalej, żeby w końcu dojść do pańskich zabudowań.

- Wierzy pan w te bzdury o końcu świata ? - rolnik pokrę­cił powątpiewająco głową i dodał - Te Ruski, Araby i Amerykany zbroiły się, to i mają za swoje. - Nam jednak nic nie grozi. W telewizji tak mówią, a i ksiądz powiedział : Bóg wynagrodził nas za naszą pobożność.

- Wejdźcie panowie do domu - wskazał ręką drzwi - pewnie jesteście głodni, to posilicie się. Szwagier jedzie za godzinę do Włocławka to z nim się zabierzecie. Bardzo za­praszam! - jeszcze raz wskazał ręką drzwi, zachęcając do wejścia. Ponieważ nie kwapiliśmy się zbytnio, to ruszył pierwszy, a ja, nie zwlekając, złapałem sierżanta za rękę i pociągnąłem do środka. Wnętrze było chyba jeszcze skromniejsze od obejścia. Centralnym pomieszczeniem domu była kuchnia. Duży drewniany stół przykryty kolorową ceratą w jakieś jabłuszka i gruszki, cztery stare krzesła, kuchnia gazowa i obleśna obdrapana lodówka w kącie to całe wyposażenie. Innych pomieszczeń nie widzieliśmy, ale trudno było się spodziewać czegoś lepszego. Zajęliśmy miejsca przy stole, a nasz gospodarz zabrał się za przy­gotowywanie posiłku. Trochę mnie to zaskoczyło, bo znając polskie realia, wiedziałem, że na wsi to kobieta przygotowuje strawę. Gospodarz, widząc moje zdziwienie, zaśmiał się i wyjaśnił- Żona pojechała do siostry, a ja w tym czasie muszę zajmować się wszystkim.

Szło mu to jednak bardzo zręcznie i wywnioskowałem z tego, że pani domu często jeździ do siostry. W chwilę potem siedzieliśmy przy wielkich miskach dymiącej jajecznicy. Znałem ten polski przysmak i bardzo go lubiłem. Thomsonowi też chyba smakowało bo mimo wcze­śniej zjedzonego śniadania z przyjemnością opróżnił ta­lerz.

- Pewnie wszyscy są cięci na Amerykanów ? - próbowałem rozkręcić rozmowę.

- O, tak ! - przytaknął rolnik - podobno w więzieniach po­zamykali ich, a wielu zginęło. Zresztą, co ja tam wiem. Pan to pewnie wie dużo, pan przecież z miasta. A nie, - machnął ręką. - bo wy tu się błąkaliście, to prawie nic nie wiecie. Słyszałem, że w Warszawie spalono ambasady Iranu i Amerykanów. W pierwszym momencie uważano, że to już koniec świata, ludzie ulegli panice. Jak oglądałem w telewizorze, to strach, co tam się działo. U nas na wsi to i tak spokój, bo i kogo mamy zamknąć??? Gdzie tu Amerykany? Dziś o szóstej słuchałem dziennika. Mówili, że w kraju panuje przygnębienie, a je­dnocześnie ulga. Mogło nas przecież już nie być.

- Faktycznie! - przytaknąłem bez entuzjazmu.

- A daleko stąd do Włocławka ? - zmieniłem temat.

- Będzie z piętnaście, a może osiemnaście kilometrów ? -zastanawiał się głośno.

Nagle Thomson wstał z krzesła, zbliżył się do okna i okropnie bełkocząc zaczął wskazywać coś palcem na zewnątrz. W pierwszym momencie pomyślałem - czy aby on naprawdę nie zwariował?

Przyjrzałem mu się z niepokojem i dopiero wtedy zauważyłem figlarne błyski w jego oczach. Wojskowy był z niego dobry, ale aktor byłby wspaniały. Szkoda, bo zmarnował się talent. Rolnik wstał również z krzesełka i wyjrzał przez okno.

- Niech pan uspokoi kuzyna - zwrócił się do mnie - to szwagier wraca z garażu. Zepsuł mu się samochód i dziś od rana wspólnie go naprawiamy. Macie szczęście, ponieważ gdyby nie ta awaria, to wróciłby wczoraj do domu.

-Bardzo się cieszę ! - zrobiłem bardzo zadowoloną minę, a w duchu zakląłem. Trzeba coś wymyślić, musimy wymigać się od tego podwiezienia.

Może czterdziestoletni, ale o zniszczonej twarzy mężczyzna, ubrany w brudny drelichowy kombinezon wszedł do kuchni.

- Dzień dobry ! - powiedział w progu i nie zwracając w ogóle na nas uwagi, podszedł do zlewu umieszczonego w drugim ko­ńcu pomieszczenia.

- Gotowe ? - spytał nowoprzybyłego gospodarz.

- Nareszcie ! - odburknął tamten, zawzięcie walcząc ze smarem na twarzy i rękach. Obserwowaliśmy w milczeniu poczynania szwagra. W końcu upór zwyciężył, wytarł ręce w ręcznik i zaczął się przebierać. Kiedy skończył
skinął na swojego kuzyna i razem wyszli na podwórze. Mieli przypuszczalnie coś do omówienia bez przygodnych świadków, a nam było to na rękę. Przysunąłem się szybko do sierżanta i szepnąłem mu w ucho - Jak wyjedziemy za bramę, to zacznij zachowywać się jak najgorzej, krzycz, drap, gryź.
Rozumiesz ?

Skinął głową , podrapał się jak szympans i zrobił naj­okropniejszego zeza.

- Ja się denerwuję - pomyślałem - a on bawi się w najlepsze.

Szybko usiadłem na swoim krześle i w samą porę, ponieważ zjawił się nagle nasz gospodarz.

- Samochód czeka ! – oznajmił w samym wejściu.

Wstałem, złapałem za ramię Thomsona i ruszyliśmy do wyjścia. Przy bramie stał niedużych rozmiarów pojazd, a otwarte drzwi zapraszały do środka. Tylko drzwi, bo ani jego właściciel ani jego rozmiary nie wyglądały zachęcająco.

- Dziękujemy! - uścisnąłem dłoń rolnika.

- Ależ to normalne – żachnął się – Gość w dom, Bóg w dom! Powodzenia!

Sierżanta ulokowałem na tylnym siedzeniu, a sam zająłem miejsce przy kierowcy. Komfort tego samo­chodu można było porównać z komfortem jazdy na taczkach po bruku. Nieprawdopodobnie ściśnięty uderzałem brodą o kolana, a mój towarzysz gniótł się jeszcze bardziej niż ja. To jedno było miłe. Przypusz­czam, że w tym momencie wyśmienity humor Thomsona prysł jak bańka mydlana.

Ujechaliśmy niecałe pół kilometra , kiedy Thomson rozpoczął swoje przedstawienie. Chwycił mnie za ramiona i zaczął trząść nimi niemiłosiernie, a wydawał przy tym odgłosy przypominające chrząkanie dzikiej świni.

- Pan się zatrzyma ! - krzyknąłem do kierowcy udając przerażenie.

Mały automobil stanął w miejscu. Otworzyłem raptownie drzwi i wygramoliłem się pospiesznie. Sierżanta pociągnąłem za sobą. Stawiał tak silny opór, że musiałem mocno się namordo­wać, żeby go pokonać. Wreszcie, cały spocony wyciągnąłem go na zewnątrz.

- Niech pan jedzie dalej - zwróciłem się do zaskoczonego właściciela pojazdu - Kuzyn się trochę uspokoi, to wyruszymy dalej. Nie chcę pana tu zatrzymywać. Teraz już sobie poradzimy, pójdziemy droga do szosy, a tam czymś się zabierzemy dalej. Przepraszam za jego zachowanie, ale niestety jest chory. Do widzenia !

- Do widzenia ! - odpowiedział kierowca i dodał – współczuję, a jednocześnie podziwiam. Nie wiem, czy byłoby mnie stać na taką troskliwość.

Trzasnęły drzwi i malutki samochodzik poturlał się dalej, ale już bez nas..

- Ja też nie wiem, czy mnie byłoby stać na to – pomyślałem, patrząc na znikający w oddali pojazd.

- Chyba Thomson trochę pan przesadził – zmierzyłem sierżanta groźnym spojrzeniem.

- Chciałem, żeby wyglądało to prawdziwie – odburknął trochę zmieszany.

- Owszem, udało się znakomicie - pokiwałem głową, je­dnocześnie masując obolałe barki, i po chwili dodałem z wy­rzutem - Mogłeś mnie, chłopie, trochę oszczędzić przy wysiadaniu.

- Miało to wyglądać autentycznie - odparł i wolnym krokiem ruszył w drogę powrotną do bazy.

Stękając, poszedłem za nim.

Około południa do­tarliśmy do hangaru i niestety czekała już na nas przykra niespodzianka. Nim weszliśmy do środka, pojawił się przed nami Raszel.

- Gotfryd złamał nogę ! – zameldował przejętym głosem.

- Jak to się stało ? - spytałem zaskoczony.

- Coś go podkusiło, żeby wdrapać się na dach hali i kiedy wspinał się na górę po piorunochronie, puściła lina uziemiająca i wraz z nią runął na ziemię - wyjaśniał naukowiec.

-Cholera ! - zakląłem - musiało go tam ponieść. Idę zobaczyć co z nim, może uda się ją jakoś złożyć.

Minąłem naukowca i skierowałem się do naszego kontenera. Nieszczęśnik leżał na swoim posłaniu. W milczeniu podszedłem do łóżka, odwinąłem koc i zerknąłem na pechową kończynę. Już na pierwszy rzut oka było widać że noga naszego "alpinisty" uległa dużym deformacjom i nie trzeba było być lekarzem, żeby zorientować się, że wymagała poważnej operacji.

Widziałem jego przerażone spojrzenie, ale to mnie nie wzruszało. Wściekłem się na dobre.

-Zachowuje się pan jak dziecko ! - ostro warknąłem na niego - został pan na straży na cztery godzimy, a tymczasem okazu­je się, że to naukowców trzeba było zobowiązać do pilno­wania pana!

Mocno zabrzmiały moje słowa. Smętnie spuścił wzrok, by po chwili spojrzeć mi prosto w oczy.

- Słusznie ! - szepnął – Moja wina, moja głupota. Niech mi pan przyniesie pistolet, proszę - błagalnie spojrzał na mnie. Widać było, że z trudem wytrzymuje ból.

- Po co pistolet ? – spytałem.



 

 

Tekst umieszczony w tej kolumnie jest objety ochroną praw autorskich i nie może być wykorzystany bez zgody autora.

 

 

   Polki w świecie-    Aleksandra Alex Skalska
 

Współpraca Polishwinnipeg.com z  czasopismem
Polki w Świecie”.

Kwartalnik „Polki w Świecie” ma na celu promocję Polek działających na świecie, Polek mieszkających z dala od ojczyzny. Magazyn ten kreuje nowy wizerunek Polki-emigrantki, wyzwolonej z dotychczasowych stereotypów. Kwartalnik „POLKI w świecie” ma także za zadanie uświadomić Polakom mieszkającym nad Wisłą rangę osiągnięć, jakimi dzisiaj legitymują się Polki żyjące i działające poza Polską. Czasopismo w formie drukowanej jest dostępne w całej Polsce i USA. Redaktor naczelna magazynu Anna Barauskas-Makowska zainteresowała się naszym Polonijnym Biuletynem Informacyjnym w Winnipegu, odnalazła kontakt z naszą redakcją proponując współpracę.

Nasza współpraca polega na publikowaniu wywiadów z kwartalnika „Polki w Świecie w polishwinnipeg.com  a wywiady z kobietami, które ukazały się w naszym biuletynie zostaną opublikowane w kwartalniku ”Polki w Świecie”.
 


Aleksandra Alex Skalska      

Chcieć to móc.

„Polak jak się poddał to znaczy, że już go nie ma” – to dewiza, którą kieruję się od 15 lat. Wypowiedział ją niegdyś w odniesieniu do lwowian, wysiedlonych z dawnych Kresów Wschodnich RP, Jerzy Michotek. Miał na uwadze pewnie i moich rodziców, pochodzących z Kresów, bo tę siłę i wytrwałość w dążeniu do celu odziedziczyłam właśnie po nich – mówi Aleksandra Skalska, Szefowa Biura Pierwszej Damy w Biurze Gubernatora Stanu Illinois.


Aż trudno uwierzyć, że ta mała, filigranowa osóbka, pieszczotliwie nazywana w domu „Lulką” ma za soba bagaż doświadczeń, które usytuowały ją na wysokim szczeblu drabiny społecznej w Stanach Zjednoczonych.
- Cenię sobie to, ale nie dałam się Ameryce pochłonąć bez reszty. Nie oszołomił mnie wielki świat - wyznaje Alex (tak nazywają ją Amerykanie).
Kiedy czytam życiorys Oli dochodzę do wniosku, że to co osiągnęła w ciągu zaledwie 15 lat, niejednemu zajęłoby całe życie. Urodziła się w Bytomiu na Ślasku, była uczennicą Szkoły Muzycznej im. Fryderyka Chopina w klasie fortepianu. Jej muzyczną przyszłość przekreśliły dwie skomplikowane operacje kręgosłupa przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych w Shriners Hospital. W trakcie leczenia ukończyła najpierw High School, a po okresie rekonwalescencji została przyjęta na studia na wydziale dziennikarstwa w Columbia College, gdzie jako jedyna Polka i jedna z niewielu obcokrajowców otrzymała w 2000 roku odznaczenie rektora za wybitne osiągnięcia w pracy naukowej. Rok później przyznane zostało jej stypendium Hermann Conaway – dla najlepiej zapowiadającej się dziennikarki oraz stypendium Johna Fishetti - za wybitne osiągnięcia w pracy dziennikarskiej. 
Swoją działalność dziennikarską rozpoczęła w 2000 roku, jeszcze podczas studiów, poprzez staż w redakcji „Faktów” w TVN, uczestnicząc w wyjazdach z reporterami na zdjęcia, montażu i pracy w serwisie zagranicznym. W tym samym roku dostaje propozycję objęcia stanowiska korespondenta z USA dla „Wieści Polonijnych” w TV Polonia. Przez szereg miesięcy redaguje i przygotowuje reportaże na temat życia Polonii w Chicago. Kolejne kroki dziennikarskie stawia już w stacjach amerykańskich; najpierw jako kierownik produkcji magazynu kulturalnego „600 South” w telewizji kablowej Channel 29, a następnie jako asystent działu informacji w telewizji NBC.
W 2003 związana jest z kanałem WTTW gdzie współpracuje przy realizacji programu „Chicago Tonight” - magazynu o życiu politycznym i kulturalnym Chicago. 
W 2003 roku podejmuje studia na DePaul University na wydziale Stosunków Międzynarodowych. Pod opieką prof. Roberta Rotenberga przeprowadza badania naukowe na temat wzrostu poparcia dla neoprawicowych partii w Polsce. Zaraz po obronie pracy magisterskiej w czerwcu 2006 roku, wybrana na zasadzie konkursu, podpisuje kontrakt o pracę w Urzedzie Gubernatora Stanu Illinois, gdzie piastuje funkcję Szefa Biura Pierwszej Damy oraz asystenta szefa protokołu dyplomatycznego.  Dziś Ola staje przed swoim największym wyzwaniem - powrotem do Polski.

Olu, skad taka decyzja? Możesz nam zdradzić co jest powodem twojego powrotu do kraju?
Choć cieszą zawodowe sukcesy w USA, coraz częściej rodzi się przekonanie, że powinnam spożytkować to, co dotychczas osiągnęłam: zdobytą wiedzę i nabyte umiejętności - dla dobra mojego kraju. Zawsze wiedziałam, że chcę wrócić do Polski, chociaż moi znajomi pukali się w czoło i przewrotnie mawiali, że jak już tu po paru latach wrosnę, to nigdy stąd nie wyjadę. Ale ja zawsze wiedziałam, że ten moment kiedyś nadejdzie. Moja więź z krajem jest naprawdę ogromna; tam są moi rodzice, moja rodzina; jest mój prawdziwy, polski DOM. Znam takich ludzi, którzy wracali po 30 latach. Ja jednak zdecydowałam, że jeżeli wrócę, to na pewno nie na starość. Z drugiej strony, nadarzyła się okazja, bo otrzymałam propozycję pracy i uznałam to za właściwy moment na powrót do kraju. 

Z czym związana będzie twoja nowa praca?    
Moja nowa praca nie będzie niczym odbiegać od tej, którą wykonywałam do tej pory. No, może z małym wyjątkiem. Będę zajmowała się protokołem dyplomatycznym w Kancelarii Prezydenta RP. W biurze Gubernatora, oprócz funkcji Szefa Biura Pierwszej Damy, zajmowałam się protokołem spotkań. Konferencje, meetingi, wiece, kampanie PR – to był mój konik. Moje umiejętności organizacyjne były tam wysoko cenione, czego efektem było powierzenie mi organizacji spotkania Gubernatora z Panem Prezydentem Lechem Kaczyńskim podczas jego ostatniej wizyty w Chicago. 

Czy polityką interesowałaś się od dawna?
Od kiedy pamiętam w domu zawsze mówiło się o polityce. Moi rodzice byli aktywni politycznie i poniekąd zarazili mnie tą samą pasją. 
Z pracą w protokole zetknęłam się dopiero w Biurze Gubernatora. Protokołu i executive advancing uczył mnie Rick Jasculca, człowiek odpowiedzialny za protokół w administracji Prezydenta Cartera, a później organizator szeregu wieców, spotkań i konferencji dla biura kampanijnego prezydenta Billa Clintona. Może dlatego, iż jestem osobą kreatywną, lubię tworzyć i organizować - cieszy mnie praca, którą wykonuję. Czuję satysfakcję, kiedy po drobiazgowych przygotowaniach widzę jej końcowy efekt.

Odbiegając od polityki, za czym będziesz tęsknić najbardziej?
Jest taki moment rano, w drodze do pracy, kiedy moja kolejka zatacza łuk w kierunku do śródmieścia i widać wtedy, jak na dłoni, wieżowce Chicago. To jest obraz, który na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Nawet mówiąc o tym teraz mam ściśnięte gardło i czuję jakiś niezwykły dreszcz emocji. Oczywiście, są też znajomości i przyjaźnie, których mi będzie żal, ale również i przyziemne sprawy takie jak smak chińszczyzny - bo nigdzie nie smakuje ona tak, jak w Chicago (śmiech).

Widze same pozytywy, ale czy może jest też coś negatywnego?
O sprawach negatywnych staram się nie myśleć. Było, minęło. Tak, jak każdy imigrant z Polski, przeszłam w Stanach szkołę życia. Pamiętam, kiedy w biały dzień zostałam napadnięta i okradziona. Pamiętam Świeta Bożego Narodzenia, które przyszło mi spędzić z dala od domu. Pamiętam też okres rekonwalescencji po mojej operacji, miesiące spędzone w gipsie. Takie wspomnienia powodują, że człowiek na codzień zaczyna doceniać zdrowie, rodzinę i poczucie bezpieczeństwa; wartości, które w normalnych układach wydają się takie zwyczajne i oczywiste, że w związku z tym nie do końca potrafimy je uszanować.

No właśnie, a jakie były twoje początki w Ameryce, z dala od domu?
Trudne. Nawet dziś, kiedy zamknę oczy, widzę siebie idącą ulicą Milwaukee, trzymam kurczowo rękę mojej mamy i płaczę, że „chcę do domu, do Polski”. Na Milwaukee przecież wszystko się zaczeło, w małym mieszkaniu „Daru Serca”, gdzie wraz z moją Mamą, tak jak wiele innych rodzin, oczekiwałam na datę mojej operacji. Mało kto dzisiaj wie, że jestem „dzieckiem z Daru Serca” - aż trudno w to uwierzyć, brzmi to zupełnie jak opowieść science-fiction.     

Ludzie zazwyczaj starają się ukryć swoje niepowodzenia czy trudny start, szczególnie tutaj w Stanach, wolą mówić o sukcesach, ale ty mówisz o tym wprost.
Trzeba pamiętać skąd się przyszło. Nie wstydzę się mówić wprost o tym, że były takie chwile w moim życiu, kiedy sama zastanawiałam się nad tym, co ja tak naprawdę tutaj jeszcze robię. Pamiętam, kiedy obie z Mamą stanęłyśmy w Wigilijny wieczór na Milwaukee z walizkami w ręku, szukając mieszkania. Pamiętam też kiedy przyszło nam mieszkać w biurze nad tawerną, gdzie co sobotę i niedzielę odbywały się potańcówki. To był tak niesamowity łomot, że nie dało się oka zmrużyć. Wynosiłyśmy wtedy łóżka na nieogrzewany korytarz i tak spałyśmy do rana. Może dlatego potrafię docenić to co mam i co udało mi się osiągnąć do tej pory.

Powiedz mi skąd czerpiesz tyle energii?
To może wydać się dziwne, ale mam w sobie jakąś niezachwianą wiarę, że wszystko to, co sobie założę lub zaplanuję, musi się udać. Nie ma w moim słowniku słów „może,” „nie wiem” lub „nie potrafię.” Zawsze wychodzę z założenia, że świat przede mną stoi otworem i wszystko jest dla ludzi. Mam również poczucie, że jeżeli się w coś bez reszty angażuję – wspiera mnie Opatrzność. Ja tylko wytyczam sobie cele, nawet jeżeli na daną chwilę są nie do zrealizowania czy wymagają nakładów finansowych, przekraczających moje aktualne możliwości. Nie zrażam się i nie mówię sobie, że na coś mnie nie stać, albo że coś się nie uda. Chcieć to móc - to przecież takie proste.          

Czy możesz powiedzieć, że twój amerykański sen się już spełnił?
Wybór Baracka Obamy na prezydenta utwierdził mnie w przekonaniu, że Ameryka rzeczywiście jest krajem, gdzie każdy może zrealizować swój amerykański sen. Ale to nie jest dzieło przypadku. Konieczna jest do tego determinacja, siła woli i konsekwencja w działaniu. Jestem usatysfakcjonowana z tego co osiągnęłam w Ameryce, ale nie uważam, że osiągnęłam już wszystko. Mam poczucie, że to dopiero początek. 

Chcesz powiedzieć, że masz zamiar wrócić do Ameryki?
Ktoś kiedyś powiedział, że amerykańscy imigranci cierpią na swoistą chorobę; kiedy są w Ameryce tęsknią do kraju, a kiedy są już w kraju tęsknią za Ameryką. Chociaż mój powrót do kraju jest decyzją świadomą - nie zamykam za sobą drzwi. Gdzieś w głębi duszy wiem, że jeszcze kiedyś tutaj wrócę. Nie wiem w jakich okolicznościach, ale na pewno. 

Dziękuję za rozmowę.

OPRACOWANIE: Anna Barauskas-Makowska
ZDJĘCIA: Yaromir Młyński
STYLIZACJA: Anna Figlewicz

 

 

 

 

   Ogłoszenia

 

 


 


 

 

 


Translate this page - Note, this is automated translation meant to give you sense about this document.
 

 
 
 grudzień   2010
Ni Po Wt Śr Cz Pi So
28 29 30 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31 1
             

 






Zapisz się na naszą listę
Email
Imie i nazwisko

 

 

Spis Książek Biblioteki SPK
Polsat Centre
Człowiek Roku 2008

Czyszczenie Wentylacji
Duct cleaning


1485 Wellington Avenue
Winnipeg, MB, R3E OK4
Phone: (204) 284-6390
Cell: (204) 997-2000
Fax: (204) 284-0475
email

clean@advancerobotic.com

Kliknij tutaj aby zobaczyć ofertę

 

 

 


Kliknij tutaj aby zobaczyć ofertę



 


 

Irena Dudek zaprasza na zakupy do Polsat Centre Moje motto: duży wybór, ceny dostępne dla każdego, miła obsługa. Polsat Centre217 Selkirk Ave Winnipeg, MB R2W 2L5, tel. (204) 582-2884

Kliknij tutaj aby zobaczyć ofertę
 

 

 



189 Leila Ave
WINNIPEG, MB R2V 1L3
PH: (204) 338-9510

 



Kliknij tutaj, aby wejść na stronę gdzie można pobrać nagrania HYPERNASHION za darmo!!!
 


 

Royal Canadian Legion
Winnipeg Polish Canadian Branch 246
1335 Main St.
WINNIPEG, MB R2W 3T7
Tel. (204) 589-m5493


 



“Klub 13”
Polish Combatants Association Branch #13
Stowarzyszenie Polskich Kombatantów Koło #13
1364 Main Street, Winnipeg, Manitoba R2W 3T8
Phone/Fax 204-589-7638
E-mail: club13@mts.net
www.PCAclub13.com


Zapisz się…
*Harcerstwo
*Szkoła Taneczna S.P.K. Iskry
*Zespół Taneczny S.P.K. Iskry
*Klub Wędkarski “Big Whiteshell”
*Polonijny Klub Sportowo-Rekreacyjny